Nowe Horyzonty 2019 – oczekiwania

Nowe Horyzonty 2019 – oczekiwania

Trzeci rok z rzędu wybieramy się niemal całą redakcją na Nowe Horyzonty. W trakcie festiwalu przygotujemy dla Was garść recenzji oraz dziennik z wrażeniami na gorąco w formie podcastu. Nie omieszkaliśmy przewertować programu w tę i z powrotem. Każde z nas spędziło długie godziny na układaniu własnego, idealnego rozkładu jazdy. Czytanie opisów, oglądanie zwiastunów, wróżenie z fusów, strzelanie rzutkami w karteczki z nazwami filmów, wybór na chybił trafił - metod było wiele. Niemniej na naszych listach są takie tytuły, o których już myślimy i śnimy od dawna, i bez których obejrzenia nie wyjedziemy z Wrocławia. Nie będziemy tu polecać oczywistości. Przecież sami traficie na Nocne Szaleństwo (w tym roku przemalowane na Mokre Sny) czy na hity prosto z Cannes (kto już ćwiczy klikanie, by zdążyć zabukować wejściówkę na filmy Céline Sciammy czy Bonga? kto jest niecierpliwy i nie wytrzyma na Almodovara i Tarantino do sierpnia?). Nawet nie wspomnimy o kolosach - zrekonstruowanym cyfrowo po 25 latach od premiery "Szatańskim tangu", "La Flor", ponad 13-godzinnym rollercoastererze od Argentyńczyka Mariano Llinása czy nawet o nowym projekcie Lava Diaza? W zamian zerknęliśmy głębiej w program i stworzyliśmy listę najbardziej pożądanych filmów przez redaktorów Pełnej Sali. Może ułatwi Wam to ostateczny wybór, pomoże zanurzyć się w oceanie kinowych doznań i przede wszystkim wyjść ze swojej strefy komfortu, poszukać nowych smaków i emocji.

Wiejska ciuciubabka
"Wiejska ciuciubabka"

Wieloletnia praktyka festiwalowa nauczyła mnie jednego: nigdy nie zamykaj się na to co przyniesie program. Skrupulatnie wykreślam zwykle filmy z szansą na dystrybucję, przecież i tak je później zobaczę, węszę za to po sekcjach retrospektywnych i nowościach, które mogą po prostu przepaść. Z tych pierwszych niewątpliwie najwięcej planuję poświęcić twórczości Oliviera Assayasa i sekcji argentyńskiej, to jednak większe emocje wzbudza we mnie drugie spotkanie (po obejrzanych na MUBI “Owocach namiętności”) z Shuji Terayamą. Po ogłoszeniu jego retrospektywy, powiedziałem sobie, na pewno jadę do Wrocławia. No i jestem – ostrząc sobie zęby na dorobek kontrowersyjnego Japończyka. Szczególny apetyt mam na jego “Wiejską ciuciubabkę”. Liczę na to, że po latach ten na poły autobiograficzny, na poły surrealistyczny film nadal zaskakuje. Porównywany do “8 i pół” Felliniego i robiony przez artystę o wielu talentach (m.in. tworzył poezję tanka, zrewolucjonizował teatr) już po zerknięciu na wybrane kadry oczarowuje barwnymi rozwiązaniami i koncepcyjnym szaleństwem, a to jedynie przygrywka.

Zerkam też swoim zwyczajem na konkurs. Bywało w nim już różnie, ale w tym roku wydaje się, że mogą tu być naprawdę zaskakujące dzieła. I dlatego wybieram na moją drugą “polecajkę” właśnie “Koko-di Koko-da” (prezentowane wcześniej w Sundance). Film zapowiada się jako surrealistyczna baśń osadzona w horrorowej konwencji. W dodatku będzie to wszystko przełamane przez groteskowy humor i użycie animacji. Wisi nad tym duch Luisa Buñuela, bo członkowie rodziny zostają uwięzieni w środku lasu niczym arystokraci podczas proszonej kolacji w jego “Aniele zagłady”. Chętnie zabawię się w odczytywanie tropów i symboli jakie będzie mnożył podczas tej wycieczki po mrocznej puszczy Johannes Nyholm (reżyser znanego z WFF “Olbrzyma”). Co więcej Szwed kryje za tą ułudą najwyraźniej jakiś morał i nauczkę dla widza. A to tylko jeden spośród szalonych filmów z konkursu Nowych Horyzontów.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
White Noise
"White Noise”

