So Many Tears – recenzja filmu „Nienawiść, którą dajesz”

So Many Tears – recenzja filmu „Nienawiść, którą dajesz”

Już w tytule "Nienawiść, którą dajesz" nakazuje nam odwołać się do jednego z najbardziej znanych haseł-akronimów myśli społecznej Tupaca Shakura. "THUG LIFE" w rozwinięciu oznacza "The Hate U Gave Little Infants Fucks Everyone", ale dla białych gryzipiórków z klasy średniej, którym 2Pac jawił się jako ucieleśnienie wszystkich ich koszmarów na temat zgettoizowanych Afroamerykanów, wystarczyło jedno spojrzenie na słowa "bandyckie życie". Bo liczy się pierwsze wrażenie - do bandytów się strzela albo się ich zamyka. Innym ciekawym zagraniem ze skrótowcami tego zaangażowanego i progresywnego na swoje czasy rapera, było wzięcie rasistowskiego słowa, przejętego przez czarnoskórą społeczność i odwrócenie jego wymowy na jednoznacznie afirmującą: "Never Ignorant Getting Goals Accomplished" (utwór "Words of Wisdom" i tytuł drugiego albumu studyjnego). Choć Tupac stał się z czasem osobą moralnie wątpliwą, to echa jego słów nadal pobrzmiewają w działaniach współczesnych artystów i aktywistów - z większą siłą rażenia, ale i wrażliwością. Stąd czas teraźniejszy w tytule powieści Angie Thomas i omawianej ekranizacji George’a Tillmana Jr.

Główna bohaterka, Starr Carter (Amandla Stenberg), nie wie za dużo o Pacu. Wie tyle, że to muzyka, której słuchali czarni mężczyźni starszej daty, jak jej ojciec (Russel Hornsby), związany niegdyś z lokalnym gangiem. Wychowywała się raczej na „Harrym Potterze„, jak każde inne dziecko z jej pokolenia, niezależnie od podziałów rasowych. Teraz ma wiele innych rzeczy na głowie, choćby naprzemienne zakładanie masek: jednej dla swojego getta, drugiej dla elitarnego liceum, gdzie uczy się i spotyka ze swoim białym chłopakiem, typowym bananowym liberałem, co „nie widzi kolorów”. Dla dziewczyny, której tożsamość dopiero się kształtuje, jest to wielkie wyzwanie, ale radzi sobie, póki nie spada na nią niezawiniona tragedia. Wracając z imprezy wraz z Khalilem, przyjacielem z dzieciństwa, oboje zostają zatrzymani przez policjanta, prawdopodobnie pod wymyślonym na poczekaniu pretekstem. Jest noc, on jest czarny, lekko cwaniacki, jeździ gruchotem i ma ze sobą młodą dziewczynę, co funkcjonariusz ewidentnie widzi jako wystarczające powody, by z automatu traktować go jak przestępcę. Jeden nieprzemyślany ruch ze strony chłopaka i mamy tragedię na miejscu…

Cała reszta akcji filmu to mierzenie się z konsekwencjami incydentu, na kilku płaszczyznach. Media oczywiście wykorzystują go do forsowania swoich narracji. Czy to te liberalne, o rasizmie w policji, czy konserwatywne, skupiające się na prawie do użycia siły i tym, że Khalil to bandyta, co sprzedawał narkotyki dla King Lords. A propos tegoż gangu – jeśli Starr zacznie zeznawać o tym, co się dzieje w jej dzielnicy, to konsekwencje za „kapowanie” mogą dotknąć całej jej rodziny. Pozostaje też kwestia kolegów z klasy, którzy protestowanie i udawanie, że ta śmierć ich obchodzi, wykorzystują jako pretekst do urwania się z lekcji i puszczania Logica. Bo biali ludzie bardzo nie lubią, kiedy nie mogą w czymś uczestniczyć, bo: „Jak to, nie mogę rapować ‘n word’ razem z Kendrickiem?” Możemy mówić, że sympatyzujemy że sprawą czarnoskórych, że szanujemy, tolerujemy i rozumiemy ich ból, ale nigdy tak naprawdę nie uciekniemy od uprzywilejowanej pozycji, z jakiej patrzymy na świat. I to jest jedna z ważniejszych lekcji „Nienawiści”, z której powinien czerpać tyleż nastoletni target, co dorośli widzowie.

