Niemi – recenzja filmu „Krew Boga”

Niemi – recenzja filmu „Krew Boga”

Średniowiecze. Mityczne ciemne wieki, kiedy ludzie nie robili nic poza modlitwą i rozrywkowym mordowaniem się nawzajem, a każdy człek był niemożebnie szlachetny lub obłąkany. Utrwalona w oświeceniu wizja tej ponad tysiącletniej epoki w popkulturze trzyma się niesamowicie mocno. W dużej mierze za sprawą tego, iż liczne powieści fantasy znalazły sobie w niej wdzięczne miejsce akcji. Do takiego popowego średniowiecza zabiera nas w swoim drugim pełnym metrażu uznany polski dokumentalista Bartosz Konopka. Z jakim efektem?

Budzimy się na małej łódce na wodach Bałtyku. Rozglądamy się obserwując świat z oczu bohatera. Cały pokład pokryty jest martwymi wojami, nie wiemy, co się stało ani co ich zabiło (spoiler: nigdy się nie dowiemy). Zbierając resztki sił, dopadamy do kufra, z którego wyciągamy Pismo Święte i z księgą wskakujemy do wody, gdzie czeka nas walka o życie i dopłynięcie wpław do pobliskiej wyspy. Cięcie. Nieprzytomny Willibrord (Krzysztof Pieczyński) leży na plaży przyciskając do piersi Biblię. Tym razem wcielamy się w Jana (Karol Bernacki), znów niczym w grze komputerowej przez chwilę obserwujemy świat jego oczami. Tajemniczy mężczyzna ciągnie rozbitka do swojego szałasu, gdzie opatrzy mu rany.

Oto dwóch bohaterów, z którymi przyjdzie nam spędzić ponad 100 minut tej przygody. Willibrord to rycerz, który przyjął święcenia kapłańskie, a teraz, najprawdopodobniej bardziej z konieczności losu niż własnego wyboru, przypływa na wyspę, aby nawrócić pogańskie plemię. Jan to tajemniczy mężczyzna, ścigany przez króla (początkowo podejrzewa, że rycerz przypłynął, aby wykonać na nim wyrok), który ponad wszystko pragnie „umieć wybaczyć sobie i swojemu ojcu”. Czas ucieka, bo już za kilka tygodni przybyć ma tu królewska armia z zadaniem wybicia w pień wszystkich niewiernych. Monstrualność wyznaczonego protagonistom przez los zadania podkreśla pierwsze spotkanie z „dzikimi”.

Mieszkańcy wyspy są przedstawieni niczym potwory z fantastycznej powieści: pomalowani białym błotem, porozumiewający się w dziwnym gwiżdżącym (czyżby Corneliu Poriumboiu pożyczył ten koncept od Konopki, tworząc swoją „La Gomerrę” z tegorocznego Cannes? 😉 ) języku, pojawiający się znikąd i bezszelestnie poruszający po pełnej wąwozów puszczy. To wszystko ma wzbudzić tak w widzu, jak i w bohaterach poczucie strachu i wyobcowania. Kreacja tubylców przypomina, zapomniany już nieco, film Zbigniewa Libery sprzed kilku lat p.t. „Walser”. Tamten krytykowany przez tak recenzentów jak i widzów eksperyment artystyczny, opowiadał o pomalowanym na biało i porozumiewającym się dziwnym językiem plemieniu, które zostaje skonfrontowane z nierozumiejącym ich przybyszem z „cywilizacji”, wraz z którym kroczy śmierć i szaleństwo. Można by wręcz pomyśleć, że „Krew boga” to wysokobudżetowa i bardziej zrozumiała dla ogółu publiki wariacja na temat tamtego obrazu.

Stylistyczne i treściowe nawiązania z obrazu Konopki wręcz się wylewają, tylko niewiele z nich wynika. Willibrord, stary, zmęczony życiem i wątpiący w wiarę i słuszność swoich wyborów rycerz, jest w oczywisty sposób inspirowany Antoniusem Blockiem z „Siódmej pieczęci” Ingmara Bergmana. Z kolei poszukujący swojego przeznaczenia i sensu egzystencji Jan wydaje się postacią żywcem wyjętą ze scenariusza napisanego przez fana twórczości Andrieja Tarkowskiego, który próbuje naśladować mistrza. Zwłaszcza po tym, gdy w połowie filmu Jan w wyniku załamania nerwowego podejmie decyzję, która całkowicie zmieni status quo w wiosce.

Potencjał ciekawego starcia charakterów i myśli zostaje pogrzebany w dużej mierze przez fatalne dialogi i naprawdę słabo napisane postaci. Całkowicie niezrozumiała jest decyzja o tym, by rozmowy między średniowiecznymi rycerzami odbywały się w bardzo banalnej współczesnej polszczyźnie, oraz całkowite wyrugowanie z takiej historii łaciny. Zapewne miało to na celu przybliżenie obrazu współczesności i przekazanie jakiegoś teraźniejszego komentarza, lecz trudno mi stwierdzić jaki komentarz to miałby być, zwłaszcza w świetle zakończenia, którego nie będę tu przytaczał, by nie psuć zabawy (przyznam jednak, że ostatnie 30 minut seansu kołatało mi w głowie pytanie „co to jest i dlaczego ja to zasadniczo oglądam?”). Językowo jest też niekonsekwentnie po stronie pogan, których niektórzy przedstawiciele, w wygodnych dla fabuły momentach okazują się biegle mówić po polsku. Wydaje mi się, że może w „Krwi Boga” zadziałać podobny mechanizm co w neflixowym „1983”, fatalnie brzmiące po polsku kwestie w tłumaczeniu na inne języki przestaną tak kłuć w uszy, dzięki czemu całość na zachodzie zostanie przyjęta dużo cieplej niż w ojczyźnie.

