Morderstwo w Orient Expressie

Kiedy na jaw wyszło, że nakręcona ma zostać kolejna adaptacja „Morderstwa w Orient Expressie”, jeden z moich znajomych uznał, że stworzenie kryminału na podstawie historii, której zakończenie zna każdy, mija się z celem. Chociaż rozmowy z ludźmi mniej zainteresowanymi szeroko pojętą kulturą dość skutecznie obaliły podstawę tej tezy, trzeba przyznać, że Kenneth Branagh wziął na siebie naprawdę trudne zadanie. Całe szczęście Brytyjczyk zdawał sobie sprawę, że intryga nie obroni się sama, a film musi wnieść do klasycznej historii powiew świeżości, aby zainteresować odbiorców.

Twórcy filmu za optymalną metodę, na przyciągnięcie widzów na seans, uznali zebranie gwiazdorskiej obsady. Oprócz wcielającego się w główną rolę reżysera, mamy do czynienia z ekipą najbardziej rozpoznawalnych aktorów, chociaż trzeba przyznać, że spora część z nich najlepsze lata kariery ma już za sobą. W rolach drugoplanowych obsadzono chociażby Williema Dafoe, Judi Dench, Penelope Cruz, Michele Pffeifer i Johnny'ego Deppa, który całe szczęście wzniósł się ponad poziom, który prezentuje od kilku ostatnich lat.

Parafrazując kultową frazę Cavina Candie z „Django”, kiedy pozyskano już ciekawość widza i posadzono go przed ekranem, pora zadbać o jego uwagę. Branagh koncertowo przyciąga ją wizualną warstwą „Morderstwa w Orient Expressie”. Za wszelką cenę stara się zamknąć w pociągu jak najmniejszą część fabuły, pozwalając sobie jednocześnie na ingerencję w treść utworu. Herculesa Poirot poznajemy na Bliskim Wschodzie, podczas sekwencji w której jawi nam się on, jako mieszanka Sherlocka Holmesa, doktora House'a i Indiany Jonesa, w brawurowy sposób demaskując i łapiąc złodzieja artefaktu z Ziemi Świętej. Wszystko to bez przerywania monologu. Kolejna podróż przenosi nas do Stambułu, by na końcu znakomitą większość czasu spędzić wśród zaśnieżonych wzgórz. Wszystkie te lokacje łączą niesamowite zdjęcia i pieczołowicie przygotowana scenografia. Kiedy masz na czym oko zawiesić, fakt, że wiesz kto zabił, nie jest w stanie zepsuć ci seansu. Abstrahując od powszechnej znajomości zakończenia, sama intryga poprowadzona jest w sposób angażujący, chociaż momentami przesadnie łopatologiczny, zwłaszcza kiedy dochodzi do wyjaśnienia całej sprawy.

Chociaż przed Kennethem Branaghem — reżyserem jestem w stanie zdjąć czapkę z wyrazem uznania. To właśnie on sam,  wcielający się w Herculesa Poirota, zdaje się największym mankamentem filmu. Już samo obsadzenie się w głównej roli zakrawa o narcyzm, a sposób, w jaki Brytyjczyk zbudował cały film o swoją postać, jej geniusz i dowcip, był wręcz nieznośny. Jeśli założeniem było polowanie na nagrody indywidualne, myślę, że nie tędy droga. Tak przesadnie skoncentrowanie filmu na jednej postaci, mimo szerokiego wachlarza ciekawych partnerów na planie, zdecydowanie mu nie służy.

Nie sposób uniknąć porównań ze znaną adaptacją Sidneya Lumeta. Moim zdaniem odświeżona wersja „Morderstwa w Orient Expressie” wygląda na tle swojego starszego brata naprawdę dobrze. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że sporadycznie przewyższa poprzednika. Mimo wszystko wiele bym dał, aby w genialnego detektywa wcielił się ktoś inny, chociażby dobrze nam znany David Suchet. Jak to mówią, nie ma ludzi niezastąpionych, ale zastąpienie niektórych, to szalenie wysoka poprzeczka.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
Morderstwo w Orient Expressie - Plakat

Morderstwo w Orient Expressie


Rok: 2017

Gatunek: Kryminał

Reżyser: Kenneth Branagh

Występują: Kenneth Branagh, Penelope Cruz, Johnny Depp, Willem Dafoe i inni

Ocena: 3,5/5