Maszynka do spotkania z tajemnicą – recenzja filmu „Monument” – Nowe Horyzonty 2018

Maszynka do spotkania z tajemnicą – recenzja filmu „Monument” – Nowe Horyzonty 2018

Podczas premierowego pokazu swojego filmu „Monument” na festiwalu Nowe Horyzonty Jagoda Szelc powiedziała, że stoi po stronie kina, którego nie trzeba rozumieć. Dlatego właśnie nie lubi, by filmy opisywać, oceniać i interpretować - a już zwłaszcza nie narzucać swojej interpretacji innym. I jak tu pisać cokolwiek po takim stwierdzeniu?

Spróbujemy jednak cokolwiek powiedzieć, nie zdradzając zbyt wiele z fabuły i nie narzucając jednej interpretacji oczywiście. Po zaskakującym, znakomitym debiucie reżyserki, jakim była „Wieża. Jasny dzień”, oczekiwania wobec drugiego filmu tej niebanalnej artystki  były ogromne. Sama Szelc zawiesiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko. Tym razem postanowiła obsadzić w swoim filmie studentów łódzkiej szkoły filmowej. Gdy przed premierowym seansem wyszli na scenę wyglądali nieledwie jak grupka licealistów, jednak na ekranie ich młodzieńczy wygląd jest jak najbardziej na miejscu. Grają bowiem grupę dwudziestu studentów hotelarstwa, którzy trafiają na praktyki do położonego w środku lasu hotelu, gdzie wpadają w szpony bezwzględnej menadżerki, granej przez Dorotę Łukasiewicz. Już na początku zostają w pewien sposób pozbawieni własnej indywidualności i wpadają w tryby bezwzględnego systemu. Szybko ochrzczą swoją szefową mianem Baby Jagi i rzeczywiście zaczyna się zaraz swoista gra w „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Pod czujnym okiem wiedźmy w garniturze zmuszeni są spełniać wszystkie polecenia i chodzić, jak trybiki w maszynie. Jednak z chwilą, gdy czują, że nie są przez nią obserwowani, pozwalają sobie na coraz więcej. Sytuacja wydaje się powoli wymykać spod kontroli – a może wręcz przeciwnie, kontrolowana jest przez jakieś bliżej nieokreślone siły? Różne niesamowite sytuacje zaczynają przypominać jakąś niedookreśloną grę. Wśród młodzieży pojawiają się dziwne zachowania, komplikujące ich wzajemne relacje.

Wszystko wydaje się mieć związek z tajemniczym monumentem, który są zmuszeni codziennie oczyszczać. Jest to w zasadzie okazały postument, jakby czekający dopiero na posąg. Raz po raz ktoś na niego wychodzi i doświadcza czegoś tajemniczego. Wydaje się też, że ważną rolę w języku symboli, po jaki sięga reżyserka, nie bez znaczenia są różnego rodzaju wydzieliny, jakie produkuje nasze ciało – z krwią na czele: czy będzie to krew płynąca z rany lub ukłucia szpilką, czy krew menstruacyjna albo związana ze stosunkiem seksualnym.

Czy da się to wszystko powiązać w jedną, w miarę spójną całość? Na pewno nie ma tu jednej słusznej interpretacji, ale pozwólcie, że podzielę się kilkoma swoimi intuicjami. Chcąc doznać jakiegoś katharsis, zbawienia, wyzwolenia, człowiek powinien skonfrontować się z samym sobą, również z najmroczniejszą częścią swojej natury i osobowości: czy będą to lęki, czy głęboko skrywane pragnienia, wady, ambicje, fantazje… To wszystko jest w nas – tak, jak i te płyny, które budzą w nas wstręt, gdy ukażą się na powierzchni w formie wydzielin albo te emocje i uczucia manifestujące się w najbardziej nieoczekiwany sposób. Aby to wyzwolenie mogło się dokonać, potrzebne jest zejście w rejony najokropniejsze (jak piwnica pełna szczurów) oraz skonfrontowanie się z własną przeszłością lub drugim człowiekiem – zwłaszcza tym, który budzi w nas lęk i odrazę. Przejście tego procesu może być koszmarem, ale ma szansę zakończyć się oczyszczeniem.

Aby o tym wszystkim opowiedzieć, autorka zdecydowała się posłużyć językiem horroru – i czyni to całkiem umiejętnie, nawet jeśli bardziej widza intryguje i niepokoi, niż straszy. Nie wszystko jednak w tym filmie dobrze zagrało. Mi brakowało trochę identyfikacji z bohaterami, którzy zlewają się w jedną masę – trudno tak naprawdę przejąć się ich losami. Choć, z drugiej strony, utrata tożsamości wydaje się istotna dla ukazanej historii.

To, co jednak ostatecznie osłabia wymowę i sprawia, że film nie jest jednak takim sukcesem, jak poprzednie dzieło Szelc, to fakt, że zdecydowała się ona na takie, a nie inne zakończenie (którego oczywiście nie zdradzę). O ile w „Wieży. Jasnym dniu” niejednoznaczna i enigmatyczna końcówka komplikowała jeszcze bardziej całą sytuację, intrygowała i dawała do myślenia, o tyle w „Monumencie” zabija ona tajemnicę i spłaszcza całość.

Po premierowym seansie reżyserka powiedziała, że traktuje film jako maszynę służącą do przyzwyczajania nas do tego, że nie wszystko jesteśmy w stanie dostrzec, usłyszeć, zrozumieć. Szkoda, że „Monument” jest maszyną nie do końca naoliwioną, która w ostatecznym rozrachunku nie całkiem spełnia to zadanie. Kiedy widz jest już dostatecznie rozgrzany spotkaniem z tajemnicą, otrzymuje zimny prysznic w postaci rozwikłania dużej jej części. Niepotrzebnie. Niech tajemnica pozostanie tajemnicą.

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar
plakat filmu Monument

Monument

Tytuł oryginalny: „Monument”

Rok: 2018

Gatunek: horror

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Jagoda Szelc

Występują: Zuzanna Pawlak, Anna Biernacik, Oskar Borkowski i inni

Ocena: 3,5/5