Podczas tegorocznego festiwalu w Cannes (prognozy i oczekiwania całej redakcji zobaczysz TUTAJ) będziemy mieli okazję zobaczyć po pięcioletniej przerwie kolejny film Michaela Haneke – austriackiego reżysera, który przez ostatnie dekady dał się poznać, jako genialny w swej przenikliwości, często kontrowersyjny demaskator ludzkich instynktów, hipokryzji i kłamstw oraz zawsze potrafiący trafić w samo sedno i dotrzeć do najgłębszych zakamarków ludzkiego umysłu. Dwukrotny zdobywca Złotej Palmy i dodatkowo jednej za reżyserię, niemal żywa legenda festiwalu w Cannes i autor prawdopodobnie najbardziej oczekiwanego filmu w tegorocznym konkursie głównym - "Happy End".

Przy wszystkich wyżej wymienionych kwestiach może dziwić fakt, jak późno Haneke dołączył do filmowej czołówki. Swój pierwszy film kinowy nakręcił dopiero w wieku 47 lat, wcześniej zajmując się tworzeniem jedynie telewizyjnych produkcji. Pierwsza z nich, "After Liverpool", na podstawie sztuki Jamesa Saundersa powstała w roku 1974 i jest jedynym filmem z filmografii Austriaka, do którego nie napisał on scenariusza. W ciągu kolejnych piętnastu lat Haneke nakręcił jeszcze siedem filmów dla niemieckiej i austriackiej telewizji, aż w końcu zadebiutował filmem kinowym, czyli "Siódmym kontynentem". Historia rodziny S. która nagle decyduje się porzucić swoje dotychczasowe życie i wyjechać do nieodkrytej jeszcze tytułowej krainy jest arcydziełem kina psychologicznego (reżyser studiował między innymi psychologię). Mocny klimat depresji, apatii, która kieruje rodzinę ku autodestrukcji udziela się też widzowi i pozostawia po seansie z poczuciem całkowitego zdewastowania.

Kolejnym kinowym projektem Hanekego był jeden z najlepszych, a z pewnością najbardziej szokujących filmów w karierze reżysera (a w przypadku twórcy, który każdym obrazem mniej, lub bardziej szokuje, to spore osiągnięcie), czyli "Wideo Benny’ego". Opowieść o nastolatku, który opanowany przez filmy wideo zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością do tego stopnia, że nagrywa na taśmie swoją własną zbrodnię, wstrząsnęła krytyką i widownią. Ukazanie przemiany nastolatka z bogatej rodziny w zimnego, nieczułego socjopatę wyróżnia się minimalizmem zastosowanych środków, które wywodują jednak bardziej wstrząsający efekt. Największe wrażenie film wywołuje jednak poszerzając perspektywę wydarzeń na otoczenie Benny’ego i ukazując jaki wpływ wywiera jego czyn na najbliższej rodzinie. Surowość formy i brak muzyki tylko potęguje odczucia sprawiając , że inny film o podobnej tematyce, czyli amerykańskie "Musimy porozmawiać o Kevinie" wypada bardzo blado.

Film, który sprawił, że nazwisko Haneke stało się naprawdę głośne powstał w 1997 roku. "Funny games" to okrutny żart reżysera, który udowadnia odbiorcom ich lubowanie się w oglądaniu przemocy. Historii przeciętnej rodziny, która podczas wypadu za miasto pada ofiarą dwójki nastolatków nie sposób na drugi dzień zapomnieć (a wielu prawdopodobnie pozostanie ona w pamięci do końca życia). Chłodna beznamiętna narracja jeszcze bardziej wpływa na odbiór, a reżyser co jakiś czas podkręca poziom drastyczności na jeszcze wyższy poziom. Długie, szczegółowe sceny tortur na parze dorosłych i ich dziecku mają przekonać widza do przerwania seansu, ale przecież każdy czeka na zakończenie. Zakończenie, które jest ostatecznym upokorzeniem dla widza i udowodnieniem, że choć wszyscy potępiają przemoc i podobne zbrodnie, to nie mają jednak nic przeciwko oglądaniu ich na ekranie, a reżyser w ostatniej scenie wydaje się szyderczo ze wszystkich śmiać. Jak sam Haneke powiedział producentowi filmu Veitowi Heiduschce, jeśli "Funny games" okaże się sukcesem, to tylko dlatego, że ludzie nie zrozumieją jego przesłania. Chyba nikt inny nie zdobył by się na podobne wyznanie.

