Po zaskakującym „Baby Bump” Kuba Czekaj nie zwalnia tempa i w swoim kolejnym filmie znowu zajmuje się trudnym etapem dorastania. Jak młodzieńcze fantazje wytrzymają starcie z szarą rzeczywistością? Jak radzić sobie w życiu niespełniającym pokładanych w nim oczekiwań? I co wspólnego z tym wszystkim ma Goethe i romantyzm? O tym między innymi jest „Królewicz Olch”.

Mimo postawionej przez Marię Janion tezy, paradygmat romantyczny nigdy nie dozna zmierzchu. O ile sfera polityczności ulega przeobrażeniom i postulaty głoszone przez romantyków wieku XIX coraz bardziej pokrywa kurz (bo o niepodległość walczyć już nie musimy), o tyle zaprezentowany obraz jednostki został na trwałe wpisany w matrycę ludzkiej myśli. Nie sposób uwolnić się od bolesnego zderzenia sfery widzialnej z niewidzialną. Rozumu z duchem. Szkiełka i oka z sercem. Romantycy odkryli przed ludźmi połacie dotąd niezamieszkałe przez myśl ludzką i otworzyli na absolutnie subiektywne doświadczenia, które stały się równorzędnie istniejącymi światami względem tego, co dotąd uważano za obiektywnie i jedynie egzystujące. Walka romantyków z racjonalistami trwa w najlepsze i właśnie w ten spór włączył się również Kuba Czekaj ze swoim najnowszym filmem „Królewicz olch”.

Bohaterem filmu jest młody, wybitnie uzdolniony chłopak (grany przez Stanisława Cywkę), który osiągając coraz lepsze wyniki w dziedzinie fizyki, próbuje dotrzeć do jądra rzeczywistości. Zachęcany przez matkę (Agnieszka Podsiadlik) pracuje nad eksperymentem, za pomocą którego pragnie udowodnić nierealność otaczającego go świata. Wierzy, że drogą naukową udowodni iluzoryczność racjonalnych założeń. Wydaje się, że według chłopaka to zmysły wodzą ludzi na pokuszenie, dając jedynie kontakt z hologramem rzeczywistości, do której oryginału dotrzeć niepodobna.

Jednocześnie bohater musi borykać się z rzeczywistością daleką od jego marzeń. Trudności w kontaktach z rówieśnikami prowadzą do samotnego spędzania urodzin, mimo że zaproszenia rozesłane były do wielu osób. Nadopiekuńczość matki doprowadza chłopaka niekiedy do szału, natomiast nieobecność ojca (Sebastian Łach) odbiera poczucie bezpieczeństwa. Codzienność okupiona jest kolejnymi przykrościami, niedającymi możliwości prowadzenia „normalnego” życia – cokolwiek by to miało oznaczać. Chłopak zamknięty jest zatem na dwóch płaszczyznach – głowa to pole bitwy pomiędzy fantazjami oraz bolesnymi impulsami z zewnątrz, a dom staje się miejscem codziennych batalii z matką próbującą żyć za swojego syna.

Reżyser, idąc w zgodzie z założeniami romantyków, pozbywa się elementów racjonalnych i nie interesują go związki przyczynowo-skutkowe, a bardziej skupia się na przepływach emocji głównego bohatera. Świat widziany okiem kamery odzwierciedla postrzeganie chłopaka, przez co nie ma wyraźnie zarysowanej granicy pomiędzy rzeczywistością oraz fantazją. Nie ma jakiejkolwiek hierarchii, a wszystko istnieje na tych samych prawach. Cieszy konsekwencja, z jaką Kuba Czekaj buduje kolejne postrzępione wycinki świata przedstawionego, natomiast razi już sama ich pretensjonalność.

Młodość ma swoje prawa, to rzecz oczywista, niemniej jednak rozterki głównego bohatera absolutnie niczym się nie wyróżniają. Zestawienie fizyki z poezją Goethego to pójście po linii najmniejszego oporu. Zaborcza matka i nieobecny ojciec to figury po wielokroć wykorzystywane w sztuce. Drzewo poznania jako cel sennych wędrówek głównego bohatera, kontrast pomiędzy bezosobowym miastem oraz dziką, tętniącą życiem przyrodą... Cały ten romantyczny sztafaż nie jest absolutnie niczym złym, ale poruszanie się głównie w sferze symbolicznej bez gracji oraz wyczucia częściej prowadzi do karykaturalnej śmieszności, co niestety w przypadku „Królewicza olch” właśnie zachodzi. Bywa przyciężkawo oraz topornie, przez co trudno pozbyć się wrażenia, że film Kuby Czekaja jest bardziej licealną rozprawką zapatrzonego w romantyzm ucznia, aniżeli twórczym przejrzeniem się (być może reinterpretacją?) w zwierciadle symboliki z poprzedniej epoki.

Być może to wszystko jest jednak winą braków w scenariuszu, za który odpowiedzialny był również reżyser. Gdyby „Królewicz olch” był etiudą, to sama warstwa wizualna, prezentująca się nad wyraz efektownie, uratowałaby ten film. Zwłaszcza że początkowy pomysł – uwikłanie bohatera w perypetie rodem z „Króla olch” Goethego – nosi znamiona frapującego oraz świeżego. Sęk w tym, że rozciągniety do 100 minut, film Czekaja odznacza się płaskimi, niewiele wnoszącymi dialogami. Boli również pewien paradoks – wprawdzie fabuła idzie do przodu, niemniej jednak trudno odnaleźć wytłumaczenie, dlaczego tak się dzieje. Rozwój bohaterów następuje w zgodzie z odgórnie założoną tezą, a nie w wyniku obserwowanych na ekranie wydarzeń. Trudno zatem wymagać, by aktorzy sobie z tym poradzili. Najczęściej uciekają w zadumane miny z cyklu „boli mnie życie”, co na dłuższą metę jest nużące. Najbardziej żal Stanisława Cywki, który naprawdę stara się wnieść życie w swoją postać. Niestety nie dane mu wyjść poza przewidywalne aktorskie chwyty.

Bez wątpienia Kuba Czekaj spadł z wysokiego konia. Chciał stworzyć artystyczny film uwikłany w szerszy kontekst kulturowy, ale wyszła z tego raczej wieloletnia pisanka, w której wciąż znajduje się nieświeże żółtko. Warto czekać na kolejne propozycje tego reżysera, ponieważ odznacza się on nieszablonowym myśleniem i nie chce wchodzić, przynajmniej na razie, w lekkostrawny mainstream. Trzeba jednak jednocześnie trzymać kciuki za to, by ktoś tę nieposkromioną fantazję potrafił odpowiednim scenariuszem ująć w karby, ponieważ w przeciwnym razie od oglądania filmu Czekaja lepsze będzie poddanie się mocy córek króla olch, by nas powiodły, ukołysały, aż zmorzy nas sen.          

Marcin Kempisty
Marcin Kempisty

Królewicz olch


Rok: 2016

Gatunek: dramat

Twórcy: Kuba Czekaj

Występują: Stanisław Cywka, Agnieszka Podsiadlik, Sebastian Łach i inni

Ocena: 1/5