Zamach na nostalgię – recenzja filmu „Tajemnice Silver Lake”

Zamach na nostalgię – recenzja filmu „Tajemnice Silver Lake”

“Znaki i symbole rządzą światem, nie słowa, ani prawa” – ten prawdopodobnie błędnie przypisywany Konfucjuszowi cytat, często przewija się w publikacjach internetowych na temat rozmaitych teorii spiskowych. To mogłoby być motto Sama - głównego bohatera filmu “Tajemnice Silver Lake”. W swoim najnowszym dziele David Robert Mitchell za pomocą estetyki, którą kocham, zawarł to, czego w sobie nienawidzę. Pod pozorem pastiszu filmu noir dokonał zamachu na modną nostalgię oraz nakreślił portret paranoicznego pokolenia, które nie radząc sobie z otaczającą rzeczywistością, w akcie bezradności ucieka w tropienie spisków i rozkodowywanie znaczeń symboli w popkulturze. To ostatnie tchnienie postmodernizmu.

Mówi się, że obecna generacja to społeczeństwo informacyjne. W przeciwieństwie do epoki przemysłowej, już nie towar, a właśnie informacja posiada najwyższą wartość. Tyle, że dzięki rozwojowi nowych technologii dociera do nas znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie przetworzyć. Mamy problem z selektywnym doborem, łapiemy więc wszystkiego po trochu, niczym nie mogąc się nasycić. Przejawia się to we wszystkich dziedzinach życia; od zawodowego, przez dysponowanie czasem wolnym, aż po relacje seksualne. Mitchell świetnie oddaje to już w pierwszych scenach “Tajemnic Silver Lake”. Oto Sam (Andrew Garfield) niczym bohater Jamesa Stewarta z “Okna na podwórze” podgląda sąsiadów przez lornetkę. W międzyczasie dzwoni jego matka, informując o telewizyjnej emisji “Siódmego nieba” z Janet Gaynor. Bohater zaś nie może się zdecydować czy patrzeć na nagi biust dojrzałej hippiski z mieszkania obok, czy obserwować nową, ponętną sąsiadkę (Riley Keough) prężącą się przy basenie? Za chwilę jednak do jego drzwi puka znajoma aktorka, z którą ostatecznie decyduje się na seks. Podczas mechanicznego stosunku, patrzy na plakat Kurta Cobaina, jednocześnie zerkając w kierunku telewizora, skąd docierają wiadomości o zaginięciu lokalnego biznesmena. Tymczasem myślami jest przy dziewczynie z basenu.

Do ich spotkania dochodzi niedługo później, ale nazajutrz okazuje się, że Sarah, bo tak ma imię ślicznotka, znika bez śladu. Czy ma to związek z grasującym w okolicy mordercą psów? A może to tylko czubek góry lodowej – wielkiego spisku, o którym można dowiedzieć się m.in. z sekretnego kodu bezdomnych, komiksowych zinów autorstwa miejscowego freaka, słuchaniu od tyłu  popularnych piosenek, czy map ukrytych w płatkach śniadaniowych? Sam podejmuje absurdalne dochodzenie, które zaprowadzi go w wiele przedziwnych miejsc, a widz będzie uczestnikiem tej onirycznej podróży po tytułowym Silver Lake i okolicach.

Bohater zatraca się w śledztwie, żeby nadać swojemu istnieniu sens. Bezrobotny, nie jest w stanie zapłacić czynszu i grozi mu eksmisja. Żyje na pograniczu jawy i snu, a widzowi trudno odróżnić co jest prawdą, a co tylko wytworem zaburzonego umysłu. Brak życiowej stabilizacji maskuje eskapizmem i tylko w odkryciu spisku odnajduje sens, odkrywając kolejne poziomy układanki, która nawet jeśli pozornie do czegoś prowadzi, jest niczym więcej, jak tylko wieczną pogonią za białym królikiem. To typowy przedstawiciel okresu hipermodernizmu, gdzie nadmiar informacji idzie w parze z nadmiarem ego, a wszechwidzące oko przy pomocy wszędobylskich kamer i dronów nad głowami, sprzyja paranoi. Sam, podobnie jak wielu z nas, przekonany jest o swojej wyjątkowości. Wierzy, że jest jednym z niewielu, którzy potrafią dostrzec to, co ukryte, choć tak naprawdę żyje w zaburzonej, iluzorycznej czasoprzestrzeni, przez co skazuje się na ostracyzm i samotność w tłumie.