Gdy Juliette Binoche napisała do reżysera, że chciałaby z nim pracować, ten rozpoczął prace nad kolejnym projektem, którym okazał się "Kod nieznany". Film okazał się serią epizodów o kilkorgu ludzi, których losy przeplatają się ze sobą, lub wpływają na siebie nawzajem. Efekt jest jednak diametralnie inny od podobnych dzieł typu "Miasto gniewu", "21 gramów", czy "Magnolia". Rzucone chaotycznie i bez ładu fragmenty różnych wątków, ekstremalnie długie, pozbawione jakiejkolwiek ścieżki muzycznej ujęcia stanowią ogromne wyzwanie dla widza zarówno pod względem interpretacji, jak i samego odbioru.

 

Pierwszy duży sukces Haneke osiągnął swoim kolejnym filmem, czyli nagrodzoną Grand Prix Festiwalu w Cannes "Pianistką". Film opowiada o pogrążającej się w autodestrukcyjnych skłonnościach nauczycielki gry na fortepianie, która wdaje się w romans ze swoim studentem. Reżyser nie stroni jak zwykle od drastycznych momentów, a psychologia głównej postaci i jej relacji z dużo młodszym kochankiem zostaje jest bardzo wiarygodna, co zaowocowało także dwiema Złotymi Palmami dla obojga głównych aktorów – Isabelle Hupert i Benoît Magimela.

Dwa lata później powstał bardzo niedoceniony "Czas wilka". Hanekenowskie spojrzenie na świat po (nieokreślonej w filmie) apokalipsie jest jednym z najciekawszych dzieł w tym gatunku i choć reżyser poszedł tym razem kilka razy na kompromis i złagodził swój wybitnie nieprzystępny styl, to nadal "Czas wilka" pozostaje jedną z najbardziej dogłębnych analiz ludzkich zachowań w obliczu zagłady cywilizacji i można ją postawić obok takich filmów jak "Threads" Micka Jacksona, czy "Poranny patrol" Nikosa Nikolaidisa. Sam Haneke podobno uważa ten film za nieudany, ja jednak należę do jego zwolenników.

Prawdziwe pasmo nieprzerwanych i trwających do dziś sukcesów Austriaka rozpoczęło "Ukryte". Film o małżeństwie prześladowanym przez nieznanych sprawców za pomocą kaset wideo zdobyło w Cannes Nagrodę FIPRESCI, Nagrodę Jury Ekumenicznego, a sam Haneke został uhonorowany Złotą Palmą za reżyserię. Klasyczne dla twórcy zimno narracji filmu wywołuje nieznośny i ciągły niepokój, wnioski pozostają niejednoznaczne, obracając się w sferze domysłów i spekulacji, a nagłe wybuchy przemocy podczas wielominutowych statycznych ujęć szokują i nie dają się wyrzucić z pamięci przez długi czas. Mimo wielu wcześniejszych nagród i nominacji, to właśnie "Ukryte" wyniosło Michaela Hanekego do filmowej elity, w której pozostaje do dziś.

