Bezsilność w Tunisie – recenzja filmu „Piękna i bestie”

Bezsilność w Tunisie – recenzja filmu „Piękna i bestie”

Afryka rzadko trafia na ekrany naszych kin, kiedy to się jednak staje, to zazwyczaj są to filmy skupione albo na tzw. Arabskiej Wiośnie („Ostatnie dni miasta”, „Morderstwo w hotelu Hilton”, „Hedi”), albo na świecie, który powstał po opadnięciu rewolucyjnego kurzu i zapału. Do tej drugiej grupy należy „Piękna i bestie”, tunezyjska produkcja, która właśnie zawitała do Polski.

Wyświetlany w sekcji Un Certain Regard zeszłorocznego festiwalu w Cannes (przegrał z „Uczciwym człowiekiem”, czyli drugą kwietniową propozycją Aurory) obraz tunezyjskiej reżyserki Kaouther Ben Hanii to pierwszy od prawie dwóch lat film z tego kraju, jaki mamy okazję zobaczyć w polskich kinach. Twórczyni opowiada o bardzo głośnej sprawie, która przed kilku laty zelektryzowała opinię publiczną na całym świecie i nie pozostała bez wpływu na przebieg wyborów prezydenckich w jej ojczyźnie.

W dziewięciu kilkunastominutowych scenach, każdej stworzonej na jednym ujęciu, towarzyszymy dwudziestojednoletniej studentce Miriam podczas najgorszej nocy jej życia. Głęboko wierząca i spokojna (jak się dowiadujemy, stroni od wszelkich używek niezależnie od życiowej sytuacji, na imprezę przychodzi w długiej sukni pozbawionej dekoltu etc.) studentka, aktywna działaczka samorządu, podczas organizowanej przez siebie w popularnym hotelu dyskoteki poznaje tajemniczego i przystojnego chłopaka. Szybko opuszczają duszną salę i wspólnie udają się na nocny spacer wzdłuż wybrzeża. Magię wieczoru i spokój młodych wkrótce zburzy działanie tych, którzy owego spokoju winni pilnować.

Policjanci z przejeżdżającego patrolu gwałcą Miriam i odjeżdżają z jej torebką. Od tego momentu rozpoczyna się desperacka walka o godność i prawdę, jak również wymuszona przez okoliczności przemiana protagonistki z zahukanej i wiecznie przestraszonej myszki w silną i zdesperowaną kobietę, która nic nie może stracić i dlatego niczego się nie boi. Przypomina to trochę nagrodzone Złotym Globem „W ułamku sekundy”, z tym że tutaj droga bohaterki pokazana jest znacznie mocniej i ciekawiej.

Miriam i jej towarzysz Youssef podejmują się samotnej walki z aparatem państwowym, po drodze napotykając całą gromadę schematycznych postaci, prezentujących różne postawy wobec prawa, kobiet, władzy, czy religii. Niestety duży problem tego niespełna stuminutowego filmu stanowi tempo. Zwłaszcza w pierwszej połowie składa się on głównie z niezbyt porywających statycznych dialogów, których przebiegu widz może się z łatwością domyślić od samego początku.

Głównym problemem produkcji jest jednak pytanie, po co zagraniczny widz miałby ją oglądać. Poza dość ciekawą i bardzo dobrze zrealizowaną formą otrzymujemy tu bowiem standardową opowieść o walce jednostki z systemem. O tym, że aparat władzy ma zbyt wielkie prawa, ręka rękę myje, słabi ludzie są zastraszani, a społeczeństwo, które jest konserwatywne i mocno wierzące, niejako w pakiecie jest również mizoginiczne i patriarchalne. Tak jakbyśmy nie obserwowali tego na co dzień na ulicach.

Na największą uwagę zasługują jednak bardzo sprawnie zrealizowane zdjęcia i rewelacyjna kreacja, nieznanej poza ojczyzną, Mariam Al Ferjani. Trzymająca się blisko bohaterów kamera, zamyka ich w kadrze niczym w ciasnym pudełku, wypełnionym papierosowym dymem. W towarzystwie Miriam przewijają się twarze i sylwetki napotkanych osób, a to co najciekawsze i najważniejsze często dzieje się gdzieś w głębi drugiego planu.

W ogólnej miałkości premier ostatnich tygodni „Piękna i bestie” niewątpliwie wyróżnia się pozytywnie – warto łapać go, póki leci w kinach.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Piękna i bestie


Rok: 2017

Gatunek: dramat

Reżyser: Kaouther Ben Hania

Występują: Mariam Al Ferjani, Ghanem Zrelli i inni

Ocena: 3/5