con panel question answer

Wydaje mi się, że dla każdego możliwość rozmowy z twórcą filmowym byłaby ekscytująca. Oglądamy film a zaraz po nim możemy zadać pytanie osobie, która pisała scenariusz do niego, występowała w nim, albo spotkać się z tą osobą na mieście i pogadać na osobności. Nie trzeba udawać się w okolice czerwonego dywanu aby tego doświadczyć, ponieważ większość festiwali filmowych oferuje sesje Q&A po niektórych projekcjach. Potencjalnie ciekawe wydarzenie w praktyce jednak okazuje się niewarte wspominania.

Tydzień temu dobiegła końca 17 edycja festiwalu Nowe Horyzonty, która obfitowała w Q&A (Question & Answer - Pytania i odpowiedzi). Sam zostałem na 10 lub 15 i praktycznie o żadnym nie warto wspominać. Problemy były liczne, i jak na ironię najwięcej mogę powiedzieć o spotkaniu do którego NIE doszło - "Syn Królowej Śniegu" mnie oczarował swoją kreatywnością i odwagą. Żałuję, że ktoś inny zaczął klaskać przede mną. Wybrałem się na pokaz tylko dlatego, że liczyłem na obecność Franciszka Pieczki i możliwość uściśnięcia mu ręki w podzięce za to co robił przez ostatnie cztery dekady w kinie, ale nie było go we Wrocławiu. Jeszcze po ciemku podczas napisów końcowych biegałem po sali szukając reżysera tylko po to by mu podać rękę i podziękować, a następnie wybiegłem z sali, ponieważ była już 18:00; trzeba było zjeść obiad, a o 18:45 zaczynał się mój następny seans (nie byle jaki - "Niemiłość"!). Ale chciałem pogadać z twórcami tego konkretnego filmu - dlaczego zrobili go w taki sposób, czy nie rozważali innych konwencji, z jakimi problemami toczyli walkę podczas kręcenia... Cóż, nie było mi to dane.

Co poza "Synem..." wspominam? Pogratulowałem pomysłowej animacji w krótkim metrażu "Klimat i wanilia". Moje słowa odebrał producent i obiecał przekazać reżyserce. Reżyserowi "Photona" powiedziałem o tym, co uznałem za najciekawsze w jego produkcji. Nie zadawałem wielu pytań tak naprawdę, jedynie dzieliłem się swoimi wrażeniami po seansie. Krótko, zwięźle, i to często wystarczy, bo dzięki temu jest możliwość uruchomienia twórcy by ten powiedział coś więcej od siebie na jakiś temat. Reżysera niewydarzonych "Wszystkich miast północy" zapytałem, jak udało mu się nakręcić taki film i jeszcze wyjechać z nim poza Serbię. Wydawałoby się, że takie pytania powinny padać najczęściej na festiwalach, ale jakoś nikt nie zadaje sobie trudu, aby je zadać. Jak ktoś ma negatywne zdanie to zachowuje je dla siebie.

Nie jestem pewien, czy to dobrze lub źle.

Praktycznie wszystkie spotkania z twórcami były źle zorganizowane i poprowadzone, nawet zanim doszło do zadawania pytań. Opóźniały one projekcję czasem o 15-20 minut*, bo prezenter wywoływał kolejnych twórców pojedynczo, każdego widownia oddzielnie oklaskiwała, i każdy schodził dłużej niż te oklaski trwały... Chyba tylko raz widziałem rozpoczęcie projekcji z wszystkimi twórcami od razu pod ekranem. Prezenter powiedział tylko: "To są reżyser i producent, po filmie będzie można zadać im pytania, teraz oddam im mikrofon aby zapowiedzieli swoje dzieło, miłego seansu". Krótko i na temat. Tak to powinno wyglądać!

*a jesteśmy na festiwalu, więc tutaj czas jest na wagę złota i decyduje o tym, czy w ogóle cokolwiek zjemy kiedy słońce świeci

Kolejnym problemem jest brak planu. Pomijam nieprzemyślane pytania od prezentera do gości. Istotniejsze jest to, że zapewne brali do tych spotkań każdego z ekipy kto miał czas i chciał, bez uprzedniego zaplanowania jak ich wykorzystać. Zapewne z nadzieją, że może wśród widzów znajdzie się ktoś, kto zada pytanie do autora muzyki lub kostiumów, ale kończyło się to tak, że potem przez pół godziny pod ekranem stało 8 osób i tylko dwie coś mówiły.

Właśnie: stały. Tylko z dwa razy widziałem, aby ktoś im dał krzesło chociaż.

I w końcu są pytania od widzów... Jeśli w ogóle jakieś padają. To moja trzecia edycja Nowych Horyzontów na której byłem i trzeci raz muszę mówić to samo: ludzie, odwagi! Przesiądźcie się po seansie do pierwszych rzędów, zadajcie pytanie. To nawet nie musi być pytanie, wystarczy podzielić się wrażeniami. To jest zwyczajnie miłe dla autora aby usłyszeć coś od widza. Tylko poczekajcie na mikrofon zamiast krzyczeć na całą salę. I na początek przygotujcie się mentalnie do mówienia, bo zbyt często musiałem słuchać ludzi którzy dostali mikrofon do ręki, zaczęli nawijać i chyba dopiero wtedy zaczęli formować to co chcieli powiedzieć. Najgorzej jest kiedy oni kończą mówić, a reszta sali nadal nie wie, co osoba mówiąca chciała przekazać. Poza tym dochodzą też pytania wątpliwej treści, typu "Dlaczego zastosował pan kolorystykę biało-czarną w swoim dokumencie" - po projekcie "Brexitanni", o podzielonym społeczeństwie Wielkiej Brytanii; albo "Dlaczego zamiast jakiegoś węgierskiego aktora wybrał pan artystę z Gruzji aby wcielił się w postać uchodźcy?" - po projekcji "Księżyca Jowisza".

Z drugiej strony - co najmniej pięciu poważnych dziennikarzy zapytało Scarlett Johansson o to, czy nosi bieliznę pod kostiumem Czarnej Wdowy.

Jakość pytań lub ich brak nie zawsze musi być winą prezenterów lub widzów. Tu liczy się poziom filmu, i często nie będzie o czym gadać po seansie. Autorzy sami o tym wiedzą, bo przychodzą na spotkania z obojętnością wymalowaną na twarzy, bez krzty energii, pasji i chęci powiedzenia czegoś od siebie. Zostali zaproszeni więc przychodzą. Prezenterzy (zdarza się, że są to wolontariusze którzy kasują wam bilety przed wejściem na salę) zostali przypisani do prowadzenia spotkania więc robią co mogą, bez własnej potrzeby. A widzowie zostają z ciekawości i wychodzą po pierwszych dwóch pytaniach, bo nic ciekawego się nie dzieje. Tak niestety wygląda dobijająca większość spotkań w których uczestniczyłem w tym roku.

Dla mnie jako osoby tworzącej scenariusze filmowe jest to wszystko szczególnie niepojęte - ponieważ kiedy już zrealizuję swoje scenariusze to sesje Q&A ze mną będą trwać bardzo długo. Nie będę potrzebować nawet prowadzącego lub pytań, dajcie mi tylko mikrofon do ręki i dwanaście godzin czasu antenowego. Sam z siebie będę opowiadać o tym jak powstawał pomysł na całość, na poszczególne sceny, jak one ewoluowały, czemu robiłem pewne rzeczy tak a nie inaczej, będę podkreślał różne rzeczy z tła... A to wszystko tylko po napisaniu skryptu. Przecież podczas właściwego kręcenia dojdzie mi tyle historii z planu, że będę tam miesiąc opowiadać to wszystko. A potem pojadę na inny festiwal i będę to robić jeszcze raz. Żyję swoimi tekstami już od lat, i nadal opowiadam o nich z pasją gdy tylko ktoś chce mnie słuchać. Chcę tworzyć, a zanim to się stanie robię wszystko, aby dopracować jak tylko umiem swoje teksty. Chcę, aby moje filmy były potem oglądane oraz pokochane.