Zanim twórca zabrał się za kolejny oryginalny projekt, zrobił coś, co nie zdarza się często w świecie kina, czyli zrobił anglojęzyczny remake swojego własnego filmu. Kadr w kadr powtórzył to, czego dokonał już dziesięć lat wcześniej, czyli zadrwił z widowni kręcąc "Funny games U.S". Dlaczego to zrobił? Postanowił bowiem udowodnić to, co w przypadku austriackiej wersji (tylko, że na dużo większą skalę, bo czy istnieje większy rynek filmowy, niż amerykański?). Że tak naprawdę uwielbiamy ekranową przemoc, choćbyśmy i oglądali rekonstrukcje prawdziwych wydarzeń. Udowadnia nam, że skłonności do przemocy są w każdym z nas, a granice wytrzymałości są jedynie kwestią przyzwyczajenia.

Dwa lata później, w 2009 roku film "Biała wstążka" powtórzył sukces "Ukrytego" wygrywając Złotą Palmę, tym razem dla najlepszego filmu i ponownie nagrodę FIPRESCI. Najdłuższy dotychczas obraz twórcy "Funny games" (trwający prawie 2,5 godziny) przedstawia zbliżenie na życie niemieckiej społeczności tuż przed wybuchem I wojny światowej ukazane oczami uczniów jednej ze szkół w małej protestanckiej miejscowości na północy Niemiec. Haneke analizuje tu skutki surowego i pozornie religijnego modelu wychowania dzieci przez rodziców, który to uzyskuje efekt przeciwny do zamierzonego i daje podwaliny narodzin systemu, który wpłynie za kilkadziesiąt lat na losy świata, czyli nazizmu. Brak uczuć i wszechobecny chłód zostaje podkreślony dzięki czarno-białej formie i oczywiście stylowi reżyserii Hanekego.

W 2012 w Cannes premierę ma "Miłość" (kolejna Złota Palma) – film o starszym małżeństwie wystawionym na wielką próbę. Żona Anne doznaje udaru i wymaga ciągłej opieki, którą do końca sprawuje nad nią mąż. Przede wszystkim, to chyba pierwszy film Hanekego, który choć posiada tą samą, tożsamą dla reżysera chłodną narrację, ma w sobie mnóstwo uczucia. Tytuł obrazu nie jest tylko pustym słowem i twórca zdaje sobie z tego sprawę. Miłość męża do żony widać we wszystkim co robi, w poświęceniu i trwaniu przy coraz bardziej niedołężnej kobiecie. Przede wszystkim jest to film do bólu prawdziwy, nie wygładzony, bez wygłaszania ckliwych kwestii, po prostu całkowicie życiowy. Ileż to podobnych obrazków widzielibyśmy, gdyby ściany naszych mieszkań były przezroczyste? Takie historie zdarzają się bez przerwy, wszędzie, na całym świecie i smutno jest utwierdzać się w przekonaniu, że człowieka na starość czeka właśnie coś takiego. Wniosek tego filmu, jak i całej twórczości Hanekego jest prosty – lepiej nie będzie.

Podsumowując, austriacki filmowiec wypracował przez lata swój unikalny styl, na który składają się bardzo długie, często statyczne ujęcia, a to, co często najistotniejsze rozgrywa się na krawędzi kadru, albo w ogóle poza nim. Haneke bardzo często nie daje nam oglądać najważniejszych momentów, ale pozwala nam słuchać, co pobudza wyobraźnię i podsuwa nam najokropniejsze obrazy, gdy jedyne co widzimy, to pusta odrapana ściana i przeraźliwe krzyki gdzieś poza zasięgiem wzroku. Przenikliwe zimno i chirurgiczna precyzja Austriaka zdobyła mu zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników. Nie można jednak zaprzeczyć, że pod względem spostrzegawczości i zdolności analizy nie ma sobie równych. To twórca niesamowicie inteligentny, okrutnie wyrachowany i absolutnie bezlitosny w swoich konkluzjach. Każdy jego kolejny film to wielkie wydarzenie w świecie kina, ponieważ Michael Haneke jest kimś, kto po prostu robi różnicę.

Robert Olbrychowski