Życie jak film – analiza filmu „Samui Song”

Życie jak film – analiza filmu „Samui Song”

Pen-Ek Ratanaruang to jeden z czołowych reżyserów tajskiej Nowej Fali. Twórca znany przede wszystkim z błyskotliwych zabaw tropami kina gatunkowego i łączeniu ich z arthousem, nie boi się przy tym podejmować trudnych społecznych kwestii. W “Samui Song” wykorzystuje kostium kina neo-noir, żeby zanucić gorzką pieśń o kobiecie uwikłanej w męskie układy i żądze. Stosując rozmaite narracyjne sztuczki, daje widzowi ogromne pole do interpretacji. Sam podsyca atmosferę na poziomie metafilmowym, twierdząc w wywiadach, że “wszystko może być prawdą i wszystko może być fikcją”, a na spotkaniach z widzami podsuwa sprzeczne wyjaśnienia swojego dzieła. Cała otoczka tworzy coś na wzór interaktywnego filmu, tyle że rozgrywającego się w głowie widza.

UWAGA, TEKST ZDRADZA ISTOTNE ELEMENTY FABUŁY!

Viyada (faktycznie słynąca z telewizyjnych seriali Laila Boonyasak) jest gwiazdą oper mydlanych i specjalizuje się w rolach typu femme fatale. Poznajemy ją w chwili wypadku samochodowego, któremu ulega w ciemnym lesie. Zajście obserwujemy oczami zbłąkanego psa. Czy jest on zwiastunem spotkania z diabłem, który niczym Faustowi objawia się kobiecie pod taką postacią? Rozpoczęcie filmu incydentem, którego skutkiem jest lekki uraz głowy, może zasiać ziarno niepewności co do wiarygodności następujących zdarzeń. Bohaterka na szpitalnym parkingu poznaje tajemniczego mężczyznę, który przedstawia się jako Guy (David Asavanond). Wspólny papieros owocuje szczerą rozmową. Nieznajomy próbuje pochwalić się błyskotliwym żartem, na wzór bohaterów Humphreya Bogarta, co Viyada kwituje tym, że wysławia się on jak postać z filmu. Granica między fikcją a rzeczywistością zaciera się na naszych oczach, tym bardziej że koniec końców okazuje się, iż Guy dorabia jako płatny zabójca, a młoda aktorka ma dla niego zlecenie. Reżyser ewidentnie bierze nas pod włos, wykorzystując klisze kina noir i podkreślając przy każdej możliwej okazji, że ma nad nimi pełną kontrolę.

Celem mordercy ma zostać mąż Viyady. Zanim jednak posądzimy naszą potencjalną femme fatale o najgorsze, wrócimy do czasu przed wypadkiem i będziemy świadkami kilku scenek rodzajowych z życia małżeńskiego państwa Beaufoy. Powiedzieć, że ich relacje są osobliwe, to jakby nie powiedzieć nic. Jerome to obcokrajowiec, prawdopodobnie Francuz (co sugeruje narodowość wcielającego się w tę rolę znanego reżysera teledysków – Stéphane’a  Sednaoui), roszczeniowy typ, zwracający się do swojej małżonki wyłącznie po angielsku, na co ona odpowiada mu po tajsku. Samo to sugeruje, że pochodzą z dwóch różnych światów dosłownie i w przenośni. Na domiar złego mężczyzna ma ciężką rękę wobec wybranki oraz jest fanatykiem religijnym będącym pod wpływem lokalnej buddyjskiej sekty. Jej uwikłany w ciemne interesy guru (w tej roli jeden z najbardziej znanych na Zachodzie tajskich aktorów – Vithaya Pansringarm) zbija fortunę na nieświadomych duszyczkach. Zaślepiony Jerome nie odmówi swojemu mentorowi absolutnie niczego, nawet jeśli będzie to propozycja spędzenia nocy z jego własną żoną. Jerome jest bowiem impotentem leczącym frustracje kompulsywnymi, żałosnymi próbami masturbacji lub, co bardziej skuteczne, rzeźbieniem genitaliów w swojej pracowni (jedna z jego prac, wzorem Kubricka, posłuży zresztą za narzędzie zbrodni). Freud na pewno miałby tutaj używanie, choć twórca “69”, jak widać, nie grzeszy subtelnością przy pisaniu postaci.

