lost hatch

Wydaje się, że format serialu telewizyjnego nie różni się za bardzo od produkcji kinowej. Wielu mogłoby powiedzieć nawet, że serial to "długi film", albo w drugą stronę - jeśli dana produkcja składa się z samodzielnych epizodów, to można by je nazwać "krótkimi filmami". Różnice są jednak większe.

Serial to medium miniatur w miniaturze. Film jest skończoną i ograniczoną całością, podczas gdy w serialu wszystko jest częścią czegoś większego, ale zachowuje większą autonomię. Odcinki mogą funkcjonować w oderwaniu od reszty sezonu, całe serie mogą być samodzielne wobec siebie. Ale to zaledwie skala makro, bo gdy weźmiemy do ręki mikroskop i zbadamy poszczególne składniki, wtedy zauważymy kolejne różnice.
 
Chociażby początek kolejnego sezonu jest znakomitą okazją, aby zabawić się z oczekiwaniami oglądającego. Kiedy oglądamy początek pierwszej serii, wtedy twórcy muszą nas zainteresować, wciągnąć, przedstawić świat, do którego wchodzimy. Otwierając kolejny tom swojej sagi, twórcy mierzą się z wyzwaniem innego rodzaju. Mają na rękach miłość widowni do ich dzieła. Teraz widzowie czegoś oczekują. Wiedzą już, że chcą ten tytuł oglądać. Można ten fakt wykorzystać, tworząc kolejne miniaturowe arcydzieło.  Rzadko do tego wciąż dochodzi, ale jeśli już - co zaskakujące - to pojawiają się w drugim sezonie. Poniżej przyglądam się czterem przypadkom, w których to twórcy okazję wykorzystali i zafundowali mi niezapomniane przeżycie prezentując kolejny sezon w sposób, którego nie mogłem przewidzieć. Oczywiście - bez spoilerów. Chcę w końcu, byście zmierzyli się z tymi tytułami samodzielnie i mieli szansę przeżyć je tak jak ja.
 
Trzeba powiedzieć jeszcze jedno - jeśli twórcy nie wykorzystują okazji, nie musi to być błędem lub wadą. Często takie kombinowanie nie pasuje do danej produkcji. Wyobrażacie sobie chociażby 8 sezon "Mad Mena" rozgrywający się współcześnie? Albo 9 sezon "Scrubs" mający miejsce w szkole lekarskiej, z zupełnie nowymi bohaterami? To byłoby straszne!
Orange is the New Black poster

Orange is the New Black - sezon II (2014)

"Thirsty Bird"
Reżyseria: Jodie Foster
Scenariusz: Tara Herrmann & Jenji Kohan

Mój ulubiony moment w serialu to do tej pory pierwsze 15 minut drugiego sezonu. Chociaż nie jest to produkcja oparta mocno na historii (raczej na postaciach i środowisku więziennym) to jednak w finale pierwszej serii otrzymałem potężny clifhannger. Główna bohaterka znalazła się w takiej sytuacji, że musiałem natychmiast zacząć oglądać ciąg dalszy, aby tylko dowiedzieć się, co stało się potem. I co twórcy zrobili? Absolutnie wszystko tylko nie to, czego oczekiwałem. Bawili się ze mną, drażnili w najlepsze, pokazując ciąg scen bez kontekstu pozbawiony nawet słów. Jakby wszystko było jasne, jakby nic nie trzeba było mówić i dodawać. Z gracją skakali wokół tematu, omijając esencję i budując napięcie. Piękna sprawa!

Zagubieni - sezon II ("Lost", 2005)

"Man of Science, Man of Faith"
reżyseria: Jack Bender
scenariusz: Damon Lindelof

Przykład zabawy w pełnym świetle. Widzowie opuścili pierwszy sezon z masą oczekiwań. Zasiadając do drugiego sezonu nikomu z nas nie przeszło przez myśl, że właśnie oglądamy odpowiedź na najbardziej palące nas pytania - ale tak właśnie było. Nawet nie zwróciliśmy uwagi na fakt, że nie wiemy jak wygląda oblicze człowieka, który kręci się samotnie po ekranie. Mistrzostwo kroku w każdym detalu, począwszy od pierwszego dźwięku na końcowym ruchu kamery kończąc.

Scream - sezon II (2016)

"I Know What You Did Last Summer"
Reżyseria: Brian Dannelly
Scenariusz: Michael Gans & Richard Register

Co można zrobić z marką "Scream"? Wydawało się po premierze pierwszego filmu w 1996 roku, że nic. A jednak powstały kolejne, które trzymały poziom. Następnie powstał serial - nie tylko z szacunkiem adaptuje dziedzictwo kinowych poprzedników, ale i osiągnął sukces jako samodzielny slasher, łącząc elementy horroru, satyry, kryminału teen-movie. Tu wydaje się, że dotarliśmy do końca, bo co jeszcze można dodać? Co jeszcze można wymyślić? Z tą myślą zacząłem oglądać drugi sezon "Scream" i już pierwsze siedem minut uświadomiło mi, że twórcy dopiero się rozkręcają. Wciąż mistrzowsko grają z konwencją, oczekiwaniami widza i dziedzictwem "Scream 2" (1997), jednocześnie bezwstydnie wyprowadzających widownię w pole. Tam, gdzie wydawało się, że nie da się już nic więcej powiedzieć, oni zaczęli krzyczeć na całe gardło. Intro tej serii to rewelacyjna scena, którą natychmiast chciałem obejrzeć drugi raz, aby zrozumieć, co tak naprawdę właśnie zobaczyłem, i docenić mikro-kunszt scenarzystów w każdym detalu.

Jeśli nie oglądaliście pierwszej serii to odłóżcie poniższy filmik na później, bo pomiędzy czwartą i piątą minutą wspominają prawdziwą tożsamość mordercy.

Pozostawieni - sezon II ("The Leftovers", 2015)

"Axis Mundi"*
Reżyseria: Mimi Leder
Scenariusz: Damon Lindelof & Jacqueline Hoyt

Czyli przyczyna całego tego tekstu. Przed seansem wiedziałem, że każda seria to oddzielna miniatura, rozgrywająca się w innym miejscu i mająca nowych głównych bohaterów. Z tą wiedzą zacząłem seans drugiego sezonu... I przestałem wiedzieć, na jakim świecie się znajduję. Nie wiedziałem, co oglądam. Nie byłem na to przygotowany. Zachodziłem w głowę - czy tak będzie wyglądać wszystkie 10 epizodów? Scenariusz autorstwa Damona Lindelofa przy pomocy Jacqueline Hoyt to nowy rozdział w historii narracji, a intro do drugiego sezonu to może być najlepszy moment w historii telewizji, obok finału trzeciej serii "Lost". W "Axis Mundi" nie mówimy jedynie o zaskakiwaniu widza, bawieniu się oczekiwaniami czy efektowności. To odsłonięcie przed widownią kolejnego poziomu, zagadka i wejście do zamkniętego kręgu sztuki, która ma odwagę pozwolić sobie przemówić do widza obrazem, magicznym momentem wyzbytym dosłowności. Nie jest istotny aspekt realizacyjny, ani nawet fakt, że całości brakuje dialogów - ważne jest, że ja to widzę. Że twórcy chcieli, bym to zobaczył. A ja dostrzegłem w tym krótki moment piękna.

pozostawieni 2 sezon
*Axis Mundi in certain beliefs and philosophies, is the world center, or the connection between Heaven and Earth. As the celestial pole and geographic pole, it expresses a point of connection between sky and earth where the four compass directions meet.

Wnioski wydają się proste i jasne, przynajmniej w teorii. Należy przede wszystkim wiedzieć co się tworzy. Twórcy muszą znać własne dzieło, jego istotę - to nie może mieć przed nimi żadnych tajemnic. Muszą czuć swobodę podczas poruszania się po tym co sami powołali do życia. Po drugie - muszą być świadomi obecności widza. Muszą go znać - rozumieć, jak na niego wpływają. Film powstaje dopiero w momencie, gdy ktoś go ogląda - tego nie można zignorować. Gdy spełni się te dwa warunki - cóż... Wtedy dzieje się magia.

Garret Reza
Garret Reza