Pustka domów ze szkła – recenzja filmu „Miłość w Mieście Ogrodów”

Pustka domów ze szkła – recenzja filmu „Miłość w Mieście Ogrodów”

Adam Sikora to doświadczony i wielokrotnie nagradzany autor zdjęć filmowych, jeden z ważniejszych współczesnych polskich operatorów. Jego rygorystyczne, zdyscyplinowane i nierzadko mroczne kadry zdradzają wyraźne znamiona indywidualnego stylu, którym nie raz ratował od katastrofy polskie i zagraniczne produkcje. Rzadziej docenia się Sikorę jako reżysera – a jest także na tym polu całkiem płodnym twórcą. Nie wszystkie jego dzieła trafiają do regularnej dystrybucji kinowej, wypełniając raczej północne ramówki stacji telewizyjnych. Czy słusznie?

„Miłość w Mieście Ogrodów” to piąty długometrażowy film fabularny Adama Sikory i drugi po „Ewie” z 2010 roku wspólny projekt z Ingmarem Villqistem (a właściwie dramatopisarzem Jarosławem Świerszczem). Obaj twórcy są silnie związani z Górnym Śląskiem i sytuują w tym regionie akcję swoich utworów. „Miłość…” opowiada o małżeństwie artystów: architekcie Michale (Ireneusz Czop) i kuratorce sztuki Marcie (Urszula Grabowska). Oboje odnoszą sukcesy w swych specjalizacjach, dobrze zarabiając na realizowaniu pasji, a artystyczne zainteresowania zdradza również ich nastoletni syn, Olek (Łukasz Sikora). Jednak wszystko to jest wyłącznie grą pozorów. Związek bohaterów przeżywa kryzys; Michał wikła się w romans z młodziutką tancerką Julią (Michalina Olszańska), a Marta zdradza męża z przystojnym górnikiem. Oboje ukrywają to przed sobą nawzajem, lecz podskórnie czują, że taka sytuacja nie może trwać długo. Wkrótce Michał i Marta będą musieli zdecydować, którą drogą podążyć, by zrozumieć, co w życiu ważne.

Brzmi banalnie? Zatem przeczytajcie oficjalny zarys fabuły przygotowany przez firmę Spectator: „To historia o wolności, miłości i cenie, jaką trzeba za nie zawsze zapłacić. To obraz ludzi, z których każdy ukrywa głęboko jakąś tajemnicę. To kino political fiction, romantyczne, społeczne i obyczajowe. Wielopłaszczyznowa i wciągająca historia o ludzkich namiętnościach, ambicjach i marzeniach. (…) każdy widz ujrzy [w niej] cząstkę siebie”. Cóż, tym razem dystrybutor wyjątkowo dobrze oddał charakter rozpowszechnianego przez siebie filmu.

Sikora i Villqist próbują zapewne opowiedzieć historię pokolenia czterdziestoletnich ludzi sukcesu u progu XXI wieku. Uśpieni łatwymi zwycięstwami i polegający na przesadzonych opiniach o własnym talencie, uginają się pod ciężarem najmniejszej porażki. Dezorientacja, jakiej doświadczają, obnaża ich słabości, które każą im stanąć w rozkroku między wyżerającym moralny kręgosłup status quo a przeczuwaną koniecznością podjęcia ryzyka, walczącą jednak ze strachem przed stratą dotychczasowego dorobku. I tak trwają oni w impasie, nie dostrzegając, że życie ucieka im przed oczami, a rozziew między ich własnymi poglądami a przekonaniami ich dzieci pogłębia się.

Niestety kończy się na ambitnych zamiarach. Scenarzyści nie potrafią przekazać charakteru postaci, ich sposobu myślenia, pragnień i emocji. Aż za wiele musimy zgadywać – powyższy wywód też jest jedynie przypuszczeniem. Sytuacji nie polepszają nienaturalne, teatralne dialogi. Niby momentami widać, że bohaterom doskwiera emocjonalna pustka i brakuje im uczuć, wyrzuconych gdzieś do śmietnika stojącego przy drodze wiodącej do sukcesu zawodowego. Świadomość własnego tchórzostwa skutkuje jedynie szukaniem łatwych rozwiązań i podtrzymywaniem gry pozorów, byle tylko zaprezentować się godnie w oczach innych. Znów są to tylko domysły. Sikora i Villqist wyraźnie gubią się w ukazaniu przemian bohaterów, bo gdy ci wreszcie decydują się na nieodwracalny krok, nie wierzymy w szczerość ich intencji. Aktorzy starają się nasycić postępowanie postaci jakąś głębią, jednak są tak samo niezdecydowani jak scenarzyści. Niewątpliwie wyróżnia się Ireneusz Czop, swym wyciszonym stylem przekonująco oddający zarówno wysoką samoocenę Michała, jak i późniejsze jego załamanie. Na drugim planie błyszczy, tym razem czymś więcej niż spojrzeniem à la Louise Brooks, Michalina Olszańska, która wyciąga z postaci Julii tyle, ile się da. Niestety nietrafiona wydaje się kreacja Urszuli Grabowskiej, zbyt poważnie podchodzącej do dylematów swej bohaterki.  Warto zauważyć, że pierwotnie obsada filmu miała wyglądać inaczej: Andrzej Chyra jako Michał, Maja Ostaszewska odtwarzająca Martę, a także Tomasz Schuchardt w roli jej kochanka.

