moja walka

Próbę przeniesienia na deski teatru sześciotomowej powieści "Moja walka" autorstwa Karla Ove Knausgårda można porównać do syzyfowej pracy. Niezależnie od sposobu podejścia do tematu, zawsze coś musi umknąć z eksplodującej detalami prozy norweskiego pisarza. Mimo to Michał Borczuch w TR Warszawa podjął się tego wyzwania. Czy udało mu się osiągnąć sukces?

Odbywający się w hali ATM Studio spektakl już od samego początku staje się seansem spirytystycznym, podczas którego postacie swobodnie dryfują pomiędzy różnymi planami czasowymi. Główny bohater, porte parole Knausgårda, po dowiedzeniu się o śmierci ojca zaczyna spisywać swoją biografię. Podróżuje więc po całej przeszłości, na nowo rekonstruując to, co ulotniło się z pamięci wraz z upływającym czasem. Grany przez Jana Dravnela oraz Sebastiana Pawlaka, wciąż boryka się z tymi samymi problemami, ogniskującymi się przede wszystkim wokół spraw damsko-męskich, jak i ogólnie relacji z innymi ludźmi.

Odejście ojca to cezura oddzielająca świat względnie uporządkowany od chaosu, jaki zapanował w życiu bohatera. Wprawdzie, według relacji mężczyzny, nadużywał on alkoholu, niemniej jednak jego istnienie stanowiło swego rodzaju fundament egzystencji. Tymczasem jego śmierć wymusiła poszukiwanie nowego sensu. Wskrzeszanie duchów ma zatem dla Karla Ove charakter oczyszczający, jak również pozwala mu na nowo zdefiniować to, czym jest życie. Każde kolejne przeszłe wydarzenie może być przez niego ujęte w dłonie, obejrzane, a następnie odstawione do odpowiedniej gablotki. 

Na pierwszy rzut oka wieje nudą, w zasadzie niewiele się dzieje. Jednak wraz z upływającym czasem można być już obezwładnionym przez znakomicie wykreowany przez twórców klimat. Postacie snują się po scenie, próbując desperacko dotrzeć do drugiego człowieka. Zamknięci we własnych ego, skazani są na wieczne obcowanie li tylko z bezdusznymi rzeczami. Bo tyle właśnie pozostaje po zmarłym - kilka szmat i styrany fotel.

Przejmująca jest scena, w której na zawieszonych u góry ekranach pokazywane są harce małych dzieci. Radość i pragnienie poznania nowych rzeczy nie schodzą dzieciom z twarzy. W tym samym momencie Maria Maj i Lech Łotocki odczytują dialogi, jakie ich postacie mogły ze sobą wymienić kilkadziesiąt lat wcześniej. Wydaje się, że słowa są najważniejsze w życiu i to one pozwalają opisywać rzeczywistość, ale kiedy dochodzi do opowieści o przeszłości, to stają się one tylko wypowiadanymi znakami pisarskimi, które oprócz ogólnie przyjętej treści, nie przekazują niczego więcej. Brak w nich smaku, koloru czy dźwięku. Pozostają głuche na wezwanie serca do reanimowania tego, co minione. Hamlet znowu miał rację.

Symultaniczne prowadzenie scen, kiedy to aktorzy rozmawiają na scenie, a na ekranie pokazywane są np. nagrania z warsztatów dotyczących twórczości norweskiego pisarza, w wielu momentach staje się dominującą formą wypowiedzi reżysera. Percepcja widza nie jest w stanie wszystkiego "ogarnąć", tak jak i główny bohater rozsadzany jest od środka przez wielość doznań. Potęguje to poczucie wyobcowania i niemożność utożsamienia się z bohaterem. Patrzy się na Karla Ove jak na bezduszną maszynę, tak jak i bohater patrzy na swoich bliskich. O ile często ten sposób narracji jest nadużywany we współczesnym teatrze, o tyle sprawdza się to w "Mojej walce" i świetnie koresponduje z wymową całego spektaklu.

Również niekiedy znakomicie są pokazane relacje Karla Ove z jego ukochaną Lindą (Agnieszka Podsiadlik, Justyna Wasilewska). Borczuch swobodnie przechodzi od faz zauroczenia i scementowania związku, aż do trudnych momentów dla obojga, kiedy to pojawiają się trudne emocje oraz wzajemne oskarżenia. Reżyserowi znakomicie udaje się pokazać splot codzienności oraz miłosnego uniesienia w życiu kochanków. 

Skoro zatem słowa kłamią, to jak autor powieści, a za nim reżyser, mogą poradzić sobie z przeszłością? Na ratunek przychodzi sztuka. To właśnie dzięki niej istnieje możliwość przekazania tego, co nieprzekazywalne. Sama prawda nie wystarczy, musi być ona ujęta w pewną artystyczną formę. Tylko jak ją ukazać, skoro opisane w książce osoby mogą poczuć się obrażone i próbują zablokować publikację? O tym opowiada druga, znacznie gorsza, część spektaklu. "Moja walka" tonie wtedy w dywagacjach Karla Ove z rodzaju "wydawać czy nie wydawać". Czar pryska. Niezliczone rozmowy telefoniczne prowadzone przez bohaterów, zazwyczaj wyprute z wszelkich emocji, nie wnoszą niczego nowego. 

Przytoczonych epizodów z życia Karla Ove jest mnóstwo. Pierwszy seks, kolejne podejmowane prace, rozmowy z przyjacielem (Paweł Smagała) - pozornie nie są te historie ze sobą związane, niemniej jednak łączy je pewien szczegół. Bohater zawsze za cel stawia sobie odnalezienie autentyczności. Poczucie prawdziwości życia, egzystencji w zgodzie z własnym sumieniem, staje się celem wędrówki mężczyzny. Oczywiście poziom ich prezentacji jest bardzo różny, niemniej jednak warto docenić konsekwencję reżysera i umiejętności dramaturga Tomasza Śpiewaka przy doborze scen z tak obszernego materiału.

"Moja walka" to spektakl bardzo nierówny. Dzięki sprawnej reżyserii oraz nastrojowej muzyce, połączonej z grą świateł, Michałowi Borczuchowi udaje się przekazać bolesne świadectwo mężczyzny walczącego o uzyskanie podmiotowości. Jego "zapasy" z pamięcią, a co za tym idzie - potrzeba ciągłego przeglądania się w lustrze - trafnie definiują współczesnego człowieka. Gdyby opowieść dalej szła tym torem, to osiągnęłaby zapewne ton elegijny zbliżony do (pominąwszy rozmach inscenizacyjny) "Francuzów" Krzysztofa Warlikowskiego. Dominujące poczucie przemijalności ustępuje jednak pisarskiej frustracji bohatera, a tak przedstawiony autotematyzm jest już ciężkostrawny. Podjęta przez reżysera próba okazała się zatem połowicznym sukcesem. Wprawdzie udowodnił on, że w kreowaniu atmosfery nie ma sobie równych (ależ znakomicie wykorzystał piosenkę "Wicked Game" Chrisa Isaaka!), lecz niestety nie udało mu się utrzymać tak wysokiego poziomu przez całe cztery godziny trwania spektaklu.

 

Marcin Kempisty
Marcin Kempisty
moja walka

Moja walka


Rok: 2017

Twórcy: Michał Borczuch

Teatr: TR Warszawa

Występują: Jan Dravnel, Dobromir Dymecki, Magdalena Kuta, Lech Łotocki, Maria Maj, Sebastian Pawlak, Agnieszka Podsiadlik, Halina Rasiakówna, Paweł Smagała, Justyna Wasilewska