The party

W styczniu 2017 roku serca Polaków podbiło wprowadzone przez Aurorę włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Dystrybutor wyciągnął wnioski z tego sukcesu i chce go powtórzyć, znów serwując nam styczniową premierę kameralnej komedii o związkach i wychodzeniu na jaw sekretów podczas spotkania ze znajomymi.

Brytyjska weteranka Sally Potter zabiera widzów w swoim „The Party” na tytułową imprezę. Janet (świetna Kirstin Scott Thomas) została właśnie mianowana ministrem zdrowia w laburzystowskim gabinecie cieni i z tej okazji postanawia urządzić w domu skromne przyjęcie. Do świętowania przy czerwonym winie i puszczanej z gramofonu muzyce zaproszone zostają trzy pary. Starzy znajomi gospodyni w postaci jej przyjaciółki April z mężem, niemieckim coachem, Gottfriedem oraz wybitna profesorka gender studies – Martha, razem ze swoją dużo młodszą partnerką Jinny. Młodość reprezentują Marianne, podwładna Janet, z mężem Tomem.

Już od pierwszych scen wiemy, że coś jest tu nie w porządku. Bill siedzi osowiały w fotelu na środku pokoju, sącząc w milczeniu czerwone wino i co chwila zmieniając płyty winylowe. April bez ustanku krytykuje i wyśmiewa ekscentrycznego męża. A sama Janet bez ustanku SMS-uje z anonimowym kochankiem. Spóźniony wpada Tom, rozedrgany bankier tłumaczy, że Marianne niestety się spóźni, po czym zamyka się w łazience, gdzie wciąga kreskę kokainy i upewnia czy wciąż ma przy sobie pistolet.

Fabularnie film jest bardzo wyrazistą, ale przy tym ciepłą i autoironiczną, parodią tak zwanej kawiorowej lewicy. Lewicowi politycy, socjologowie, wykładowcy akademiccy zostają skonfrontowani z przedstawicielem całkiem innego świata. Papierowi ideowcy, chcący, przynajmniej teoretycznie, uczynić świat lepszym miejscem, wypadają często na beznadziejnych hipokrytów w starciu z kimś teoretycznie wyzbytym zasad i chcącym jedynie zarobić. Bohaterowie wydają się zaskakująco realni, a przy tym charakterystyczni. Mimo całkiem sporej ilości równie istotnych postaci stłoczonych na małej powierzchni, nie sprawia trudności ich odróżnienie i określenie ich aspiracji, czy charakterów.

Duża w tym zasługa wspaniałego aktorstwa. Obserwujemy nieprawdopodobne stężenie talentu na metr kwadratowy, kiedy w jednym, niezbyt dużym, mieszkaniu występują, poza Kirstin Scott Thomas, Patricia Clarkson, zabijający swoim akcentem Bruno Gatz, Cherry Jones, całkowicie niepodobny do siebie Timothy Spall i moja kochana Emily Mortimer .

Reżyserka postawiła na silną stylizację swojej produkcji. Trudno uniknąć porównań do „Kto się boi Virginii Woolf” i innych „mieszkaniowych” dramatów z lat 50/60. Aktorzy bardzo szarżują na ekranie, dużo widzimy krzyku, prób zagłuszenia beznadziei sytuacji. Podobnie jak w arcydziele Nicholsa, z początkowo pewnych siebie osób wychodzą słabości, a konfrontacja dwóch pokoleń nikomu nie wychodzi na dobre.

Ciekawy efekt robią zdjęcia wybitnego Rosjanina Aleksieja Rodionova. Operator słynnego „Idź i patrz” z jednej strony kręci podlondyńskie mieszkanie w czerni-bieli, niejako łagodząc kontrasty i bodźce docierające do publiki, pozwalając skupić się na samych postaciach i ich sytuacji. Z drugiej strony wszystko jest bardzo przestylizowane, a ujęcia nietypowe. Kamera często rozedrgana. Cięcia bardzo dynamiczne. To wszystko podkreśla chaos, jaki towarzyszy spotkaniu. Tak jak bohaterowie są niepewni tego, co się za chwile wydarzy, tak widz nie może mieć pewności, kiedy się skończy dane ujęcie, z jakiej perspektywy spojrzymy na sytuację.

Aby jeszcze bardziej podkreślić sztuczność i hipokryzję protagonistów, całość została stworzona bardzo teatralnie. Wszelkie zachowania i tiki zostały wyolbrzymione do scenicznej przesady – jeśli Jinny ma nudności ze względu na ciąże, to musi biegać do łazienki dosłownie co pięć minut, etc. Dodatkowo, zastosowano tu znany z telenowel zabieg, gdy kamera nie przebywa aktualnie w jakimś pomieszczeniu to akcja w nim niejako „zamarza”. Co z jednej strony ułatwia śledzenie tego wszystkiego, a jednocześnie po raz kolejny daje nam uczucia sceniczności, tego że całe życie bohaterów toczy się ku uciesze widzów.

W tym wszystkim nie możemy zapominać, że jest to przede wszystkim, bardzo gorzka, ale jednak komedia. Publiczność ma okazję wybuchać śmiechem często i gęsto. Scenariusz bardzo umiejętnie miesza komizm z komentarzem społecznym i gorzkimi refleksjami. Chwilami przypomina to wszystko reakcję obronną publiczności. Niczym w filmach Yorgosa Lanthimosa, śmiejemy się, bo co nam innego pozostaje, by się nie złamać? Po wszystkim pozostaje pustka, refleksja, zwłaszcza jeśli podobnie jak autor powyższej recenzji świetnie się utożsamiacie z przedstawionymi postaciami.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
The Party - Poster

"The Party"


Rok: 2017

Gatunek: Komedia

Reżyser: Sally Potter

Występują: Kirstin Scott Thomas, Timothy Spall, Patricia Clarkson i inni

Ocena: 4/5