Co gorsza, kiepskiego scenariusza nie ratuje reżyseria. Wydaje się, że Sikora i Villqist są zdezorientowani i niepewni niczym napisane przez nich postacie. Ich dzieło zaczyna się jako próba pokoleniowego manifestu, kończy niczym telewizyjny melodramat z lekkim odcieniem tragifarsy, a gdzieś w drugim akcie zamienia się nagle w film erotyczny (co samo w sobie jest ciekawe, gdyż w polskim kinie to gatunek deficytowy). Dokonanie śląskich artystów, powstające od 2012 roku, boleśnie przypomina chybioną wersję „Zjednoczonych stanów miłości”.

Lecz może w tym zagubieniu tkwi metoda. Na swój sposób uwodzą zimne, anonimowe wnętrza futurystycznych domów, gabinetów lekarskich, filharmonii. Bo jeśli coś w „Miłości…” wyszło, to na pewno strona wizualna. Sikora jest jak zwykle perfekcyjny w komponowaniu kadrów, zestawianiu kolorów i opowiadaniu kamerą. Takie zdjęcia chciałby mieć w swoim filmie każdy młody polski reżyser. Zapadają w pamięć duże zbliżenia czy sceny, w których bez słów dokonują się kluczowe wydarzenia. Scenografia dobrze oddaje stan ducha postaci: nowoczesne, na swój sposób monumentalne budynki zbudowane z brył przecinających się pod prostymi i ostrymi kątami, konstrukcje złożone z pojedynczych elementów niczym klocków towarzyszą początkowym scenom klarownego i uporządkowanego świata bohaterów. Światła jest dokładnie tyle, ile go potrzeba; uwypukla wtedy kontury budowli, sadowiąc je mocno na ziemi. Nawet samochody są zaparkowane jak od linijki. Z biegiem akcji bohaterowie częściej pojawiają się w innych wnętrzach: zadymionych piwnicach oświetlonych przez ciepłe żółcie i czerwienie, pomieszczeniach o niedookreślonych konturach, pozbawionych okien – lub też w wyśnionej przez Michała zabytkowej, zaniedbanej kamienicy, promieniującej ostrą poświatą dobywającą się ze ścian. Meble stają się zaniedbane, otwory okienne wypełnione spróchniałymi ramami, a schody trzeszczą i uginają się. Bohaterowie nie czują się już bezpiecznie.

Strona wizualna odsyła do refleksji nad naturą sztuki. Snuta przez Sikorę i Villqista opowieść rozgrywa się w środowisku twórców, a działalność artystyczna to częsty temat rozmów. Refleksje te można sprowadzić do banalnego wniosku, że w sztuce ważne jest podążanie za głosem serca, zaangażowanie emocjonalne. Warto wierność sobie stawiać wyżej niż polityczną poprawność i wpisywanie się w przyjęte trendy. Problem w tym, że Michał i Marta zapomnieli już, jak to się robi. Życie uczuciowe i zawodowe, miłość i sztuka są układem naczyń połączonych, pozostają ze sobą w nierozerwalnym związku. Projekty architektoniczne, którymi Michał wygrywał prestiżowe konkursy, były nowoczesne, funkcjonalne i opłacalne, lecz pozbawione duszy, gdyż bohater sam zapomniał, jak to jest kochać – zarówno drugiego człowieka, jak i własne dzieła. W czasach swej młodości był zapewne tak samo szczerze oddany sztuce jak tancerka Julia czy zespół muzyczny Olka (na marginesie, w tej roli wystąpił synthpopowy duet The Dumplings, odpowiadający za udaną ścieżkę dźwiękową „Miłości…”). Niestety również w tej materii Sikora i Villqist nie zdobywają się na błyskotliwość, a ponadto znacznie popularniejsze „Serce miłości” Łukasza Rondudy opowiedziało o sztuce współczesnej w czytelniejszy emocjonalnie i głębiej przemyślany sposób.

„Miłość w Mieście Ogrodów” to produkcja przyjemna wizualnie, ale wtórna, banalna i pretensjonalna. Przede wszystkim widzowi trudno jest zidentyfikować się z bohaterami, a ich postępowanie wydaje się niezrozumiałe. Nawet jeśli pustka i emocjonalny dystans są zamierzone, to rażą słabości scenariusza i wyraźnie brakuje reżyserskiej skrupulatności gotowej wynieść marny tekst na akceptowalny poziom. Będąc niewątpliwą ucztą dla oka, stanowiącą kolejną cegiełkę do dorobku uzdolnionego autora zdjęć, dzieło Sikory i Villqista przypomina jednocześnie nowoczesny gmach, wzniesiony tanim kosztem w miejscu zupełnie do tego nieprzeznaczonym, który przykuwa uwagę, lecz nie spełnia swojej funkcji. Na szczęście słabości polskiego kina jeszcze lepiej pozwalają docenić jego mocne strony. Zachęcam więc do seansu… innego filmu.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

Miłość w Mieście Ogrodów

Tytuł oryginalny: Miłość w Mieście Ogrodów

Rok: 2017

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Adam Sikora, Ingmar Villqist

Występują: Ireneusz Czop, Urszula Grabowska, Michalina Olszańska i inni

Dystrybucja: Spectator

Ocena: 2/5