Trzeba było (po)zostać dresiarzem – recenzja filmu „Proceder” [18+]

Trzeba było (po)zostać dresiarzem – recenzja filmu „Proceder” [18+]

"Mordo, masz dla kogo żyć. Moja dupa cię słucha" – mówi stróż prawa do poszukiwanego złodzieja samochodów i rapera, który zaraz w malignie wykona skok z szóstego piętra warszawskiego hotelu, skutkujący kilkumiesięczną śpiączką i stworzeniem jednego z wielu mitów założycielskich Tomasza Chady. W tej jednej scenie “Proceder” braci Węgrzyn jest prawdopodobnie najbliżej emocjonalnej prawdy. Prosty, braterski gest mentalnego poklepania po plecach, męskiej empatii i ulicznej solidarności, która jest w stanie na moment przełamać społeczne bariery.

Twórcy niedawnej “Wściekłości”, toksycznego filmu o toksyczności wypluwanej wiązankami przez człowieka-korpo podczas nocnego joggingu, nie owijają w bawełnę. Świat w oczach Chady jest czarno-biały, ludzi można zwykle podzielić na dwa typy. Dobre ziomki, których mało, ale zawsze można na nich liczyć, i fałszywe penery (wybaczcie anachroniczną, poznańską nomenklaturę), które przy każdej dogodnej okazji podpierdolą cię na psach. Są laski, które od razu chcą się ruchać, jak dobrze zagadasz i są dwulicowe świnie, dla których się starasz, a potem i tak tylko zawracają ci dupę o dzieciaka i rachunki, jak próbujesz kreślić rymy.

Wróć, jest też mamusia, która zawsze ma rację, we wszystkim wspiera, ale i tak ją ciągle rozczarowujesz, bo po prostu taki z ciebie trudny dzieciak. Innymi słowy – dobro i zło są relatywne w tym znaczeniu, że są zależne od tego, jak się z daną sytuacją czuje bohater. Jak ktoś mu zrobi dobrze, to się cieszy, jak ktoś mu zwróci uwagę, to wraca do nałogów i małostkowych kradzieży, przez które znowu traci pracę i reputację. Ale to nie jego wina, to ten, jak to mówią, kapitalizm. Kiedyś tak nie było.

W jednym z epigrafów wspierających ostatnie (niemiłosiernie długie) ujęcie obrazu braci Węgrzyn otrzymujemy informację, że misją filmu jest uświadomienie społeczeństwa na temat realiów życia ulicznych poetów, tak marginalizowanych w debacie publicznej. Już pomińmy pytanie, czy Chadę, esencję mainstreamu warszawskiej hip-hopowej sceny, zdobywcę trzech złotych płyt i jednej platynowej, któremu drugą sławę przynosi głośna i kontrowersyjna śmierć, można uznać za postać tak niszową i skandalicznie pomijaną, że wymagającą przybliżenia niewtajemniczonym. Gorzej z faktem, że widz, potencjalny rapowy neofita dowie się z tego filmu najprawdopodobniej tyle, że syn Bogdana był niereformowalnym ćpunem, alkoholikiem, złodziejem, recydywistą i prostakiem, który w międzyczasie trochę ponawijał w klubach i pracował nad jakimś nieokreślonym projektem, którego premierę odkładał całe wieki. A wszyscy i tak go znali i kochali!

Oglądając dwie dekady życia warszawiaka na przestrzeni dwuipółgodzinnej, pozbawionej dramaturgicznej koherencji, sklejonej z zasłyszanych anegdot (“podobno kiedyś Tomek nie wrócił z przepustki do kicia i zamiast tego siedział w studiu”) biografii, trudno pozbyć się wrażenia, że dla filmowego Chady rap jest ostatni na liście priorytetów. W ferworze kolejnych imprez, „zaliczanych” kobiet, nowych narkotyków, kicksów z kontrabandy i (często wyolbrzymianych) życiowych tragedii, nie ma zbyt wiele miejsca na refleksję choćby o inspiracjach muzycznych, procesie twórczym, ważnych współpracownikach czy nawet na tytuły albumów. Muzyka Chady funkcjonuje jedynie “operacyjnie” – te najbardziej znane, ograne single o ulicznym życiu i marzeniach o wielkości, wykorzystane jako podkład do podobnych sekwencji montażowych bujania się po mieście. Plus ta jedna scena w więzieniu, gdy umiejętności freestylowe rapera ratują go od łomotu ze strony grypsujących.

Film można włączyć w dowolnym momencie i zobaczyć to samo, brak w nim jakiejkolwiek ewolucji dramaturgicznej czy stylistycznej. Przyczynowość jest zerowa, nie ma mowy nawet o realizacji najprostszych schematów typu “drogi na szczyt”, czy coraz głębszego popadania zwyczajnego chłopaka z dzielnicy w niebezpieczną “grę”. Opowieść-sinusoida, raz na wozie, raz pod wozem i żadnych dostrzegalnych zmian. Estetycznie natomiast, każda scena wygląda jakby wycięto ją ze współczesnego raperskiego teledysku. Owszem, może i profesjonalnie, ale przy dłuższym metrażu kolejne podobne kadry, skąpane w blasku studyjnych lamp, z identyczną gradacją barw, zaczną w końcu sprawiać wrażenie produktu laboratoryjnego.

“Proceder” jest tak złą biografią i tak złym filmem o hip-hopie, że aż z tęsknotą zaczniemy wspominać “Jesteś Bogiem” Leszka Dawida. Był to może film ugrzeczniony, asekurancki i powierzchowny, ale miał w sobie chociaż element człowieczeństwa. Umiejętnie zachowywał balans między wiernością ulicznym, klasowym rodowodom bohaterów a uchwyceniem ich głęboko skrywanej wrażliwości i oddania muzyce. Tomasz Chada w interpretacji braci Węgrzyn jest po prostu zwierzęciem. Maszyną do chlania, wciągania i dymania. Prymitywną, niezdolną do krytycznego myślenia i autorefleksji. 

W tym kontekście jedyną zaletą filmu okazuje się kreacja Piotra Witkowskiego, któremu doskonale udało się w przekonujący sposób wydobyć z siebie tę animalistyczną energię, konieczną do wygrania najbardziej efektownych aktorsko scen. Nie pomaga to za bardzo w znalezieniu powodów do sympatyzowania z jego bohaterem czy zrozumieniu najbardziej zagadkowych scen w filmie, między innymi tych ukazujących stosunek Chady do religii. Co autorzy mieli na myśli z kajaniem się pod figurą Matki Boskiej, na sposób podobny jurodiwemu? Czy Hamlet był szaleńcem, czy tylko udawał? Niech podsumowaniem będzie komentarz rzucony podczas tej sceny przez obecnych na moim seansie fanów Chady, do których przecież ten film jest głównie adresowany: “Śmieszny, ale mógłby się już skończyć”. Nawet ja, choć nie należę do szczególnych entuzjastów tego rapera, jestem zdania, że zasłużył na coś lepszego.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

PROCEDER

Rok: 2019

Gatunek: biograficzny

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Michał Węgrzyn

Występują: Piotr Witkowski, Agnieszka Więdłocha, Małgorzata Kożuchowska i inni

Dystrybucja: Mówi Serwis

Ocena: 1,5/5