Spokojnie, tak naprawdę to będę się ograniczać do tych 30 minut które mi dacie.

Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że jest we mnie pasja. I zaangażowanie. Tego często nie widzę po twórcach których spotykałem. Może jako dzieciak niewiele wiem o życiu i proces kręcenia jest tak męczący, że potem nawet w najbardziej zaangażowanym zawodniku nic nie pozostaje? Może.

Oscar Wilde w "Portrecie Doriana Greya" zamieścił ciekawą ideę o tym, że autor dzieła jest tym nudniejszy im ciekawsze jest to, co on stworzył. Dzieje się tak, ponieważ autor sztuki wkłada wszystko co ma do powiedzenia w to co wykonał - rzeźbę, obraz czy film - które dzięki temu jest samowystarczalne i piękne, ale też nie warto już poznawać osoby, która to dzieło powołała do życia. Będzie ona nudna, niewiele powie od siebie... Jest w tym sporo prawdy. Sam nie lubię powtarzać tego co chwilę wcześniej zapisałem w formie mini-recenzji. Kiedy ktoś pyta mnie po prostu co myślę na temat jakiegoś filmu to wolę podać mu telefon żeby sobie przeczytał - tam już będzie to ładnie opakowane, w przemyślanej formie. I jak najbardziej jestem za ideą dzieła sztuki jako samodzielnego bytu którego nie trzeba przedstawiać lub wprowadzać w zagadnienia które podejmuje. Ale spotkania z twórcami nie muszą być powtórzeniem tego co zobaczyliśmy na ekranie. To coś zupełnie innego.

Opowieści reżysera i reszty ekipy mogą nam pokazać to co właśnie obejrzeliśmy w zupełnie innym świetle. Mnie jako twórcę ciekawi proces ewolucji jaki zachodzi podczas pracy. Interesujące są dla mnie wszystkie wersje alternatywne które mogły być oficjalnymi. Wszelkie sceny usunięte, zmienione lub koncepty, które poszły do kosza. Dla przykładu, słuchałem kiedyś komentarza reżysera do gry "The Blackwell Legacy" która zaczyna się od bohaterki stojącej na moście w żałobie i wysypującej prochy do morza. Reżyser powiedział, że pierwotnie początek miał być inny: kobieta miała przyjść na most, postać kilka chwil i wyrzucić prochy. Różnica delikatna ale znacząca, ponieważ w ostatecznej formie nie widzimy jej przyjścia, więc nie możemy powiedzieć jak długo tam przebywała. Mogła być tam minutę albo i cały dzień. Przekaz jest jasny bez banalnego pokazywania jak ktoś faktycznie stoi na moście cały dzień. Ten jeden komentarz od autora nauczył mnie bardzo dużo o wykorzystaniu czasu na ekranie, i jak to robić.

Wiele spotkań z przeszłości wspominam miło (rozmowa z reżyserem "Skrzydeł motyla", podanie ręki i podziękowanie Pawłowi Łozińskiemu za "100 lat w kinie") i wciąż lubię myśleć o tworzeniu jako akcie pełnym przemyśleń, walki i pasji. Oglądanie z kolei kojarzy mi się w pewnym stopniu z prowokacją, zaciekawieniem, a przede wszystkim: nawiązaniu kontaktu z odbiorcą. Spotkania z twórcami to miejsce gdzie powinna dziać się magia, i dlatego z takim bólem donoszę, że tego nie dostałem w tym roku.

Może za rok?
Garret Reza
Garret Reza