Życie kinomana nie jest proste. Czasem w ferworze codziennych obowiązków trudno jest znaleźć czas na dwugodzinny seans kinowy, nie wspominając już o filmach dwukrotnie dłuższych. Wszyscy czujący, że tracą coś ze swoich doświadczeń skreślając dzieła zajmujące zbyt dużo czasu, powinni rozważyć nowohoryzontowy urlop, podczas którego bez widma obowiązków domowych i służbowych mogą odprężyć się i przesiedzieć w sali kinowej nie licząc godzin. Jedną z propozycji dla wytrwałych widzów, przygotowanych przez programerów, jest “White Noise”. Czterogodzinny dokument znanego fotografa Antoine’a d’Agaty, w którym pochyla się on nad losem pracownic i pracowników seksualnych, zabierając widza w szalony narkotyczno-erotyczny trans. Z jednej strony sporą zachętą są wrażenia estetyczne. Z drugiej tematyka, która mimo coraz większej wolności obyczajowej wciąż pozostaje rzadko eksplorowana przez filmowców. Choć w ostatnich latach liczba jakościowych produkcji traktujących o życiu osób parających się najstarszym zawodem świata mocno wzrosła i mogliśmy oglądać takie dzieła, jak “Kroniki Times Square”, “Mandarynka” czy dokumentalny “Hot Girls Wanted”, to po twórcy europejskiego arthouse’u spodziewam się zupełnie innego podejścia i obserwacji niż po produkcjach powstałych w Ameryce, zwłaszcza tych, za którymi stał wielki biznes w postaci stacji telewizyjnej czy streamingowego giganta.

Chociaż Derek Jarman z przyczyn dość oczywistych nie tworzy już od ponad ćwierć wieku, to jego twórczość można odnaleźć w programie wrocławskiego festiwalu niemal co roku. W ramach Nowych Horyzontów udało mi się obejrzeć już “Caravaggio” i “Wittgensteina”. Tym razem w programie znalazł się prawdziwy klasyk. Mianowicie “Blue”, będący swoistym pożegnaniem umierającego reżysera z widzami. Sam film można w zasadzie określić mianem słuchowiska, gdyż w warstwie wizualnej prezentuje wyłącznie niebieskie tło, a całą treścią pozostaje muzyka oraz słowa wypowiadane przez Tildę Swinton, Nigela Terry’ego czy samego reżysera. Dzieło to jest dla mnie o tyle ciekawe, że pokazuje mi drogę, jaką przeszedłem w moim zainteresowaniu dziesiątą muzą. Z początku informację o dziele Jarmana i jego naturze traktowałem wyłącznie jak okołofilmową ciekawostkę, z czasem stało się ono dla mnie niemal symbolem snobizmu i sztuki robionej na siłę, opartej wyłącznie na kontrowersji, a pozbawionej treści. Od pewnego czasu jest dla mnie jednym z tych słynnych klasyków, które po prostu pewnego dnia trzeba zobaczyć i szczerze mówiąc już odliczam godziny do tego seansu.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
"Present.Perfect"

Jedną z przyjemniejszych rzeczy, jeżeli chodzi o festiwale filmowe jest to, że pozostają one wierne swoim ulubionym reżyserom. Tak że jeżeli na poprzednich edycjach mieliście okazję odkryć jakiegoś nowego, ciekawego twórcę, to nie martwcie się, jest duża szansa, że będziecie mieli okazję jeszcze się kiedyś spotkać. Ja na moje oczekiwania wybrałam właśnie dwa filmy ludzi kina, których prace miałam okazję oglądać dwa lata temu na Nowych Horyzontach i które zaciekawiły mnie w taki czy inny sposób.

“Present.Perfect” to najnowsze dzieło Zhu Shengze, a może raczej należałoby napisać Zhu Shengze i Yang Zhengfana, gdyż są oni nierozłącznym duetem filmowym i współzałożycielami studia produkcyjnego Burn the Film. Nie ma takiego projektu, nad którym nie pracowaliby wspólnie, a ich nazwiska zawsze pojawiają się zamiennie na listach twórców. Debiutowali wśród nowohoryzontowej publiczności w 2016 roku „Kolejnym rokiem”, czyli materiałem dokumentującym zasiadającą do posiłków chińską rodzinę migrantów ze wsi. Trzynaście statycznych ujęć staje się pretekstem do uchwycenia problemów, z jakimi boryka się współczesne społeczeństwo Państwa Środka. „Kolejny rok” urzekł mnie przede wszystkim bogactwem treści i pomysłowością, która sprawiała, że mimo iż film trwał trzy godziny i nie grzeszył jakością techniczną, to oglądało się go rewelacyjnie. “Present.Perfect.” to nagrodzony w tym roku w Rotterdamie dokument o niezwykle popularnych w Chinach i zyskujących sławę na całym świecie platformach live streamingowych. W ostatnim czasie sporo twórców porusza ten temat, chociażby niedawno oglądana i recenzowana przeze mnie „Ludowa Republika Pożądania”. Liczę jednak, że Zhu Shengze poruszy problem głębiej i wydobędzie z finezją nowe znaczenia, tak jak zrobiła to dla mnie poprzednio.

Mimo że Hong Sang-soo nie nakręcił w tym roku żadnego nowego filmu, nie lękajcie się! Korea ma dla nas w zanadrzu jeszcze jednego reżysera, którego styl ma wiele cech wspólnych z wyżej wymienionym. Mowa oczywiście o Zhangu Lu. Po raz pierwszy jego film, „Ziarno w uchu”, zawitał do Wrocławia w 2005 roku, a 11 lat później „Cichy sen” odnalazł swoją rzeszę fanów, w tym mnie. Ulubionym tematem twórcy jest życie na emigracji, zwłaszcza portretowanie życia Koreańczyków żyjących w Chinach. „Cichy sen” łączy w sobie realizm magiczny z komedią omyłek w sposób, jaki u mistrza Honga Sang-soo możemy zobaczyć na przykład w „Twoja i nie tylko twoja”. Oczywiście alkohol i inne używki na ekranie leją się gęsto, fabuła kręci się wokół relacji damsko-męskich i nikogo nie powinno dziwić enigmatyczne zakończenie. Tegorocznym projektem Zhanga Lu jest „Fukuoka” opowiadająca o pracowniku księgarni, granym przez dobrze nam znanego Kwona Hae-hyo. Mężczyzna poznaje ekscentryczną kobietę i za jej namową wyrusza do tytułowego japońskiego miasta. Zapowiada się jak kolejny fantastyczny film zakrapiany absurdem. Nie mogę się doczekać!

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż
"Za późno, by umrzeć młodo”

Zwyciężczyni Nowych Horyzontów sprzed sześciu lat, Dominga Sotomayor, w swojej najnowszej fabule wzorem chociażby głośnego katalońskiego „Lata 1993” powraca do lat swojej młodości. W „Za późno, by umrzeć młodo” przenosimy się na sielską chilijską prowincję jesienią 1990 roku, tuż po upadku dyktatury Pinocheta. Grupka przyjaciół, na czele ze zbuntowaną Sofią niemogącą sobie poradzić z utratą matki i beznadziejnie zauroczonym nią Lucasem, wchodzi w dorosłość w świecie, gdzie być może nie będą musieli już tak bardzo drżeć o przyszłość. To nagrodzone w Locarno i Rotterdamie kino coming of age przenoszące nas w nieco odrealnioną atmosferę zaburzonej beztroski. Liczę na kino przywodzące na myśl polskie „Nad rzeką, której nie ma”, które także przenosiło wspomnienia reżysera i strachy epoki na poetycką, ale jednocześnie osobistą opowieść. Bardzo cieszy, że ten chyba najbardziej przeze mnie oczekiwany film roku znalazł się w programie.

Moją drugą rekomendacją jest brytyjska „Przynęta”, skromny eksperymentalny dramat, który zachwycił krytyków podczas tegorocznego Berlinale. Mark Jenkin w swoim pełnometrażowym debiucie wykorzystuje swoje ulubione techniki, którymi bawił się w krótkich formach. Kręci swój film kamerą 16 mm, z ostrym ziarnem i jeszcze ostrzejszym montażem, w duchu inspirowanym radzieckim kinem niemym. Tej zanurzonej w tradycji metody używa do opowiedzenia o swoich rodzinnych stronach. Do pokazania widzom piękna Kornwalii, ale po pierwsze do wypunktowania konfliktu. Do zadania pytań na temat roli zwyczaju i nieuchronności zmian na świecie. A to wszystko w krótkiej formie (mniej niż 90 minut) i przy skupieniu się na fabule. Konkurs Nowe Horyzonty prezentuje się w tym roku wyjątkowo smakowicie.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
podróż dnia ku nocy
"Długa podróż dnia ku nocy"

Formalne popisy reżyserskie to coś, co uwielbiam. Jestem w stanie wybaczyć mniej jakościową, czy odtwórczą historię, jeśli film zachwyca mnie na poziomie audiowizualnym. Wybrałem więc dwa zupełnie różne tytuły zapowiadające niesamowite doznania estetyczne. 

Jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tytułów jest ciepło przyjęta podczas zeszłorocznego Cannes „Długa podróż dnia ku nocy”. Film, który przy okazji chińskiej premiery, stał się kasowym hitem, pokonując w box office m.in. „Venoma”.  Wszystko przez wprowadzającą w błąd kampanię promocyjną sugerującą komedię romantyczną. A czym jest w rzeczywistości i dlaczego warto obejrzeć go na Nowych Horyzontach? Dzieło Bi Gana to podobno gratka choćby dla wielbicieli twórczości Wong Kar-Waia. Noirowy nastrój objawia się w pięknie sfilmowanych, nocnych obrazach miasta – spowitego dymem i oświetlonego neonami. Całość dopełnia oniryczna narracja oraz poetyckie dialogi. Przyglądamy się wędrówce Lou Honwu, który wraca do rodzinnych stron w poszukiwaniu dawnej miłości. Dodatkową ciekawostkę stanowi podobno scena, którą nakęcono w niemal godzinnym mastershocie, na dodatek w technologii 3d. Ciekawe czy na festiwalu ujrzymy ją w takiej formie?

Inny oczekiwany przeze mnie film to „In Fabric” Petera Stricklanda. Po „Berberian Sound Studio”, którym udowodnił, że jest obecnie jednym z najciekawszych twórców kina gatunkowego Brytyjczyk ma u mnie duży kredyt zaufania. In Fabric, czyli rzecz o wzbudzającej pożądanie, nawiedzonej sukience, garściami czerpie z ukochanego przez reżysera włoskiego giallo. Piękne, nasycone barwy, wystylizowane sceny seksu i przemocy zwiastują idealny wybór na seans o 22 i stanowi godną rozważenia alternatywę dla Mokrych snów.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
"Krzew jałowca”

Żywot Joanny d’Arc pojawiał się w obrębie zainteresowań kinematografii tak często, że samo wymienienie powstałych tytułów zajęłoby cały ten tekst. Ograniczę się zatem do kilku reżyserów: Carl Theodor Dreyer, Robert Bresson, Victor Fleming, Roberto Rossellini, Otto Preminger, Luc Besson. W 2017 roku niezwykłą interpretację biografii Dziewicy Orleańskiej zaprezentował Bruno Dumont. Jego „Jeannette” to awangardowy musical opowiadający o dzieciństwie bohaterki tuż przed wyruszeniem na wojnę. Ta przedziwna mieszanka łączy sprzeczne stylistyki w fascynujący sposób: pastelowe kadry, przywodzące na myśl malarstwo naiwne przefiltrowane przez oko Siergieja Paradżanowa, ilustrowane są muzyką nawiedzonych mnichów szalejących na perkusji i przesterowanych gitarach elektrycznych. To dzieło prowokujące i niepozostawiające widza obojętnym doczekało się kontynuacji, skupiającej się na procesie Joanny d’Arc. „Jeanne” nie jest już niestety musicalem i trzeba przyznać, że zbiera nie najlepsze recenzje od krytyków, aczkolwiek nadal jest to film, na który czekam jako miłośnik niecodziennego kina kostiumowego i historycznego. Jeśli Dumont się potknie, zawsze pozostanie odkryta przez niego Lise Leplat Prudhomme obsadzona w tytułowej roli.

Prawdziwą gratką jest za to pokaz czarującego „Krzewu jałowca”. Amerykanka Nietzchka Keene połączyła w tym skromnym, surowym filmie baśń braci Grimm z plenerami Islandii uchwyconymi w czarno-białych kadrach, delikatnie podkreślających zmagania bohaterek, córek kobiety skazanej za czary. O tym projekcie słyszeli do tej pory głównie fani Björk Guðmundsdóttir, gdyż to właśnie ona – wówczas jeden z obiecujących głosów islandzkiej sceny undergroundowej – wcieliła się w rolę młodszej siostry, Margit. Nakręcony w 1986 roku „Krzew jałowca” miał swą premierę dopiero cztery lata później, a w 2018 roku doczekał się odrestaurowanej wersji i to właśnie ją zobaczymy na Nowych Horyzontach. Eteryczna wyprawa do krainy czarownic zapowiada się niemal mistycznie.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap
"La Quietud"

François Ozon jest obecnie najbardziej znanym nazwiskiem francuskiego kina arthouse’owego i równocześnie jednym z najtrudniejszych współczesnych autorów do sklasyfikowania, “sprzedania” choćby w jednym zdaniu. W końcu queerowy reżyser ma na koncie m.in. musical w sirkowskim anturażu, neo-noirowy kryminał, thriller erotyczny, milenialną baśń inicjacyjną czy opowiedziany na wspak romans. Teraz, w “Dzięki Bogu”, zaskoczy nas wzięciem na warsztat autentycznej historii dziennikarskiego śledztwa na temat kościelnej pedofilii, skupiając się jednak przede wszystkim na dramacie jednostek. W rolach głównych same tuzy światowego kina: Melvil Poupaud, Denis Ménochet i Swann Arlaud. Francuski “Kler” czy “Spotlight” zapowiada się na wzorcowe kino środka i być może największy do tej pory potencjał komercyjny dla umiarkowanie ekscentrycznego reżysera.

Z kolei jedna z najbardziej wpływowych postaci nowego kina argentyńskiego, uznany producent i reżyser głośnego “El Clan”, realizujący obecnie serial “ZeroZeroZero” o działalności narkotykowych karteli z gwiazdorską obsadą, Pablo Trapero, zaprezentuje nam swój pokręcony dramat obyczajowy, który wywołał bardzo mieszane reakcje na pokazach zeszłorocznego festiwalu w Wenecji. Jeśli czujemy się awanturniczo, nie zaszkodzi zaryzykować i zanurzyć się w historii dwóch bliźniaczo podobnych sióstr (granych przez Martinę Gusmán i Bérénice Bejo), odkrywających po latach mroczne tajemnice swojej rodziny, z mocnym feministycznym wydźwiękiem. Sprawdźmy wspólnie “La Quietud”, może odkopiemy niedocenioną perłę!

dawid smyk
Dawid Smyk
Nasz_czas_2018
"Nasz czas"

Carlosa Reygadasa można ustawić w jednym rzędzie obok rodzimych filmowców odnoszących sukcesy, Alfonso Cuaróna i Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Mimo, że idą naprzód razem, to Reygadas obiera inny kierunek. Meksykański twórca wyraża w zdystansowanych ujęciach swoje szczere zainteresowanie sferą seksualności, gdzie fascynacja konturami i krzywiznami ludzkiego ciała jest rzeczą naturalną. Chce w ten sposób dać dostęp do wnętrza poszczególnych bohaterów, niczym Velázquez i inni wielcy portreciści. Ciało nie potrafi odgrywać ról narzucanych przez wybory życiowe, reaguje naturalnie, zdradzając uniwersalną, nagą prawdę o człowieku i tęsknotę za uczuciem. W surowych kompozycjach kadrów, w których brzydota nabiera lirycznych właściwości, Meksykańczykowi jest blisko do Malicka. Z taką samą dbałością kamera bada działanie silnika ciężarówki, co dekonstruuje mechanizmy zauroczenia i zdrady małżeńskiej. Decyzja o umieszczeniu własnej rodziny tylko intensyfikuje napięcie, choć twórca zdradził, że to fikcja. Dodaje też w wywiadach, że bardziej autobiograficzny był jego poprzedni film, „Silent Light” nakręcony w społeczności mennonitów posługującej się językiem starogermańskim. W najnowszym filmie „Nasz czas” reżyser stawia pytania o naturę miłości i seksualnej wyłączności. Reygadas snuje opowieść o parze, która zajmuje się ranczem i wychowuje trójkę dzieci. Idyllę przerywa pojawienie się na horyzoncie emocjonalnego kryzysu, u którego źródeł leży luźne podejście do monogamii i seksualne uprzedmiotowienie żony przez solipsystycznego Juana. Toksyczność postawy machismo, kojarzonej z destrukcyjną męskością, znajduje symboliczny wyraz w agresji byków. Zestawienie brutalności zwierząt z ludzkim dramatem stwarza niepokojący efekt, dla którego warto zanurzyć się na trzy godziny w świecie pary uwięzionej między seksualnymi pragnieniami a bezpieczeństwem ego.

Wielkiemu fanowi horrorów o zombie nie może umknąć kanadyjska „Antologia duchów miasta”, rozgrywająca się w odizolowanym miasteczku, gdzie żywi nawiedzani są przez tajemnicze widma zmarłych, schwytane między przeszłością a teraźniejszością. Z miejsca przypomniało mi się świetne „Ghost story” z 2017 roku. Podobnie i tu duchy mają nie być wrogie, a jedynie w milczeniu (wymownym, bo film nie zawiera żadnej ścieżki dźwiękowej) i w bezruchu będą zajmować przestrzenie, w których wcześniej mieszkali. Ujęcia kręcone na ziarnistej taśmie Super 16 mm pasują do tej historii, w której znacząca rolę odgrywa tajemnica, bo ostatecznie nie wiadomo kim są pojawiające się w zimowej mgle postaci. Może to dzieci, które naszła chęć na psoty? Reżyser dorzuca do całości komentarz społeczny. Sainte-Irénée-les-Neiges położone w Quebecu, podobnie jak Black River Falls z paradokumentu „Wisconsin – Rubryka kryminalna” czeka niepewna przyszłość. Jak wiele małych miasteczek boryka się z przeszłością, skażoną makabrycznymi morderstwami. Nieoczywisty horror, w którym samemu trzeba zdefiniować, czy to co widzimy jest straszne, brzmi, mam nadzieję nie tylko dla mnie jak wystarczająca rekomendacja.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska