Św. Matylda od Siedmiu Boleści – recenzja filmu „Saint Maud”

Św. Matylda od Siedmiu Boleści – recenzja filmu „Saint Maud”

Studio A24 znowu to zrobiło! Horror straszący „wystylizowanym umiejętnie nastrojem, budzącym naturalny lęk a jednocześnie głęboką refleksję poszerzoną o analizę współczesności” – jak to określił Waldemar Węgrzyn w niedawno opublikowanym na naszych łamach tekście o produkcjach tej wytwórni.

Saint Maud to pełnometrażowy debiut brytyjskiej reżyserki Rose Glass. Opowiada historię tytułowej Maud (Morfydd Clark), która obejmuje posadę jako prywatna pielęgniarka i opiekunka znanej choreografki, Amandy Köhl (Jennifer Ehle). Skromna dziewczyna skrywa jakąś mroczną tajemnicę z niedalekiej przeszłości, do której odnoszą się już pierwsze ujęcia filmu i którą stopniowo staramy się odkryć w miarę jak poznajemy jej historię (choć nigdy w pełni nie zostaje ona ujawniona). Głównym rysem naznaczającym osobowość troskliwej siostry miłosierdzia jest jej żarliwa wiara, która – jak się szybko okazuje – jest wynikiem niedawnego nawrócenia, związanym być może z pełnymi dramatyzmu tajemniczymi wydarzeniami z poprzedniej pracy w szpitalu. 

Maud wkłada w swoją pracę całe serce i to zaangażowanie zaczyna stopniowo przenosić również w sferę ducha, co skutkuje tym, że budzi się w niej pragnienie „zbawienia duszy” podopiecznej, które dziewczyna zaczyna traktować jako misję od Boga. Jednak ku mojemu zaskoczeniu film nie wędruje w rejony znane nam z takich filmów grozy, jak Co się zdarzyło Baby Jane? czy Misery, ale podąża ścieżką, która zamiast straszenia zależnością unieruchomionej pacjentki od szalonej opiekunki staje się swoistą wiwisekcją fanatycznego umysłu, zaburzonego na tle religijnym.

Film można by skwitować stwierdzeniem w stylu „największy horror to religia”, jednak byłoby to dla niego krzywdzące. Wchodzi on bowiem nieco głębiej w to zagadnienie. Religia i wiara są tu ukazane jako rzeczywistości pełniące wielorakie funkcje: wzmocnienie motywacji altruistycznych, sposób na radzenie sobie z wyrzutami sumienia i złem popełnionym w przeszłości, a nade wszystko jako nadające sens ludzkim poczynaniom (słowa „Wszystko co robisz nie ma sensu”, które w pewnym momencie słyszy bohaterka są dla niej największą tragedią). Rose Glass wskazuje jednak jak te z pozoru niegroźne i pożyteczne funkcje religijności mogą ulec wynaturzeniu, stając się groźne zarówno dla wierzącej osoby, jak i jej otoczenia. Jest to wszystko oczywiście mocno przerysowane i nie grzeszy subtelnością, zgodnie z prawidłami gatunku, jednak wskazuje na problemy wcale nie tak rzadko spotykane chociażby we współczesnym katolicyzmie. Również w polskim Kościele (a podobno i w innych miejscach na świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce) da się bowiem zauważyć wszystkie te problemy, które film sygnalizuje: coraz większa subiektywizacja doświadczenia religijnego; mały renesans praktyk ascetycznych i pobożnościowych, wiążący się niekiedy z niezdrowym cierpiętnictwem; rozdźwięk między „kościelną bańką” kleru i ludzi głęboko wierzących a współczesną kulturą i obyczajami, przekładający się na misyjny zapał skierowany na nawracanie „niewiernych”; wreszcie wzmożone zainteresowanie objawieniami prywatnymi, cudownościami, opętaniami szatańskimi i egzorcyzmami. Odczytana w ten sposób Saint Maud staje się swoistą przestrogą przed grożącymi tym praktykom wypaczeniami.

Jest również swoistym studium przypadku. Święta Maud to nikt inny jak św. Matylda czyli pochodząca z arystokracji westfalskiej królowa Niemiec, matka samego Ottona I Wielkiego, późniejszego założyciela Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, która zasłynęła głównie jako hojna jałmużniczka i troskliwa opiekunka chorych. Patronka w sam raz dla gorliwej pielęgniarki. Ona sama jest jednak swoistym skrzyżowaniem Marii Magdaleny (nawróconej nierządnicy), której medalik nosi zresztą na szyi oraz Joanny d’Arc, słyszącej głosy prostej dziewczyny spalonej na stosie jako heretyczka. Wszystkie niesamowite i „nadprzyrodzone” elementy fabuły są tyleż niepokojące, co malownicze i zostały bardzo umiejętnie wplecione w materię filmu, tak, że bez trudu możemy je zinterpretować jako zaburzoną percepcję bohaterki (moim ulubionym jest głos Boga lub demona przemawiający po walijsku czyli w jednym z najstarszych języków Europy). 

Całość zrealizowana jest na najwyższym poziomie: precyzyjny scenariusz i reżyseria Rose Glass, kapitalne zdjęcia Bena Fordesmana, minimalistyczna muzyka Adama Janoty Bzowskiego, scenografia Pauliny Rzeszowskiej i Anny Mould itd. Zachwycają również aktorki, zwłaszcza Morfydd Clark w roli tytułowej oraz Jennifer Ehle jako Amanda, ale na drugim planie dotrzymują im kroku również Lily Knight i Rosie Sansom jako pielęgniarki. 

„Niech to cierpienie nie pójdzie na marne” to jedna z ulubionych maksym bohaterki. Nie wiem czy będziecie mieć okazję obejrzeć ten film w kinie, ale nawet jeśli nie, to spróbujcie go złapać, gdy pojawi się w innych formach dystrybucji. Niech ta filmowa perła się nie zmarnuje.

 

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar
Saint maud plakat

Saint Maud

Rok: 2019

Gatunek: horror

Kraj produkcji: Wielka Brytania

Reżyseria: Rose Glass

Występują: Morfydd Clark, Jennifer Ehle, Lily Frazer i inni

Dystrybucja: M2 Films

Ocena: 4/5