Jeszcze w zielone gramy – recenzja filmu „Nadzieja”

Jeszcze w zielone gramy – recenzja filmu „Nadzieja”

Ciężko o drugie zjawisko, przedstawiane w kinie w tak skrajnie różne sposoby, jak umieranie. Poetyka horrorów, filmów wojennych czy akcji przyzwyczaiła nas niejako do bezrefleksyjnego, szybkiego odbierania życia, podczas gdy na przeciwnym biegunie znajduje się niebagatelna liczba dramatów, skupiających się na powolnym procesie odchodzenia czy też walki o życie do ostatnich jego chwil. Można wręcz powiedzieć, że przemysł filmowy idealnie oddaje ducha słów starego powiedzenia, niesłusznie przypisywanego Józefowi Stalinowi: „Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka”.

Maria Sødahl w swojej Nadziei skupia się na tym tragicznym wymiarze śmierci. Główną bohaterkę Anję (Andrea Bræin Hovig) poznajemy na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy pod wpływem częstych bólów głowy i problemów z czytaniem decyduje się na kompleksowe badania. Otrzymana diagnoza brzmi jak wyrok: guz mózgu, będący przerzutem z wcześniej zaatakowanych przez nowotwór płuc. Wiedząc, w jakim stanie jest jej organizm, kobieta odmawia pozostania w szpitalu, chcąc jak najlepiej wykorzystać dni, które mogą być ostatnimi, jakie spędzi ze swoją rodziną. Cała fabuła filmu zresztą ogranicza się do sportretowania raptem kilku dni na przełomie grudnia i stycznia.

Choroba skłania Anję do przewartościowania wszystkiego, co do tej pory wypełniało jej życie. Kariera zawodowa schodzi w jej myślach na drugi plan. Zamiast tego stara się bardziej niż wcześniej skupić się na relacjach z dziećmi swoimi i swojego partnera Tomasa (Stellan Skarsgård), który odkąd dowiedział się o chorobie, nie odstępuje ukochanej nawet na krok, starając się zrobić wszystko, by zapewnić jej jak najlepsze leczenie.

Zarówno bohaterka, jak i jej partner przez cały czas utrzymywani są w swoistym rozdarciu pomiędzy pogodzeniem się ze śmiercią a tytułową nadzieją na graniczące z cudem ozdrowienie. W dziele Sødahl możemy doszukiwać się polemiki z Miłością Hanekego. Obydwa filmy ukazują wszak dojrzałe pary, pozostawione w zasadzie same sobie w walce ze śmiertelną chorobą jednego z partnerów. Reżyserka podobnie jak Austriak rysuje przed swoimi postaciami kilka możliwości, z których najbardziej pesymistyczną jest powolne i bolesne odchodzenie, ale w przeciwieństwie do niego przechyla proporcje bardziej w kierunku wiary w szczęśliwe zakończenie.

“Nadzieja” utrzymana jest w stylu zerowym, co pozwala nastawić widza wyłącznie na osobisty dramat rozgrywający się w życiu Anji i Tomasa, jednocześnie zachęcając do dywagacji na temat tego, jak postąpiłby na miejscu widzianych na ekranie ludzi. Bez cienia wątpliwości jest to dzieło ważne, angażujące i niepozostawiające obojętnym. Jego olbrzymim atutem jest świetne aktorstwo, w którym – co ciekawe – przoduje dość mało rozpoznawalna Hovig, a nie będący ikoną skandynawskiego kina Skarsgård. Trzeba jednak przyznać, że obraz Sødahl momentami zupełnie traci tempo, wchodząc w niewiele wnoszące do fabuły dłużyzny, brakuje mu też czegoś, co mogłoby pozostać na dłużej w pamięci widza, jednej wyjątkowo dramatycznej sceny czy wciskającego w fotel dialogu. Niektórzy pewnie docenią jego stonowaną naturę i chłodny realizm, ale moim zdaniem to właśnie on sprawia, że “Nadzieja” pozostaje jedynie solidnym dramatem, któremu daleko do największych utworów o podobnej tematyce.

 
Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
plakat

Nadzieja

Tytuł oryginalny: „Håp”

Rok: 2019

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Norwegia

Reżyseria: Maria Sødahl

Występują: Andrea Bræin Hovig, Stellan Skarsgård i inni

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 3,5/5