Pieśń pozostaje ta sama – recenzja filmu „Melodia życia” – Pięć Smaków

Pieśń pozostaje ta sama – recenzja filmu „Melodia życia” – Pięć Smaków

Poznali się ciepłego letniego wieczora. Cicha wioska, idylla nastoletnich marzeń. Pierwszy taniec, wymiana uśmiechów. Czas się zatrzymał – a gdy nagle przyspieszył, rzeczywistość była już całkiem inna. Obóz pracy, głód, śmierć, niepewność jutra. Co im pozostało? Wspomnienia, historia, piosenka.

„Melodia życia”, wspólne dzieło Soka Visala i wykształconej w Ameryce debiutantki, Caylee So, rozgrywa się na trzech planach czasowych. Obraz Kambodży rozpisany na lata 1968, 1976 i 2007 to przeplatające się wątki ukazujące kraj w trzech różnych momentach: u schyłku rządów Norodoma Sihanouka, w początkach krwawego terroru Czerwonych Khmerów i współcześnie, gdy droga do modernizacji przebiega w cieniu kolejnej kadencji premiera Hun Sena. Trzydziestoletnia Hope (Ellen Wong), Amerykanka khmerskiego pochodzenia, przybywa do Kambodży, by zobaczyć ziemię przodków i poznać skomplikowaną historię swej rodziny. Kluczem do jej zrozumienia staje się piosenka towarzysząca rodzicom Hope w najważniejszych chwilach ich wspólnego życia.

Masato, bohater „Ramenu. Smaku wspomnień” Erica Khoo, przygotowuje danie czerpiące z dorobku dwóch kultur, by nawiązać kontakt z krewnymi i odnaleźć więź z tradycjami przodków. Hope w „Melodii życia” nie rozstaje się z gitarą, by połączeniem zachodniej i dalekowschodniej muzycznej wrażliwości zaleczyć dziedziczną traumę jednostek skrzywdzonych przez Historię. Połączenie dwóch pierwiastków prowadzi do zaakceptowania losów rodziny i umożliwia odnalezienie własnej tożsamości. Kanwą, na której splatają się losy jednostek i kraju, językiem wymiany uczuć pokonującym bariery lingwistyczne staje się muzyka. Podczas gdy w „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego kolejne aranżacje pieśni „Dwa serduszka, cztery oczy” oddają zmiany politycznych i artystycznych wichrów targających Europą, w „Melodii życia” piosenka powraca stałym refrenem, stając się nośnikiem międzypokoleniowej i narodowej pamięci.

Wybrana przez twórców ballada „Champa Battambang”, jedna z tysiąca (!) kompozycji Sinna Sisamoutha (będącego zresztą drugoplanowym bohaterem „Melodii życia”), to szlagier pochodzący z filmu pod tym samym tytułem z 1965 roku, a jej wykonanie przez autora było pierwszą audycją wyemitowaną przez Khmerską Telewizję Publiczną. Ten list miłosny opłakujący odejście ukochanej odnosi się też szerzej do tęsknoty za tym, co bezpowrotnie stracone (tytułowe Battambang to miasto i prowincja w Kambodży). W produkcji So i Visala ballada Sisamoutha staje się łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością, świadectwem spokojnych czasów, ale też nostalgicznym przypomnieniem lat terroru, których nie można wypierać z pamięci. Podczas gdy pieśń pozostaje ta sama, każdy z planów czasowych zyskuje inną oprawę wizualną. Rok 1968 widzimy w ciepłych, skąpanych w złocie kadrach w formacie 16:9, wieczornych ujęciach promieniujących rodzinnym ciepłem i bezpieczeństwem. Gdy akcja przenosi się do obozu pracy przymusowej, żelazna ręka Angkaru zawęża perspektywę do formatu 4:3 i pozbawia kolory nasycenia. Wreszcie plan współczesny – bardziej zróżnicowany kolorystycznie, lecz nie tak barwny jak rok 1968 (skutki wojny domowej nadal dają o sobie znać), sfilmowany w szerokim formacie 2.35:1, z wyraźnie nowoczesnym sznytem.

W snach Hope obserwuje wydarzenia z życia swoich rodziców – te retrospekcje są zatem jej osobistą wizją przeszłości. Sposobem, w jaki radzi sobie z rodzinnym dziedzictwem, budując narrację na zasadzie zderzenia dobra i zła. Nadzwyczaj okrutna historia Kambodży usprawiedliwia jednak taką polaryzację. Z wielką trudnością bowiem przychodzą próby zrozumienia reżimu, bezwzględną inżynierią społeczną doprowadzającego do śmierci jednej czwartej obywateli i cofającego kraj w każdym aspekcie o stulecie wstecz. Po latach liczą się może jedynie małe gesty człowieczeństwa, jakich nie zdusiło wcielone zło nieludzkiego systemu. Łyżka strawy, życzliwe spojrzenie, dotyk, a może nawet płynące prosto z serca słowa starej piosenki.

