Przepowiednia

"Przepowiednia", reż. Zuri Rinpoche

Przepowiednia

Ocena: 3/5

Himalajska sceneria, chłopak i dziewczyna, oboje młodzi i piękni. Rzucają sobie zalotne spojrzenia. Coś wisi w powietrzu, brak tylko nastrojowej muzyki. Jednak to nie bajka, ale historia o miłości niemożliwej. Ona to dziewczyna, która przed laty wyjechała do stolicy Bhutanu na studia, ale powraca w rodzinne strony. On został przeznaczony jeszcze jako dziecko do najwyższych godności w buddyjskim klasztorze, ma być przewodnikiem duchowym i nauczycielem. W wieku trzech lat został zabrany z rodzinnego domu jako inkarnacja tertona Ringiza Limpy. Tytułowa przepowiednia Trzech Klejnotów odkryła przez lamami, jak znaleźć pośród nowo narodzonych dzieci Rinpocze. Wszelka zażyłość między parą zostaje odrzucona jako nieprzystojna i niewłaściwa. Nawet ustami dawnego wychowawcy chłopaka, lamy Singye dziewczyna zostaje skarcona, że rozprasza nie tylko Limpę, ale i jego uczniów. Wybór między powinnością a osobistym spełnieniem to tylko jeden z tematów filmu Zuriego Rinpochego. Pobrzmiewają echa świetnego “Stając się, kim byłem”, gdy ujawnia się ojcowsko-synowska relacja Ringiza Limpy z lamą Singyem. Najbardziej odświeżającą kwestią, jaką podjęto, pozostaje jednak rola kobiety w kostycznym systemie buddyjskim. Zazwyczaj obserwujemy malownicze wyrywki z życia buddyjskiego klasztoru z perspektywy reżyserów, którzy nie rozumieją do końca co w trawie piszczy (“Mały Budda” Bertolucciego, “Kundun” Scorsese, „Siedem lat w Tybecie” Annaud). Patrzą oni na buddyjskie obrzędy z boku, z pozycji życzliwego, ale jednak intruza. Tymczasem reżyser filmu sam będący inkarnacją mnicha Thrangu w Qinghai doskonale rozumie, jaki bagaż nosi taki wybraniec. Nie musi poznawać rytuałów, tajemnic, zasad. To dla niego chleb powszedni. Może dlatego otrzymujemy dzieło czyste jak kropla wody, nieskażone cyniczną chęcią uzyskania mistyki na taśmie filmowej.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk