"Obłąkany świat", reż. Chun Wong

Ocena: 4/5

W dzisiejszym świecie ciągle gonimy za sukcesem, efektywnością, bogactwem. Wszystko musi być piękne, proste, zdrowe, jasne i przewidywalne. Słabym umysłom ciężko przetrwać w tej niekończącej się pogoni.

Jednym z nich jest Tung, główny bohater tegorocznego hongkońskiego kandydata do Oscara. Młody, utalentowany finansista, mający piękną narzeczoną, kupione na kredyt mieszkanie w centrum miasta i liczne nadgodziny. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze opieka nad chorą psychicznie matką powodująca konflikty oraz związek z partnerką zazdrosną o brak czasu.

Pewnego dnia bohater nie wytrzymuje, załamuje się. Być może kryzysy zdarzały się mu już wcześniej, ale były ignorowane, zrzucane na ekstrawagancję, zmęczenie, frustrację. Tym razem stało się coś, czego nie można zamieść pod dywan. Przyjeżdża policja, w trakcie procesu biegli podejmują decyzję – choroba afektywna dwubiegunowa.

Po roku leczenie się kończy, gwałtownie, naiwnie, ale łóżka same się nie zwolnią, a późny kapitalizm „wariatów” produkuje na pęczki. Tung sam, a właściwie pod opieką ojca, którego praktycznie nie zna i który pochodzi z całkiem innego świata, próbuje odnaleźć się w rzeczywistości. Między ludzką hipokryzją, nieufnością, wrogością. Próbuje odbudować swoje dawne życie, odzyskać to co utracił, bo nic innego nie zna i nie umie.

Ta bardzo amerykańska w realizacji produkcja dusi nas klimatem ciasnych pomieszczeń biednej dzielnicy azjatyckiego gospodarczego tygrysa. Jedyny kontrapunkt dla ciasnoty korytarzy i umysłów stanowi dach – przestrzeń wolności, gdzie Tung z małym synem sąsiadki znajdują ucieczkę, wspólnie dając się ponieść swojej fantazji i zrozumieć się.

Obłąkany świat to wchodząca do głębi historia o ludziach systemu korporacji, którego wieszczony przed dwoma dekadami przez Kazika krach nie następuje i który pożera kolejne umysły i ciała. Szkoda, że twórcy w trzecim akcie poszli w przesadny dydaktyzm, przez co obraz zaczyna wtedy trącić szkolną pogadanką.

Marcin Prymas
Marcin Prymas