Melancholijny ton „Melodii życia” mógłby czysto wybrzmieć wyłącznie w przypadku zupełnej szczerości intencji. I na szczęście przez większość seansu odnosi się wrażenie, że dramaturgiczne uproszczenia, a jest ich niestety sporo, nie mają na celu emocjonalnego szantażu, nie są chłodno wykalkulowane, a stanowią świadectwo prawdziwego zaangażowania twórców. Uwierają pewne artystyczne kompromisy, jak choćby konwencjonalny wątek miłosny obywający się bez jednego pocałunku (pamiętajmy, że pierwsza scena nagości w kambodżańskim kinie to dopiero rok 2006) czy wizja państwa w XXI wieku pozbawiona jakiegokolwiek kontekstu politycznego, przypominająca wręcz mały raj na ziemi. Mimo tego film pokazuje, że w temacie zbrodni Czerwonych Khmerów kambodżańska kinematografia nadal ma dużo do powiedzenia i pozostaje tylko mieć nadzieję, że ta skromna produkcja w jakiś sposób przebije się przez falę tamtejszych folk horrorów, komedii i melodramatów – kina gatunkowego, które odnosi największe sukcesy komercyjne.

„Melodia życia” jest chwilami naiwna, ale niewątpliwie urzekająca. Przekazuje uniwersalną prawdę o bagażu historii niesionym przez pokolenia, o pamięci i o tym, że mimo tragicznych przeżyć trzeba po prostu żyć dalej. Najlepiej z muzyką w sercu.

 

Kambodżańska scena muzyki popularnej była niepowtarzalną, eklektyczną mieszanką wpływów rodzimych i zachodnich. Gdy w latach 50. kraj wkroczył na drogę niepodległości, dzięki kontaktom z Francją i Stanami Zjednoczonymi wchłaniał kolejne nowe prądy artystyczne. Norodom Sihanouk, sam przecież kompozytor i reżyser, otwarcie zachęcał miejscowych twórców do łączenia estetyki khmerskiej muzyki ludowej (z gatunkami takimi jak rom vong czy rom kbach) i nurtów wprost z Europy, USA, Ameryki Łacińskiej. Czasy monarchii (1953-1970) to niespotykany na Półwyspie Indochińskim rozkwit wszelakich stylów, od różnych odmian jazzu, przez europejski pop, amerykański rock and roll, po rock garażowy i psychodeliczny. Ludzie sztuki zyskali w tym czasie nie tylko ogromną popularność, ale i prestiż związany z aprobatą władz.

Okres proamerykańskiej Republiki Khmerów (1970-1975), powstałej po obaleniu Sihanouka przez generała Lon Nola, zaznaczył się rosnącym wpływem dokonań artystów z USA, dalszą eksploracją gatunków takich jak rock garażowy, hard rock czy nawet proto-punk, popularnością funku i soulu. Muzyka była w tym czasie nie tylko rozrywką – niosła też ważne przesłanie społeczne. Piosenkarki zwracały uwagę na nierówne traktowanie kobiet w konserwatywnym społeczeństwie, a teksty utworów często wykraczały poza tematy miłosne, podważały zwyczajowe role społeczne kobiet i mężczyzn, opisywały warunki życia biedniejszych środowisk, nie uciekały od tematów politycznych. Zapoczątkowane jeszcze w latach 50. odważne sięganie po wpływy ludowe najbardziej charakterystyczny efekt przyniosło w stosowanym instrumentarium, skali, a przede wszystkim w chętnym pozostawaniu przy tradycyjnej technice wokalnej, zwanej „głosem duchów”.

To kwitnące środowisko artystyczne stało się ofiarą rządów Czerwonych Khmerów (1975-1979) i ich wojny z „obcą kulturą”. Kambodżańska muzyka popularna została pogrzebana na polach śmierci. Tam właśnie leżą mistrzowie pokroju Sinna Sisamoutha, którego osiemnastoletnia kariera przetrwała wszystkie zmieniające się mody, zyskując mu przydomek Króla Khmerskiej Muzyki. W bezimiennym grobie spoczywa Ros Serey Sothea, zwana Królową o Złotym Głosie, Pen Ran, Yol Aularong i wielu innych czołowych artystów. Nagrania z ich twórczością spalono. Przypadkowe odkrycie przez amerykańskiego turystę na pchlim targu w Siem Reap cudem ocalałych, nieopisanych taśm, a następnie wydanie ich w ograniczonym nakładzie w USA w 1996 roku jako składanki „Cambodian Rocks”, było pierwszym krokiem do przypomnienia tej nowatorskiej, oryginalnej sceny zagranicznym melomanom. Soundtrack do filmu Matta Dillona „Miasto duchów” (2002), a przede wszystkim znakomity dokument „Rock’n’roll i Czerwoni Khmerzy” Johna Pirozziego (2014) sprawiły, że kambodżański pop i rock zyskał popularność i należne uznanie. Wydaje się jednak, że nadal niewystarczające – dlatego tak cieszą projekty pokroju „Melodii życia”.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

Melodia życia

Tytuł oryginalny: In the Life of Music

Rok: 2018

Gatunek: melodramat, muzyczny

Kraj produkcji: Kambodża / USA

Reżyser: Caylee So, Sok Visal

Występują: Ellen Wong, Sreynan Chea, Vannarith Phem i inni

Ocena: 3,5/5