W małpim gaju – recenzja filmu „Monos”

W małpim gaju – recenzja filmu „Monos”

Konflikt w Kolumbii, choć oficjalnie zakończony cztery lata temu, bez wątpienia wciąż jest żywy w świadomości mieszkańców tego kraju, wpływając na kształt i tematy tamtejszej kultury. Na poparcie tej tezy wysunąć można Monosa w reżyserii Alejandro Landesa, obok dzieł Ciro Guerry najgłośniejszy film kolumbijski ostatnich lat, chwalony m.in. w Sundance czy San Sebastián.

Tytuł Monos oznacza po hiszpańsku „małpy” i stanowi w filmie nazwę oddziału złożonego z nastoletnich partyzantów, którzy mają za zadanie pilnować amerykańskiej zakładniczki. Kolumbijski kontekst polityczny kazałby przypuszczać, iż należą oni do FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii), skrajnie lewicowej grupy partyzanckiej, słynącej m.in. właśnie z porwań i przetrzymywania zakładników, a według badań w 10–15% składającej się z niepełnoletnich. Landes unika jednak umieszczania akcji w konkretnym miejscu i realiach. Ugrupowanie, którego część stanowi Monos, nazywane jest po prostu Organizacją, bohaterów poznajemy jedynie pod ich noms de guerre, bez prawdziwych, „cywilnych” imion; nie zostaje nawet sprecyzowane, czy film rozgrywa się w Kolumbii. Pewni możemy być jedynie otaczającej bohaterów dżungli i toczącego się gdzieś za spowitymi mgłą górami konfliktu.

Niedookreśloność i umowność czasu i przestrzeni nadaje Monosowi nierealnego charakteru; ogląda się go trochę jak oniryczną wizję, a trochę jak poetycki dokument z końca świata. Fabuła rozwija się powoli, jak gdyby niechętnie, poszczególne zdarzenia zdają się mniej istotne od rytmu egzystencji młodych wojowników. Wielkie znaczenie dla nadania obrazowi takiego nastroju mają fantastyczne zdjęcia autorstwa Jaspera Wolfa, robiące potężne wrażenie zwłaszcza w dalekich planach. W pamięć zapadają przede wszystkim ujęcia sylwetek bohaterów na tle niebiesko-szarych połaci nieba, lądu i zawieszonych między nimi chmur. Niebywała fotogeniczność górskiej kwatery partyzantów poskutkowała nie tylko takimi epickimi, malarskimi obrazami, lecz również poetyckimi kadrami rodem ze slow cinema, a także pozwoliła na wykorzystanie ciasnoty korytarzy i pomieszczeń w stanowiącej bazę oddziału małej twierdzy.

Tak prezentuje się pierwsza część filmu. W pewnym momencie jednak w formie tej zachodzą zmiany: najpierw zaczyna się krystalizować wiodąca linia fabularna, by potem zmusić bohaterów do opuszczenia dotychczasowej lokacji, co pociąga za sobą różnice w stylu i konwencji. Plany dalekie znikają na rzecz bliższych, wzmaga się poczucie brudu i ciasnoty, klimatyczne nic-się-nie-dzianie zostaje zastąpione przez bieganie po dżungli, a wojna powoli przeradza się w survival. Klaustrofobiczny las staje się dla Monosa pułapką i świadkiem rozpadu oddziału; nie ma w nim miejsca na szczeniackie, ale podtrzymujące morale strzelanie w powietrze. Przestrzeń – już wcześniej ograniczona przesłaniającymi horyzont chmurami i mgłą, choć z uwagi na umiejscowienie na wzniesieniu sprawiająca wrażenie górowania nad światem – ulega zacieśnieniu, a wraz z nią kurczy się poczucie solidarności i wola walki, spod masek wytrenowanych wojowników wyłaniają się zastraszone dzieciaki.

Monos bywa porównywany z Czasem Apokalipsy i choć arcydzieło Coppoli nie jest tu przywoływane całkiem bezpodstawnie (łączy je wojna, dżungla i mały oddział ze specjalną misją, a partyzanci z Monosa mogliby być „dziećmi” Kurtza), to bardziej trafnym z powtarzających się skojarzeń wydaje się Władca much. Tak jak powieść Williama Goldinga, film Landesa przedstawia społeczność złożoną wyłącznie z dzieci i rozpad struktury, w ramach której one funkcjonują, z tą drobną różnicą, że u angielskiego pisarza rozbitkowie muszą ją stworzyć od zera, podczas gdy partyzanci otrzymują jej ideę od Organizacji. Oba dzieła łączą podobne tematy – moralność w sytuacji ekstremalnej, kontrast grupowość/indywidualność, władza – jednak trzeba przyznać, że film wypada w tym porównaniu raczej blado.

Jest bowiem Monos znacznie bardziej spełniony formalnie niż treściowo. W warstwie audiowizualnej poza zdjęciami Wolfa zachwyca też muzyka Miki Levi. Brytyjska kompozytorka, znana m.in. ze ścieżek dźwiękowych do Pod skórą i Jackie, daje kolejny dowód swej oryginalności i kreatywności. Jej kompozycje świetnie podkreślają cechy filmu: quasi-mistyczną atmosferę, spokój podszyty niepokojem, krótkie momenty piękna, ale przede wszystkim poczucie osaczenia. To muzyka oparta bardziej na dźwięku niż melodii, wzmacniająca tak nastrojowość, jak i klaustrofobiczność lokacji, ale nie uciekająca się przy tym do tanich środków. Levi stawia na prostotę i surowość, a efekt nie tylko oszałamiająco działa w trakcie seansu, ale też daje się słuchać w oderwaniu od filmu.

Trudno jednak z czystym sercem polecić Monosa. Oprawa audiowizualna stoi tu na bardzo wysokim poziomie, ale narracyjnie film wielokrotnie się gubi, zwłaszcza w drugiej połowie, która wprowadza ciekawy zwrot stylistyczny, ale niestety jest też wyraźnie słabsza. Tematy podjęte przez reżysera nie stanowią w kinie wojennym żadnego novum, nie zostają też w większości satysfakcjonująco rozwinięte. Monos zdaje się filmem dość hermetycznym, mogącym odrzucić ilością bodźców i lichością fabuły. Ma jednak też swój niezaprzeczalny urok; cudowny klimat pierwszej połowy aż prosi się o to, by do niego wracać – to on ostatecznie, wraz z kompozycjami Levi, czyni seans Monosa zadowalającym, a sam film wynosi do rangi może nie w pełni udanego, lecz uzależniająco pięknego dzieła sztuki.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski

Monos

Rok: 2019

Gatunek: dramat, wojenny

Kraj produkcji: Kolumbia, Argentyna, Urugwaj, Szwecja, Niemcy, Holandia

Reżyseria: Alejandro Landes

Występują: Sofia Buenaventura, Moises Arias, Julianne Nicholson i inni

Dystrybucja: Against Gravity

Ocena: 3,5/5