Bo to kino przede wszystkim dydaktyczne, uwrażliwiające na problem i oferujące gotowe odpowiedzi. Okoliczności społeczne, przed jakimi zostaje postawiona Starr, są zatrważające, a sprawa, o którą walczy, bardzo jednoznacznie słuszna. Nie zawsze tak jednak jest i choć powinniśmy całym sercem wspierać Black Lives Matter, to już o konkretnych incydentach, jak złożona sprawa Trayvona Martina (z jednej strony zbyt niezależne działanie policjanta czy protekcjonalny stosunek do czarnoskórych świadków w sądzie, z drugiej agresja chłopaka), trzeba dyskutować z mocnymi liniami argumentacji. Jedynym choć trochę racjonalnym głosem opozycji jest wujek Starr, policjant grany przez Commona. Z wielu badań wynika, że czarnoskórzy funkcjonariusze równie nieproporcjonalnie często używają broni palnej przeciwko innym Afroamerykanom, a tutaj bohater próbuje bronić swojej „zapobiegliwości”. Jednak jego myślenie zostaje skompromitowane w obliczu znanych nam faktów i zerojedynkowych pytań protagonistki.

Nie da się ukryć, że wszystko w tej historii jest napędzane emocjami, a dramaturgia ma na celu skonfrontować widza z prawdziwymi problemami, ale w bardzo zagęszczonym i przerysowanym mikrokosmosie współczesnego „czarnego doświadczenia”. Nie wszystko zawsze przekonuje, choćby uproszczone środki wyrazu, jak kontrast między intensywnie ciepłymi barwami zdjęć dzielnicy Starr a przeszywająco chłodnymi miejskiego liceum. Samo to getto zresztą jest przez większość czasu zbyt przyjazne i odrealnione, w konfrontacji ze wstrząsającymi faktami, o jakich się potem dowiadujemy, a w Anthony’ego Mackiego trudno uwierzyć w roli największego „złodupca” w okolicy. Do tego czasem reżyser nie radzi sobie ze zbyt intensywnymi zmianami tonu i powstaje chaos. I nie mówimy tu o prostym przełamaniu powagi żartem, a sytuacjach, gdy w ciągu 5 minut jedna sekwencja przechodzi od beztroskiego powrotu ze studniówki, przez napięcie rasowe między ojcem a chłopakiem Starr, radosny moment rodzinnej więzi, by zakończyć się niebezpieczną strzelaniną. Reżyser nie może oczekiwać, że widz nadąży za taką żonglerką skrajnie różnych stanów emocjonalnych.

Jednak w całym tym częstym patosie, krzyku i furii nigdy nie przestajemy traktować filmu poważnie, a przypomnijmy, że to produkcja skierowana raczej do czternastolatków. Udaje się to za sprawą niezwykłej skali aktorskiej rewelacyjnej Amandli Stenberg, która musi grać na wysokim C przez grubo ponad połowę akcji. Dzielenie z nią każdej najintymniejszej chwili przeżywania tragedii: pierwszego szoku, roztrzęsienia, nagłych zmian nastroju czy wymiotowania jeszcze wiele dni po zdarzeniu, niemal zmusza nas do dzielenia z nią także każdej łzy i krzyku bezsilności, co sprawnie wzmagają proste zagrania inscenizacyjne reżysera. I jeśli nie złamią Was takie sceny, jak wstrząsający powrót przedmiotu, przez który zginął Khalil, czy finał, to prawdopodobnie macie serca ze stali.

Są tu wątki, które zapewne lepiej zostały rozwinięte w książce, a sprowadzono je do prostych stereotypów. Są momenty, gdy można było trochę przystopować tę szarżę i wprowadzić nieco zniuansowania. Druga połowa jest zdecydowanie słabsza i bardziej typowa, co przejawia się też w zmianie ścieżki dźwiękowej z twórczo wykorzystanych, klasycznych i świeższych kawałków rapowych, na typową, pompatyczną szkołę hollywoodzką i łzawy indie pop.

To film, który szantażuje emocjonalnie, wymusza na nas zgodzenie się z jego tezami – słusznymi, choć i tak dość zachowawczymi i ulgowymi, szczególnie dla grzeszków białych demagogów. W swoich ambicjach jednak, w tym czym jest, sprawdza się dobrze i na pewno nie pozostawi widza z poczuciem zmarnowanego czasu i suchymi powiekami.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Nienawiść, którą dajesz

Tytuł oryginalny: „The Hate U Give”

Rok: 2018

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: USA

Reżyser: George Tillman Jr.

Występują: Amandla Stenberg, Regina Hall, Russel Hornsby, Anthony Mackie, Common i inni

Dystrybucja: Imperial CinePix

Ocena: 3/5