Chłopiec na dżihadzie – recenzja filmu „Młody Ahmed”

Chłopiec na dżihadzie – recenzja filmu „Młody Ahmed”

Jean-Pierre i Luc Dardenne’owie wygrali już w Cannes wszystko, co się dało. Mają na koncie Złote Palmy za „Rosettę” w 1999 i „Dziecko” w 2005, Grand Prix festiwalu za „Chłopca na rowerze” w 2011 oraz nagrodę za scenariusz do „Milczenia Lorny” w 2008; ponadto, dwukrotnie osoby grające w ich filmach dostawały wyróżnienia aktorskie (Émilie Dequenne za „Rosettę” oraz Olivier Gourmet za „Syna”). Rok 2019 dołożył do tej kolekcji nagrodę za reżyserię „Młodego Ahmeda”.

Najnowsze dzieło braci podejmuje temat fanatyzmu religijnego, opowiadając historię
tytułowego chłopca. Pod wpływem lokalnego imama Ahmed zaczyna restrykcyjnie stosować się do zasad zapisanych w Koranie. Nie podaje ręki kobietom (w tym własnej, przerażonej zachowaniem syna matce), skrupulatnie pilnuje, aby modlić się w wyznaczonych godzinach, wreszcie sprzeciwia się planowanemu przez swoją nauczycielkę kursowi arabskiego przy użyciu piosenek. Tej ostatniej kwestii poświęcone zostaje otwarte spotkanie, na którym bohater rozpoczyna swój mały dżihad przeciwko „heretyczce”. Najpierw polega on na publicznym oczernianiu jej w oczach społeczności, ale szybko następuje jego eskalacja do aktów przemocy. Na tym wątku oparta zostaje akcja filmu.

Filmy Dardenne’ów należą do tych, w których można już po pierwszych kadrach rozpoznać nazwisko autora. „Młody Ahmed” nie stanowi wyjątku. Mimo zmiany na stołku operatorskim (pełniący dotąd funkcję operatora kamery Benoît Dervaux zastąpił stałego autora zdjęć braci, Alaina Marcoena), nie widać w nim znaczących różnic w stylu wizualnym. Kamera, jak zwykle, podąża za główną postacią, siedząc jej na plecach i obserwując „na chłodno” jej działania. Z innych podobieństw, nie brak też typowej dla twórców „Rosetty” empatii wobec bohatera, pomimo tego, że tym razem uczynili nim – de facto – terrorystę. Dzięki takiemu podejściu, reżyserzy unikają jednowymiarowości w portretowaniu Ahmeda, czyniąc ze swojego filmu swego rodzaju walkę o jego sumienie.

Protagonistów Dardenne’ów zazwyczaj trudno jednoznacznie obarczyć winą za popełniane przez nich moralnie wątpliwe czyny. Wcześniej jednak ciężar odpowiedzialności zdejmowała z nich najczęściej presja związana z warunkami ekonomicznymi: nie mieli środków do życia, potrzebowali pracy, dokumentów, musieli spełnić żądania lokalnych gangsterów, etc. W „Młodym Ahmedzie” kontekst społeczny ulega drastycznemu zminimalizowaniu. Nie znamy dokładnego statusu materialnego rodziny bohatera, choć nie wygląda on na tak dramatyczny jak np. w „Dziecku”. Twórcy sami przyznali na konferencji prasowej, że nie chcieli, aby źródeł radykalizmu chłopaka doszukiwano się w jego sytuacji ekonomicznej. Zamiast tego, rozrzucone zostają inne tropy. Kilkakrotnie słyszymy o starszym kuzynie bohatera, który w jego oczach jest męczennikiem za wiarę. Pojawia się też wątek alkoholizmu matki, trudno stwierdzić, na ile wyolbrzymiany przez syna, a na ile będący autentycznym problemem rodziny, może nawet bodźcem, który przesunął zaufanie i uwagę Ahmeda na charyzmatycznego imama. Miejsca na hipotezy zostawiono wiele, gdyż braci interesują bardziej skutki niż przyczyny. Albo raczej – delikatne sugerowanie przyczyn poprzez obrazowanie skutków.

Biorąc pod uwagę wszystkie te podobieństwa i różnice, mam przypuszczenie, że lepiej
odbiorą „Młodego Ahmeda” widzowie niezaznajomieni z dotychczasowym dorobkiem Dardenne’ów. Stanie się tak pomimo tego – i właśnie dlatego – że na gruncie kinowego doświadczenia jest to film zbliżony do formuły, która pozwoliła Belgom zdobyć ich zasłużoną renomę. Ja sam uważam kilka z ich wcześniejszych dzieł za arcydzieła, a w trakcie tego seansu miałem ambiwalentne odczucia; z jednej strony bowiem opowieść wciąga i emocje się udzielają, z drugiej – w znajomym stylu braci nie ma tu już świeżości i surowości, które nawet w „Dwóch dniach, jednej nocy” były jeszcze ewidentne. Zamiast tego sprawia on tu wrażenie trochę kalkulacji, trochę artystycznego autopilota.
Przy tym wszystkim, to w żadnym razie nie jest zły film, co najwyżej trochę paradoksalny. Ogląda się go z kołaczącymi w głowie wątpliwościami, ale też z zapartym tchem (cieszy mnie wyróżnienie braci za reżyserię, nawet jeśli to jeden z ich słabszych obrazów, a w konkursie pewnie były lepsze od niego). Także samo podjęcie tematu fanatyzmu ma tu dwie strony medalu: wprowadza pewną odmianę w dorobku Dardenne’ów – nigdy wcześniej tak bezpośrednio nie opowiadali o religii – jednocześnie rozwadniając złożoność dylematów, przed którymi stawiają oni swoich bohaterów. Chciałoby się powiedzieć, że w „Młodym Ahmedzie” bohater nie ma wątpliwości, ale ma je widz, podczas gdy dotychczas u twórców “Obietnicy” było odwrotnie.

Na koniec warto zadać pytanie: co film tak naprawdę mówi nam o religijnym radykalizmie? Rozumiem, skąd po stronie twórców z dotykanej atakami terrorystycznymi Europy Zachodniej potrzeba podjęcia tego tematu, który tylko pozornie nie jest w Polsce tak aktualny, jak w Belgii. Widać bowiem wyraźnie, że fundamentalny islam stanowi tu jedynie egzemplifikację radykalnych odłamów jakiejkolwiek religii, co zresztą potwierdzili
bracia na wspomnianej konferencji, zaznaczając, że podobne mechanizmy funkcjonują też w ortodoksyjnym judaizmie czy chrześcijaństwie (i faktycznie, niektóre elementy fabuły wyglądają niepokojąco znajomo w kontekście niedawnych działań polskiego episkopatu).
„Młody Ahmed” nie jest więc przestrogą dla Europejczyków przed islamem, tylko dla
wszystkich ludzi przed każdym fundamentalizmem. W czasach, w których religijni fanatycy rosną w siłę i w wielu państwach dzierżą stery władzy, to przestroga szczególnie cenna. Nawet jeśli artystycznie nie całkiem spełniona.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski
mlody_ahmed_plakat

Młody Ahmed

Tytuł oryginalny: „Le jeune Ahmed”

Rok: 2019

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Belgia

Reżyser: Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne

Występują: Idir Ben Addi, Myriem Akheddiou, Olivier Bonnaud i inni

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 3/5