Szkoda Krzysztofa Pieczyńskiego, który niewątpliwie wierzył w ten projekt, i przed kamerą pokazuje pełnię zaangażowania, ale cóż z tego, jeśli twórcy każą mu głównie referować drętwe deklaratywne dialogi, lub krzyczeć w furii na ludzi, którzy nie rozumieją jego języka (albo rozumieją, ale udają, że nie). Pozostali aktorzy także starają się, jak mogą. Dobrze wypada przykryty toną (udanego) make-upu Jacek Koman, jako wódz Geowold. szkoda tylko, że scenariusz w pewnej chwili całkowicie o nim zapomina. To prawdziwy powrót Komana do polskich kin, wszak jeszcze na niektórych ekranach można złapać „Oddech” gdzie gra charakterystyczny epizod, a w tym roku pojawić ma się jeszcze w „Ikarze. Legendzie Mietka Kosza” i sequelu „Sali Samobójców”.

Tym, co przykuwa w obrazie Konopki szczególną uwagę, jest niewątpliwie strona wizualna, film został wszak nagrodzony Złotymi Lwami za najlepsze zdjęcia. Te są tu efektowne, ktoś bardziej zdecydowany w słowach mógłby je nazwać wręcz kiczowatymi. Czego tu nie ma: ujęcia z oczu bohatera jakby był to średniowieczny „Hardcore Henry”, obowiązkowe zdjęcia z drona, kamera podążająca blisko za bohaterami i zbliżenia na twarz niczym u Laszlo Nemesa, ciasne ujęcia w wąwozach, kotłowanie się dzikich w ciasnym uścisku jakby wyjęte z „Climaxu” Gaspara Noe, czy wreszcie crème de la crème, nurkujące ujęcie przechodzące z drona po konarze drzewa aż do zbliżenia na twarz. W tym całym bałaganie trudno się odnaleźć, gdyż całości wyraźnie brakuje jakiejś stylistycznej myśli przewodniej. Chyba że za taką uznamy przepotężne filtry kamery, czyli ulubiony zabieg artystyczny operatora Jacka Podgórskiego, których jakże chętnie używał w obu swoich dotychczasowych przygodach z pełnym metrażem, czyli „Yumie” i „Bikini Blue”. Szkoda, że efekt, który wspaniale wygląda na materiałach promocyjnych, tak źle i tanio wypadł w filmie. Wynika to, zapewne, z całkowitej niekonsekwencji oświetlenia na planie. Kiedy Terrence Mallick (którego także Konopka próbował cytować), chciał zachować unikalny klimat „Niebiańskich dni”, zdecydował się znacząco wydłużyć okres zdjęciowy, by kręcić tylko podczas tzw. „złotej godziny”. W „Krwi Boga” zdarza się, że w ciągu dwóch minut, mamy trzy ujęcia, każde wyrwane z innej pory dnia, co w połączeniu z bardzo mocnym filtrem, zwiększającym kontrasty i czernie sprawia wrażenie zepsutego colour gradingu i ogólnej „plastikowości” miast mistycyzmu.

Skoro już o mistycyzmie mowa to film obfituje w mniejsze lub większe cuda (do tych większych zaliczmy to, że nikt na całej wyspie nie zauważył lądowania i marszu królewskiej armii; wszyscy przybyciem, mówiącego z jakiegoś powodu po angielsku, monarchy wydają się być zaskoczeni). Trudno stwierdzić, czy mają one dowodzić faktycznych boskich interwencji? Jeśli tak to wydaje się to stać w sprzeczności z co najmniej antyklerykalnym, żeby nie powiedzieć, że wręcz antyreligijnym wydźwiękiem filmu. Czy postać Pieczyńskiego ma boskie moce, tylko sama sobie z tego nie chce zdać sprawy? A może jak to śpiewał Magik „ty też jesteś Bogiem, tylko uświadom to sobie”?

Rozedrgany między poetyką Refna („Valhalla: Mroczny wojownik”), metafizyką Tarkowskiego, rozmyślaniami i wątpliwościami Bergmana i pomysłami prosto z najgorszego sortu polskiego kina artystycznego, film Konopki niestety jest gigantycznym zawodem. Szkoda, tym bardziej że od lat kibicowałem temu projektowi i wciąż uważam, że był tu wielki potencjał na dobre kino w rzadko widzianym nad Wisłą stylu. Zabrakło niestety dobrego scenarzysty i utalentowanego operatora, a końcowy efekt nadaje się chyba tylko do ironicznego seansu w gronie znajomych.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Krew Boga

Krew Boga

Rok: 2018

Gatunek: psychologiczny, historyczny

Kraj produkcji: Polska, Belgia

Reżyser: Bartosz Konopka

Występują: Krzysztof Pieczyński, Karol Bernacki, Wiktoria Gorodeckaja i inni.

Dystrybucja: Kino Świat

Ocena: 1,5/5