noce bangkoku

"Noce Bangkoku", reż. Katsuya Tomita

Noce Bangkoku

Ocena: 3/5

W mojej wyobraźni to było dzieło doskonałe. Odyseja po jednym z najbardziej obleganych przez turystów miast na świecie. Dzika i szaloną podróż pełna narkotyków i wyuzdanego seksu, z muzyką pulsującą basem rozsadzającym trzewia. Jednocześnie wyciszony i poetycki portret molocha, kapitalistycznego raju, będącego zarazem przedsionkiem piekła.

Tomita wbrew temu, co sugerują materiały promocyjne ujął temat nieco inaczej. To nie jest film o Bangkoku. Bardziej paradokument zaglądający za kulisy seksturystyki i komentarz społeczny w sprawie postkolonializmu. Choć w tle przewija się mnóstwo postaci, kamera skupia się przede wszystkim na dwójce bohaterów. Luksusowej prostytutce Luck oraz Ozawie (granym przez samego reżysera), japońskim ekspartiancie i jednym z jej klientów. Oboje, choć pochodzą z dwóch różnych światów, razem miotają się szukając wyjścia z systemu karmiącego się wyzyskiem. On nie znalazł dla siebie miejsca w ojczystej Japonii i szuka spełnienia w słabiej rozwiniętych ekonomicznie krajach granicznych, wśród zubożałych społeczności. Ona trudni się nierządem nie całkiem z wyboru. Utrzymuje z tego całą swoją rodzinę, mieszkającą na prowincji. Znajduje się w pułapce cyklu trwającego pokolenia, będącego następstwem ucisku kolonialnego, który wyzyskuje całe rodziny.

Owszem „Noce Bangkoku” to rozległy portret stanowiący sporą wartość kulturoznawczą, lecz niekoniecznie spełniony jako dzieło filmowe. Rozwleczony na 3 godziny, mający problemy z kompozycją i utrzymaniem tempa, przegadany, czasem zwyczajnie nudny. Znamienne, że połowa filmu dzieje się w prowincjonalnym Isan, najbiedniejszym regionie Tajlandii, przy granicy z Laosem i Kambodżą, a bohaterowie zaglądają też do sąsiadujących krajów. Paradoksalnie ta część filmu wypada znacznie lepiej od bangkokijskiej, zrealizowanej w dość surowym dokumentalnym stylu. Dopiero wtedy Tomita zaczyna trochę eksperymentować z formą, poprzez bardziej finezyjną pracę kamery, dłuższe, bardziej ekspresyjne ujęcia, slow motion i zdjęcia z drona.

Moją ulubioną scena to ta, w której słyszymy ogłuszające wybuchy, a kamera przelatuje nad dżunglą, ukazując wielkie leje po amerykańskich bombach. W jednym z nich siedzą bohaterowie rozprawiając o wolności. Dla takich fragmentów warto było poświęcić tej produkcji czas.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny