Niepokoi mnie tendencja przez którą dobre rzeczy w Internecie stają się gorsze bez wyraźnego powodu. Ostatnio choćby Spotify usunęło powiadomienia o nowych albumach artystów których obserwujesz. Z kolei na dniach Netflix zmienił to z czego jest słynny - system rekomendacji. Dlatego narzekam. Uwielbiam tę stronę, i chcę aby była lepsza.

Korzystam z Netflixa od kwietnia 2015 roku, czyli od premiery "DareDevila" (wtedy nie było tej strony dostępnej w Polsce, dlatego mówimy o wersji US). To był pierwszy mój serwis typu VOD z miesięcznym abonamentem, i byłem oczarowany od początku. Korzystanie z Netflixa jest niesłychanie wygodne, katalog był ogromny (tak, był nawet jeden film Lava Diaza), a sama strona miała swój własny klimat. I chociaż to pozostaje najlepsza strona w Internecie, to jej twórcy wprowadzają zmiany na jej niekorzyść. 

Na samym początku każdy tytuł można było oceniać w skali 1-5/5 oraz pisać recenzję (oczywiście, w języku angielskim). Potem recenzje skasowano. Zostały same gwiazdki. Niedawno wprowadzono kolejną zmianę: zamiast ocen użytkownicy wystawiają łapki w górę i w dół. Podoba się albo nie. Na tej podstawie wyliczana jest rekomendacja kolejnych tytułów, które są polecane personalnie każdemu klientowi Netflixa. 

Z początku zareagowałem na tę zmianę pozytywnie. To mógł być krok w dobrym kierunku! Teraz mógłbym segregować według tych procentów listę pozycji które chcę obejrzeć! 

Ta ekscytacja szybko ze mnie uleciała, gdy tylko wróciłem na Netflixa i zobaczyłem efekt tych zmian na własne oczy. A ten jest średni. Nie przewidziałem po prostu, że ten system nie będzie działać. Wiele tytułów nie ma określonego poziomu rekomendacji. Użytkownicy muszą klikać swoje oceny od nowa. Przeglądać katalog i dawać kciuki górę i w dół przy obejrzanych tytułach, żeby system wyliczył co lubisz a co nie. A to jest sporo roboty, na którą niewielu się zdecyduje. Nawet taki maniak Netflixa jak ja to olał. Wolę obejrzeć serial w tym czasie.

 

Inne tytuły mają już swój procentowy próg określony, ale one nie robią takiego wrażenia jak zakładałem. 78% albo 67%... To mnie nie przekonuje, aby obejrzeć film o którym nic nie wiem. "Gotham" polecano mi początkowo na poziomie 95% - oglądać czy nie oglądać? Myślę sobie: "To pewnie dlatego, że tak niewiele jeszcze oceniłem. Wystawię więcej ocen i wtedy zainteresuję się tymi rekomendacjami". Co, jak wspomniałem powyżej, raczej szybko nie nastąpi. Zabiorę się za oglądanie seriali o których wiem, że chcę je obejrzeć.

Netflix tym samym przestał być miejscem, gdzie mogę trafić na coś nowego, o czym wcześniej nie słyszałem.  I to nie jest złe, w końcu ja już wiem, co chcę obejrzeć - 1200 filmów i 200 seriali czeka u mnie w kolejce, aż je poznam. Jednak strony VoD mają to do siebie, że zachęcają również do oglądania tego co już tam jest. Ograniczony katalog, abonament opłacony... Więc obejrzę, skoro to mam do dyspozycji. Przede wszystkim, korzystają na tym tzw. "crapy". Filmy tak słabe, że szkoda mi było czasu nawet na to, aby je ściągać nielegalnie, ale skoro mogę legalnie... To oglądałem. Klienci ShowMaxa i Cinema City Unlimited oglądający "Smoleńsk" wiedzą o czym mówię. Po zakupie Netflixa oglądałem "DareDevila", owszem. Ale potem oglądałem "War World Z", "Olympus Has Fallen", "Little Men" i czekałem, aż dodadzą "Lone Rangera".

Ważniejsze są jednak produkcje które oglądałem bo miały wysoką ocenę. 4/5 albo 4,5/5, chociaż nic o nich nie wiedziałem. W oczy rzucały mi się gwiazdki, więc przeglądałem się bliżej danemu tytułowi. W końcu - co szkodzi obejrzeć początek i sprawdzić? Albo dodać do obejrzenia na potem i czekać, aż Netflix zapowie usunięcie go ze swojej oferty... Wtedy się rzucałem na taką pozycję. Działa wtedy przecież syndrom uczestnika festiwalu filmowego, kinowego odkrywcy który obejrzy nieznaną perełkę którą ogłosi swoim znajomym. Z tych powodów obejrzałem całkiem sporo. Przez to moja lista rzeczy do obejrzenia powiększała się szybko, ale w tym wszystkim były tytuły których seansu nie żałowałem. Więcej! - wspominam je ("Pressure Point "z 1962 roku o czarnym psychiatrze prowadzącym sesję z rasistą) albo dla których obecnie wracam na Netflixa ("Gilmour Girls"). Jestem pewny, że gdyby nie gwiazdki to nie zwróciłbym uwagi na te tytuły w inny sposób.

A więc - tak, Netflix służył mi pomocą przy szukaniu kolejnej pozycji do obejrzenia. Sortowałem katalog według ocen społeczności, pomimo tego, że to były tylko suche gwiazdki. I nie żałowałem. Teraz przyszła zmiana, wprowadzono kciuki i procenty. Patrzę na nie i mam brudne myśli. "Gotham" na 88%? "Luke Cage" na 95%? "Iron Fist" na 95%? "Trzynaście powodów" na 99%? "Słodkie kłamstewka" na 98%? "Ant-Men" na 95%? "Terminator: Genesis" na 89%? "Dobry dinozaur" na 89%? "Crown" na 97%? "Odkrycie" na 96%? "Sand Castle" na 92%? A mój ulubiony film - "Clerks" - na 68%. Tyle samo co któryś film Adama Sandlera. Po ocenieniu całego polskiego katalogu i wystawieniu większej ilości kciuków liczby przy filmie Kevina Smitha wzrosły do 82%, ale wciąż nie rozumiem, jak tak mogła wyglądać pierwotna ocena produkcji, którą wcześniej kilkukrotnie oglądałem na tej stronie, i miałem ją ocenioną na 5 gwiazdek. Tak samo jak nie zrozumiem, czemu każda produkcja Netflixa poleca mi się na poziomie 90% i więcej. Aż odważę się nazwać to podejrzanym zbiegiem okoliczności.

Nie pomaga fakt, że najwyraźniej Netflix ukrywa przed użytkownikiem licznik procentowy, jeśli ten wynosi poniżej 50%. W ten sposób doszło do sytuacji w której usunąłem wiele tytułów ze swojej listy. Dodałem je szmat czasu temu*, nic o nich już nie wiem, nie mam w sobie pragnienia aby je oglądać. Ja mam co robić. Mam przed sobą 7 sezonów "Kochanych kłopotów" (brak procentowej rekomendacji**; za to jego kontynuacja, wyprodukowana już przy udziale Netflixa, jest mi polecana na poziomie 98%).

*przypominam młodszym: jeden szmat to sześć ścier czasu.
**ponoć jak obejrzysz kilka odcinków to wtedy procentowa rekomendacja znika. Może więc dlatego.