Miami Parano – recenzja filmu „Plażowy haj”

Miami Parano – recenzja filmu „Plażowy haj”

“Przychodzisz do mnie w dniu ślubu mojej córki i prosisz, żebym zjarał się jak świnia?” - Takie słowa mogłyby stanowić motyw przewodni pierwszej części “Plażowego haju”. Harmony Korine najpierw zabiera nas na niesamowitą imprezę, której punktem kulminacyjnym jest wesele córki głównego bohatera, a potem stopniowo, niczym uderzający obuchem w głowę kac gigant, sprowadza nas do ziemi i przypomina o bolesnych konsekwencjach.

Moondog (Matthew McConaughey) to pisarz żyjący jak stereotypowa gwiazda rocka. Jest niesamowicie wyluzowany, wiecznie znajduje się pod wpływem przeróżnych substancji, a o jego seksualnych podbojach mogą krążyć legendy. Co ciekawe w nieustannym kopulowaniu z przypadkowo poznanymi kobietami zupełnie nie przeszkadza mu jego niezwykle atrakcyjna i ponadprzeciętnie bogata żona (Isla Fisher), która w tej relacji czuje się o tyle dobrze, że wybryki męża traktuje jako ciche przyzwolenie na własne romanse.

Poznajemy Moondoga w trakcie alkoholowo-narkotycznego ciągu, który trwa nieprzerwanie, aż do chwili ślubu jego córki. Ceremonii zupełnie niespotykanej. Prowadzonej przez przyjaciela bohatera (w tej roli Snoop Dogg), który specjalnie na tę okoliczność przyjął święcenia kapłańskie. Okraszonej naprawdę szalonym przyjęciem weselnym, podczas którego goście raczyli się grubymi blantami ukręconymi z silnie halucynogennej odmiany marihuany, będącej specjalnością świeżo upieczonego księdza. Pierwsza część filmu stanowi wręcz hipnotyczny, oniryczny trans, przypominający, chociażby “Las Vegas Parano” Terry’ego Gilliama.

Niestety, podobnie jak w “Spring Breakers” Harmony Korine przypomina nam, że każdy sen się kończy i ponownie robi to w niezwykle bolesny sposób. Wypadek z udziałem głównego bohatera wywraca jego życie do góry nogami i sprawia, że jego dalszy byt uzależniony zostaje od tego, czy uda mu się skończyć książkę. Wbrew znanym z Hollywood stereotypom postawiony pod ścianą Moondog wcale nie odczuwa presji i nie motywuje się do żadnej zmiany swojego stylu życia. Mimo wiszącego nad głową widma bankructwa, mimo kolejnych dziejących się wokół niego tragedii, mimo prokuratorskich zarzutów i obowiązku odwyku pozostaje takim samym bezrefleksyjnym utracjuszem. Początkowo budzące sympatię, zachowania zaczynają przypominać paniczne miotanie się w ruchomych piaskach, ściągające nieszczęśnika coraz głębiej na samo dno.

W “Plażowym haju” pochodzącemu z Kaliforni reżyserowi udało się osiągnąć dwie rzeczy godne najwyższego uznania. Pierwszą z nich jest zabranie widza w absolutnie niepowtarzalną podróż, będącą ucztą dla zmysłów i daleko odchodzącą od klasycznego postrzegania budowania filmowej fabuły. Drugi, nie mniej istotny sukces to ukazanie głównego bohatera, który na przemian uwodzi zarówno swoim podejściem do życia, jak i wybitnym talentem poetyckim, a jednocześnie budzi graniczącą wręcz z obrzydzeniem niechęć, spowodowaną swoją głupotą i autodestrukcyjnymi skłonnościami. Z całą pewnością dzieło autora “Spring Breakers” nie spodoba się każdemu, ale ja takie bezkompromisowe, szalone i odważne kino chciałbym oglądać jak najczęściej.

 
Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
Plakat Plażowy Haj

Plażowy haj

Tytuł oryginalny: „Beach Bum”

 

Rok: 2019

Gatunek: Komedia

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Harmony Korine

 

Występują: Matthew McConaughey, Snoop Dogg, Isla Fisher  i inni

Ocena: 4/5