Zresztą, wszyscy mężczyźni w “Samui Song” to okrutnicy, którzy dochodzą swoich racji przemocą. Nawet jeśli przywdziewają maski wrażliwców. Tak jak Guy Spencer troskliwie opiekujący się obłożnie chorą matką nie zawaha się zamordować każdego, kto stanie na jego drodze. Przyjdzie nam spędzić z nim nieco więcej czasu, gdyż Ratanaruang w pewnym momencie niespodziewanie konfunduje widza i rozbija narrację, sprawiając, że tracimy protagonistkę z oczu na dłuższy czas. Jesteśmy wtedy świadkami sekwencji solidnie doprawionej absurdalnym humorem ze szczyptą realizmu magicznego. Od kafkowskiej z ducha próby wykupienia leków dla staruszki, po jej cudowne uzdrowienie podczas ucieczki.

fot. Pięć Smaków

Mimo ważkiego społecznego problemu, humor jest tu permanentnie obecny między wierszami. Choćby scena, w której Jerome raczy mnichów winem oraz muzyką Chopina. Duchownym najwyraźniej nie odpowiada twórczość polskiego kompozytora i włączają satyryczną piosenkę o jedzeniu wątróbki. Co ważne, podroby  wracają w filmie w innym, bardzo makabrycznym kontekście. Mimo wszystko, moimi ulubionymi żartami pozostają te autotematyczne, które obrazują duży dystans twórcy do swojego dzieła. Kiedy Viyada mówi swojej agentce, że czuje się zaszufladkowana jako “zołza z seriali” i chciałaby zagrać w ambitnym projekcie pewnego artysty, tamta odpowiada, że płaci on grosze i tworzy dyrdymały bez sensu, na których się zasypia. W tym kontekście przytacza film o “gościu snującym się po statku”, będącym niczym innym jak “Invisible Waves” samego Ratanaruanga. Reżyser, często sięgający w rejony kina artystycznego, kpi tutaj sam z siebie.

Igraszka z widzem osiąga jednak apogeum, kiedy “Samui Song” niespodziewanie się urywa. Zamiast napisów końcowych oglądamy jednak… inny film? Przynajmniej takie miałem wrażenie, gdy ze świata zbrodni przenosimy się na rajską wyspę. Zmienia się też styl kręcenia. Dominujące brązy i niedoświetlone kadry ustępują feerii barw, a zamiast minimalistycznego, mrocznego ambientu wchodzą egzotyczne rytmy. Nie sposób też rozpoznać żadnego z poprzednich bohaterów, a przyglądamy się sielance pary zakochanych kobiet i małego chłopca. Zaraz pojawiają się przesłanki, że jedną z nich jest Viyada, która porzucając poprzednie życie zmieniła tożsamość, poddając się operacji plastycznej. Odnalazła azyl na tytułowej wyspie Ko Samui z dala od męskiej opresji. Przeszłość jednak upomni się o swoje szybciej niż jej się wydaje, czego efektem będzie burzliwe zderzenie dwóch światów, detalicznie ukazane poprzez niezmiernie krwawe starcie. Skryta do tej pory poza kadrem przemoc właśnie w tej bajecznej scenerii uderzy ze zdwojoną siłą. Znamienne, że akurat jedną z największych atrakcji turystycznych owej wyspy są dwie skały w kształcie męskich oraz żeńskich genitaliów, nazywane dziadkiem i babcią.

Samo zakończenie, trochę na wzór “Świętej góry” Alejandro Jodorowsky’ego, sprawia, że zachodzimy w głowę, co tu się właściwie zdarzyło? Czy jakiekolwiek przedstawione wydarzenie miało miejsce? Czy zostaliśmy oszukani i oglądaliśmy po prostu jeden z aktorskich występów bohaterki? Tu ujawnia się wybór, o którym pisałem na początku. Można uznać, że cały seans był grą z widzem i jego przyzwyczajeniami, ale dla mnie nie była to zbyt satysfakcjonująca konkluzja. Bardziej przekonująca wydaje mi się interpretacja, że bohaterka wraca do punktu wyjścia. Rzeczywistość zdeptała marzenia o ucieczce i rajskim życiu z dala od mężczyzn. Dowodem na to jest scena, w której protagonistka przekreśla szminką swoje lustrzane odbicie i wraca do dawnego wyglądu. Nie było jej dane zasmakować upragnionej wolności, której granice wyznacza wszechobecna sekta.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Samui Song

Samui Song

Tytuł oryginalny: „Mai mee Samui samrab ter”

Rok: 2017

Gatunek: neo-noir, dramat, thriller

Kraj produkcji: Tajlandia, Niemcy, Norwegia

Reżyser: Pen-Ek Ratanaruang

Występują:  David Asavanond, Laila Boonyasak, Vithaya Pansringarm i inni

Dystrybucja: Pięć Smaków

Ocena: 3,5/5