Czerwona sukienka – recenzja filmu „Łagodna obojętność świata” – WFF

Czerwona sukienka – recenzja filmu „Łagodna obojętność świata” – WFF

Cenię, że Warszawski Festiwal Filmowy wprowadza na kinowy firmament nowe reżyserskie gwiazdy i gwiazdeczki. Przed laty zupełnym przypadkiem znalazłem się na seansie “Właścicieli” Adilchana Jerżanowa. Niepozbawiona brutalności czarna komedia z Kazachstanu podbiła wówczas moje serce, a podobnym uczuciem obdarzyli film także jurorzy konkursu Wolnego Ducha. “Łagodna obojętność świata”, nowy projekt reżysera, to jego triumfalny powrót do Warszawy.

Jak zwykle u Jerżanowa akcja zostaje osadzona na kazachskiej prowincji. Trzy dekady po upadku komunizmu więzi międzyludzkie nadal są tu w powijakach. Gdy w tym równaniu pojawia się jeszcze pazerny kapitalizm, przyszłość zwykłych obywateli nie rysuje się różowo. Rodzina Saltanat po nagłej śmierci jej ojca wpada w poważne tarapaty finansowe. Dług osiąga astronomiczne 300 tysięcy dolarów – przeliczając na lokalną walutę (tenge) zadłużenie idzie w miliony. Dziewczyna na prośbę matki wyrusza po pożyczkę do wpływowego stryja, mieszkającego w mieście. W podróży będzie towarzyszył jej Kuandyk, osiłek pracujący w okolicy, który skrycie kocha się w przyjaciółce.

Wszystkich, którzy spodziewają się, że z powyższego zestawu powstaje melodramat ze społecznym zacięciem muszę rozczarować. Reżyser, choć opowiada o poważnych kryzysach i wystawia swoich bohaterów na pokuszenie, obiera zupełnie inną strategię. Korzysta ze sprawdzonej w debiucie formuły. Absurd łączy z dawkami przemocy. Smutną rzeczywistość portretuje realistycznie, choć chętnie wprowadza smugi slapsticku czy brechtowski efekt obcości podpatrzony w filmach Godarda. To być może oznaka bezsilności wobec znieczulicy, korupcji i układów jakie panują we współczesnym Kazachstanie. To bowiem trzeci film Jerżanowa, gdzie surowo rozprawia się z wszelkiej maści oportunistami. Dzięki specyficznemu humorowi do woli może kpić ze zdegenerowanych urzędników, sprzedajnych gliniarzy, widzących tylko czubek swego nosa biznesmenów.

Ich wszystkich na swojej drodze spotykają protagoniści. W mieście zamiast spodziewanej pomocy czeka na nich kubeł zimnej wody. Khaim, stryj Saltanat, zamiast spłaty długu lub udzielenia pożyczki oferuje ją, niczym towar na targu, swojemu wspólnikowi. Co prawda Bayadak zapewnia, że zapłaci wszystkie rodowe zobowiązania, ale aparycja Zdzisława Kręciny, spora różnica wieku i forma w jakiej stara się o względy wybranki, nie wróżą temu związkowi najlepiej. Młoda kobieta, która skończyła studia medyczne, zna język angielski i obsługę komputera, znajduje się między młotem, a kowadłem. Może wejść w rolę utrzymanki bogacza albo odmówić i skazać tym samym własną matkę na więzienie.

Moralnego wyboru musi dokonać też jej kompan, Kuandyk. Trafia on na targ kontrolowany przez Zambeke, miejscowego watażkę, nazywanego królem warzyw. Bandyta, który notabene procent ze sprzedaży oddaje politykom, w tym Khaimowi, stawia chłopaka przed wyborem: wydajesz kolegę w zamian za stanowisko kierownika bazaru albo sam trafisz za kratki. Wóz albo przewóz, alternatywy nie ma.

Niewinność pary pechowych podróżników autor “Zarazy we wsi Karatas“ podkreśla na wielu etapach filmu. Przede wszystkim w szeregu scen widzimy białe lilie (florystą nie jestem, więc kwiat mogłem pomylić) – w wielu kulturach oznaczają one czystość i nadzieję. Już prolog zapowiada czekające ich nieszczęścia – oto na rzeczone kwiaty spadają krople krwi. Niechybnie w toku fabuły dziewicza natura młodych ludzi zostanie skalana przez brutalny świat, a ich marzenia i cele będą musiały ulec zmianie. Zresztą Jerżanow nie posługuje się tu pustym symbolem i wpisuje zapowiedź klęski w bójkę jaką toczy Kuandyk z innymi parobkiem.

Całość zostaje sfotografowana w cudownych poetyckich kadrach. Zwraca uwagę również dobór kolorów użytych niezwykle świadomie, tu nie ma przypadku. Rodzinny dom Saltanat o czerwonym dachu malowniczo wkomponowany w złote pola zbóż jawi się jako ostatnia ostoja spokoju. Karminowa sukienka i lakierki tej samej barwy oraz żółta parasolka chroniąca nie przed ulewą a piekącym słońcem, ewokują natomiast niemal identyczną postać kobiecą z obrazu Henriego Rousseau. W późniejszych partiach filmu dziewczyna przyodzieje czerń, a będzie to związane ze zmianą życiowych priorytetów, śmiercią pierwotnej ambicji i formą przystosowania się do nowych warunków.

W “Łagodnej obojętności świata” w interesujący sposób następują po sobie kolejne sceny. Sklejki montażowe między nimi zostają zamaskowane poprzez wprowadzenie elementów dekoracyjnych. Są to czasem rysowane przez Kuandyka karykaturalne portrety, a kiedy indziej wiszące na ścianach domów obrazki, nierzadko komentujące akcję. Sztuka przewija się również w dialogach. Bohaterowie dyskutują o literaturze (Camus, Szekspir, Stendal pomylony ze stand-upem) i malarstwie (Salon Odrzuconych – “krytycy nic nie rozumieją, oni chcą realizmu”), a podczas spektaklu teatralnego powracają znane z “Zarazy we wsi Karatas“ tajemnicze maski, tu występujące raczej w formie easter-egga dla fanów twórcy.

Jerżanow jest rzecz jasna przednim facecjonistą, ale jednocześnie między figlami przemyca poważniejsze treści. Nie ulega wątpliwości, że jego film nie ma jedynie bawić publiczności, choć śmiechu tu naprawdę co niemiara. Opowieść o podróży młodych ludzi do wielkiego miasta staje się dla autora “Właścicieli” pretekstem do wysnucia smutnej konstatacji o braku perspektyw, zabetonowanych relacjach społecznych, hipokryzji i chciwości władzy. Mądre i bardzo wdzięczne kino – takiego nam właśnie trzeba.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
plakat łagodna obojętność świata

Łagodna obojętność świata

Tytuł oryginalny: „Laskovoe bezrazlichie mira”

Rok: 2018

Gatunek: komedia romantyczna, czarna komedia 

Kraj produkcji: Kazachstan/ Francja

Reżyser: Adilchan Jerżanow

Występują: Dinara Baktybajewa, Kuandyk Diusembajew i inni

Ocena: 4/5