Twórca “Coś za mną chodzi” konsekwentnie trzyma się noirowej stylistyki i okazjonalnie hołdując klasycznemu Hollywood, ujawnia swoje formalne inspiracje. Czasem bezpośrednio, rzucając tytułami czy pokazując nagrobek Alfreda Hitchcocka. Innym razem subtelnie, choćby imitując scenę ze słynnego niedokończonego “Something’s Got to Give” George’a Cukora, w której Marylin Monroe miała wystąpić nago. Wrażenie potęguje ekspresyjna ścieżka dźwiękowa, budząca skojarzenia z dokonaniami Bernarda Herrmanna. Zresztą ukrytych smaczków dla popkulturowych geeków jest tu zatrzęsienie i z każdym seansem wyłapuje się kolejne.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to kolejna produkcja płynąca na fali mody na retro, ale jest dokładnie odwrotnie. Reżyser, sam przecież ukształtowany przez kulturę masową, wymierza jej siarczysty policzek i zdaje się mówić, że jest tylko marnym erzacem rzeczywistości. Korzysta z jej elementów, tworzy intrygę za ich pomocą, ale ostatecznie sugeruje, że to droga donikąd. Puentuje to doskonała scena z tajemniczym tekściarzem-kompozytorem, który depcze ideały protagonisty, wyjawiając, że wszystkie kultowe utwory nie są wynikiem geniuszu artysów, a wykalkulowanym na zysk produktem i narzędziem maniupulacji. Przeciwnie, niż Steven Spielberg w “Player One”, gdzie próbował on przekonać, że wirtualny świat zbudowany na nostalgii może być naszym niebem. “Tajemnice Silver Lake” to film anty-nostalgiczny.

Produkcji daleko też do typowego czarnego kryminału. Intryga to najmniej istotny element, a całość mimo gorzkiej wymowy podszyta jest komediowym absurdem. Protagonista, oprócz tego, że zawsze trafia na odpowiedni trop i co chwilę spotyka kolejną femme fatale, w niczym nie przypomina szarmanckiego zawadiaki w typie Humphreya Bogarta. To neurotyk zapatrzony w popkulturę jak w obrazek. Niesiony nostalgią, sprowadza ją do roli kochanki (masturbuje się do zdjęć dawnych gwiazd i modelki z archiwalnego numeru Playboya), jak i szuka tam odpowiedzi na fundamentalne pytania. Nie bez powodu kluczowy dla rozwiązania zagadki zespół nazywa się Jesus and the Brides of Dracula. Sacrum i profanum buzuje w kulturowym tyglu, niczym w “Miłości obnażonej” Siona Sono. Świat u Mitchella pozbawiony jest zresztą własnej tożsamości, na rozmaite sposoby przetwarza jedynie to, co minione. Miasto uwodzi blichtrem, szybkim seksem, narkotykami i zieje pustką niczym dno jeziora Sliver Lake.

Mimo krytycznego spojrzenia, nie uświadczymy tu nawet krzty moralizmu. Mitchell wszak tworzy wiwisekcję pokolenia, którego sam jest częścią. Obnaża absurdy samonakręcającej się konsumpcyjnej paranoi, ale jednocześnie wciąga w nią widza. Choć łatwo niesprawiedliwie zamknąć film w przepełnionej już szufladce z napisem “nowa fala nostalgii”, oferuje on znacznie więcej. To jedno z najważniejszych dzieł XXI wieku; problemy pierwszego świata w pigułce. Nie tylko Ameryki, bo od dawna żyjemy w globalnej wiosce i wszyscy jesteśmy przesiąknięci tamtejszą kulturą. Wybitny obraz, w przyszłości skazany na kult, jakim obecnie otoczony jest „Mulholland Drive”.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Silver Lake Plakat

Tajemnice Silver Lake

Tytuł oryginalny: „Under the Silver Lake”

Rok: 2018

Gatunek: kryminał, dramat, komedia

Kraj produkcji: USA

Reżyser: David Robert Mitchell

Występują: Andrew Garfield, Riley Keough, Topher Grace i inni

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 5/5