Małysz, Ojciec Święty, Zenon Martyniuk, Franciszek Maurer – recenzja filmu „Psy 3. W imię zasad”

Małysz, Ojciec Święty, Zenon Martyniuk, Franciszek Maurer – recenzja filmu „Psy 3. W imię zasad”

W pierwszych Psach Bogusław Linda, czy tam jego alter ego, pamiętnie argumentował odejście swojej byłej żony stwierdzeniem: „Bo to zła kobieta była”. W Ostatniej krwi, która ostatnią się nie okazała, Cezary Pazura ku uciesze polskiej, chorobliwe mizoginistycznej publiki okładał swoją ekranową żonę, twórczo rozwijając przy tym ów wątek: „Franz nie ma racji, wy nie jesteście złe. Jesteście po prostu bezdennie głupie”. Jak jest w „trójce”? Kobiety są złe, głupie? Znowu dzielą się na dziwki i madonny? Są obiektem wymiany, a w miarę rozwoju akcji ich wartość zostaje podbita z jednej butelki whiskacza na dwie skrzynki trunku, jak to było w przypadku Nadii? A może, jak Skłodowska-Curie, odkrywają pierwiastek, przez który Maurer, nasz skarb narodowy, zamiast sypać prymitywnymi ripostami, dużą część czasu trwania filmu spędzi na pluciu krwią? Historia miewa poczucie humoru. W końcu: czy Pasikowski choć trochę zmądrzał?

Bądźmy poważni. Nie. Beton na całej linii. Co prawda powraca postać Angeli, małolaty z „jedynki” (grana przez inną, niepodobną aktorkę), jednej z niewielu bohaterek kobiecych w filmografii Pasikowskiego, której reżyser przyznał namiastkę sprawczości i decyzyjności. Kobieta nawet rzuca ukradkiem jedną kwestię sugerującą, że może problem leży we Franzu, a nie w „złych kobietach”. Czy ona czasem, idąc za drugą częścią trylogii, nie miała robić kariery na Zachodzie jako modelka dla Vogue’a? Jak to się stało, że jest teraz w związku z postacią Żmijewskiego? Zresztą, kto zważa na spójność fabularną między tymi filmami? Chyba tylko ja, bo kiedyś, na nieszczęście mojego zdrowia psychicznego, poświęciłem im dużą część dysertacji.

Wszelkie nasze przedsądy o tym, co powinno się wydarzyć w trzeciej części muszą iść od razu do kosza. Co zrobić z tym dziwnym, utopijnym zakończeniem Ostatniej krwi z Franzem w tej rajskiej krainie (którą twórcy filmu z 1994 kręcili zresztą w pocie czoła przy chmurach burzowych, zapewne nie mając środków na więcej dni zdjęciowych w egzotycznych plenerach)? To był oczywiście sen, bohater śnił o Nowej Zelandii podczas dwudziestopięcioletniej odsiadki. To naprawdę Nowa Zelandia? To dlaczego Franz paradował w ponczo? Zresztą, ciągle go krzywdzę tym „Franzem”, a on w tym filmie bardzo nie lubi, gdy się go tak germanizuje. To było dobre na niespokojne czasy świeżo po transformacji, żeby nadać byłemu esbekowi jeszcze bardziej złowieszczej aury. Ale nie teraz. Teraz, w świecie smartfonów, bez Boga, zasad i mężczyzn, prawdziwych mężczyzn, Maurer jest jednym z niewielu prawdziwych Polaków. Franz Maurer to teraz Franciszek Maurer, i tylko tak się do niego należy zwracać. Franciszek jak święty, jak papież, jak męczennik nowego, gorszego świata.

Dlaczego zadaję tyle pytań? Bo na tym trochę polega seans tego filmu. O czym są Psy 3? Chylę czoła przed kimkolwiek, komu udało się wydobyć jakiekolwiek sensy z tego scenariuszowego armagedonu. Franciszek Maurer wychodzi z więzienia po długiej odsiadce (analogicznie do otwarcia „dwójki”, łącznie z bełkotliwym monologiem kumpla z celi, tym razem dotyczącym zmartwychwstania poprzez nekrofilię). Wita go syn Sawczuka. Jeśli nie pamiętacie, kim jest Sawczuk, to naprawdę nie ma znaczenia. W każdym razie syn Sawczuka przyjeżdża z komandem GRU i ogłasza Franciszkowi, że został on otruty polonem i ma tylko tydzień życia. Chwała bogom (i noblistce), może ten film będzie krótszy. Wątek ów nie doczeka się żadnego rozwinięcia aż do samego finału obrazu. 

Cała reszta kręci się wokół kwestii pt. „My, psy, musimy trzymać się razem”. W Polsce roku pańskiego 2019 wszyscy gliniarze są skorumpowani, wzajemnie się kryją, mordują niewygodnych świadków, a ci, którzy z pozoru stoją po stronie sprawiedliwości, jak Wit (Marcin Dorociński, chyba zawstydzony samym sobą), w rzeczywistości są tchórzami i konformistami. Prawdziwe Psy to Franciszek, „Panicz” (postać Jana Frycza, którą film bardzo próbuje przeforsować widzowi jako starego, dobrego przyjaciela, choć nie wystąpił on wcześniej w trylogii) oraz Morawiec, alias „Nowy” (Cezary Pazura). Ten ostatni ma problemy, ma żonę i dzieci, ostateczna kastracja. Zawsze był nieco sfeminizowany i nadwrażliwy, czego koledzy go skutecznie oduczali. W tej komitywie jest miejsce tylko dla mężczyzn przez duże „M”, dlatego udział nieco hybrydalnego Damiana (Seba Fabijański) wydaje się z początku problematyczny, w końcu taki komputerowiec, w okularach, co on może wiedzieć o zabijaniu. Ale, jak się okazuje, był też snajperem i strzelał do talibów w Afganistanie, więc może się bujać z chłopakami. Módl się za nami.

Można więc wyróżnić jakieś tematy przewodnie, a także kilka pełnych niejasności, poszatkowanych i często chyba niedokończonych wątków. Jednak ostatecznie, co jest clou dramatycznym filmu? Chyba samosąd, najwidoczniej jedyna świętość, jaką bohaterowie mogą zachować w tej nieprzyjaznej rzeczywistości. Ktoś zabił Morawcowi dorosłego syna, a policja robi w tej sprawie za mało i w ogóle wszystko brzmi nieco podejrzanie. Wątek ten powinien być okazją do aktorskiego tour de force Pazury, którego zawsze uważałem za sprawnego aktora dramatycznego (co ponownie udowodnił świetną rolą w Ślepnąc od świateł), w przeciwieństwie do jego powtarzalnej komediowej maniery. Może udałoby mu się to, gdyby nie wybitnie nieudolna ręka reżysera. Pasikowski sprawia wrażenie empatycznie kalekiego, ze znikomą wrażliwością na odpowiedni ton. W jednej scenie, ze szczególnym uwzględnieniem tej, której akcja toczy się w kostnicy, potrafi przeprowadzić nas przez dziesięć różnych rejestrów emocjonalnych, tylko nie ten, co trzeba. Nawet nie będziemy się nerwowo śmiać z niezręcznego tragikomizmu czy wymuszonego epatowania kreowanym szokiem, bo jakoś nie wypada, aż przykro.

Powiedzmy sobie szczerze: Pasikowski nigdy nie był szczególnie dobrym scenarzystą, i nie chodzi tylko o wspomnianą „kwestię kobiecą”, która zresztą tu też nie uległa poprawie (do archetypów dziwki i żony dołącza przyziemna kobieta Wita, która sama przyznaje, że nie ma żadnych atutów poza urodą). Podobnie w rozwoju reżyserskiego warsztatu przeszkadzało Władysławowi zbytnie zapatrzenie w zachodnie kino sensacyjne klasy B, pełne klisz i jednoosobowych armii. Siłą pierwszych Psów, poza trafieniem w społeczny zeitgeist, był niski budżet, implikujący kameralność, powolny rytm oraz nastrój, potęgowany przez trąbkowy podkład Michała Lorenca. Niewiele scen akcji, ale wszystkie rozegrane metodycznie, łącząc realne planowanie akcji policyjnych z grzeszną radością z przemocy. Ostatnia krew czy późniejsze „akcyjniaki” Pasikowskiego były już w gorszym guście, ale od biedy można było znaleźć i pozytywne strony, choćby pracę kamery Pawła Edelmana. W imię zasad próbuje łączyć zalety obu poprzednich części, aspirując do bycia „Psami ostatecznymi”, laurką dla długoletnich fanów, pełną pożegnań ze starymi przyjaciółmi (o patrzcie, Mirosław Baka, on nadal istnieje!), Irlandczykiem, jakkolwiek mało chlubnego, polskiego dziedzictwa kina gatunkowego lat 90.

Powstał jednak obraz, który w każdym aspekcie jest katastrofą. Scenariusz Psów 3 skonstruowano tak idiotycznie, że najnowsze Gwiezdne wojny wyglądają przy nim jak literackie arcydzieło. Zasypywani jesteśmy nieistotnymi faktami. Logika przyczynowo-skutkowa jest znikoma, raz wyprzedzamy dedukcję bohaterów o kilka kroków, innym razem odmawia się nam kluczowych informacji dla zrozumienia ich motywacji. Odrzuca się tu wszelkie prawidła realizmu i prawdopodobieństwa, zabójstwa realizuje się w biały dzień w miejscach publicznych, a wymiotujący krwią dziadek potrafi wyeliminować cały batalion, niemal strzelając na oślep. Większe sekwencje akcji, a właściwie sekwencja, wyglądają tanio i ogląda się je topornie, z problemami w zrozumieniu przestrzennych relacji między bohaterami. Film jest niemiłosiernie nudny, bezbarwny wizualnie, wypełniony elementarnymi błędami montażowymi, drętwymi dialogami i powtarzalnymi akordami na klawiszach. Nie ma też żadnego ideologicznego stanowiska, chyba że takowe można sprowadzić do: „w tym kraju tylko kradną, policja pilnuje własnych tyłków, a powinno się czasami pozwolić dobrym chłopakom dać komuś w mordę, tak do nieprzytomności, w imię zasad”. Najnowszy film Władysława Pasikowskiego sprawi, że zatęsknicie za Patrykiem Vegą.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Psy 3. W imię zasad

Rok: 2020

Gatunek: kryminalny

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Władysław Pasikowski

Występują: Bogusław Linda, Marcin Dorociński, Cezary Pazura i inni

Dystrybucja: Kino Świat

Ocena: 0/5