Krwawa zemsta – recenzja filmu „Mandy”

Krwawa zemsta – recenzja filmu „Mandy”

Kiedy w 2010 roku nieznany twórca Panos Cosmatos wypuścił na festiwalowy świat filmowy swoje debiutanckie dzieło "Beyond the Black Rainbow", od razu wiadomo było, że do czynienia ma się z kinem w pełni autorskim, gdzie miłość do sztuki filmowej wyczuwalna jest w każdej klatce obrazu. Oniryczny obraz sci-fi, choć niejasny fabularnie, zachwycał oprawą audiowizualną oraz niepokojącą, transową atmosferą. Na kolejne dzieło Cosmatosa trzeba było czekać osiem lat. Można powiedzieć, że wraz z powrotem Panosa do filmowego świata nastąpiło aktorskie zmartwychwstanie Nicolasa Cage’a, który wydaje się wręcz stworzony do odegrania głównej roli w tym dziwacznym kinie zemsty o jakże prostym tytule "Mandy". Osiem lat czekania. I wiecie co? Warto było.

W pierwszych scenach filmu widzimy Reda o twarzy Nicolasa Cage’a, który w pocie czoła pracuje przy wycince drzew. Wyblakłe kolory, grube ziarno nałożone na obraz i wypalające oczy jaskrawoczerwone napisy początkowe. Spokojny powrót do domu w rytm muzyki King Crimson “Starless” (swoją drogą, doskonały wybór). Dalej poznajemy tytułową Mandy – w tej roli Andrea Riseborough, której postać momentami wygląda bardziej jak zjawa niż człowiek z krwi i kości. Gdzieś pośrodku lasów i gór para ta stworzyła sobie idylliczne schronienie przed przesiąkniętym złem światem wykreowanym przez Cosmatosa.

Początkowe ujęcia są stonowane, powolne, wręcz celebrujące spokojne i sielankowe życie Mandy i Reda. Ten arkadyjski porządek jest tylko pozorny, nie może trwać wiecznie. Cosmatos z pietyzmem kreuje halucynogenną atmosferę, przestylizowując kolorystycznie kolejne ujęcia w taki sposób, że nie jesteśmy pewni, czy to co widać w danej klatce obrazu to sen czy rzeczywistość. Złowieszcza atmosfera jest sukcesywnie pogłębiana z każdą minutą – czy to przez martwe ciało młodej sarenki pośrodku lasu, czy przez historię Mandy o jej ojcu mordującym ptaki na jej oczach. Minimalistycznie odegrana przez Riseborough postać jest zjawiskowa, ale też równie tajemnicza co niepokojąca – nietrudno się dziwić, że przykuła uwagę lidera okolicznej sekty, który po przelotnym spotkaniu z dziewczyną pragnie wejść w jej posiadanie.

Wezwane zostają żywiące się krwią człekokształtne monstra na motorach (dosłownie!), które mają uprowadzić dziewczynę na rzecz wspomnianej sekty. Scena porwania Mandy to audiowizualny majstersztyk, albowiem twórca do perfekcji opanował operowanie napięciem, światłem i kolorami. Jest to również moment, kiedy zdajemy sobie sprawę, że wizja Cosmatosa jest totalna. Jego najnowsze dzieło to nastawiony na przeżywanie koszmarnego snu film, którego kolorowe i przejaskrawione kadry mogą budzić skojarzenia z kinem Nicolasa Winding Refna. O ile Duńczyk w swoich obrazach kreuje sceny z chirurgiczną precyzją zarówno od strony scenografii, jak i użytych barw, o tyle Cosmatos oferuje brud i chaos, potęgujący szaloną atmosferę wydarzeń na ekranie.

Jest taka scena, w której grany przez Cage’a Red wraca do domu po pierwszym krwawym spotkaniu z sektą. Uszedłszy cudem z życiem, skąpany we krwi, poraniony, odziany wyłącznie w majtki i T-shirt sięga po butelkę wódki. Polewając rany alkoholem i pociągając raz za razem kolejne łyki z butelki krzyczy i płacze – trudno powiedzieć, czy to cierpienie w wyniku otrzymanych ran, czy przejaw psychicznego złamania. Wściekłość i ból nie opuści już twarzy Reda do końca seansu, a sam Cage odgrywa swoją postać bezbłędnie. Z własnoręcznie wykutym toporo-mieczem wyrusza na krwawą wendetę, która prowadzi przez najmroczniejsze zakątki piekła. Z każdym kolejnym starciem na swej mściwej drodze ilość krwi na twarzy Reda rośnie wprost proporcjonalnie do widoczności obłędu w jego oczach. A wyborny pojedynek na piły mechaniczne to kwintesencja stylowego kiczu i jawnych inspiracji kinem klasy B, z którego czerpie Cosmatos. Podkreślę – zakrwawiony i zagubiony w mściwym szale Nicolas Cage walczy na piły mechaniczne z członkiem szalonej sekty. Tak, to wygląda tak dobrze jak brzmi.

Na koniec tylko wspomnę, że audiowizualny koszmar w „Mandy” nie robiłby takiego wrażenia bez wspaniałej muzyki Jóhanna Jóhannssona. Dudniące, przeszywające dreszczem elektroniczne pejzaże tworzą soundtrack, który wraz z fantasmagorycznymi wydarzeniami na ekranie będzie spędzać sen z powiek jeszcze jakiś czas po seansie.

Panos Cosmatos na przestrzeni prawie całej dekady nakręcił zaledwie dwa filmy. Mroczne, psychodeliczne przeżycia czerpiące garściami z kina klasy B dają wyraz prawdziwej miłości reżysera do X muzy. Wizja kreowana przez Cosmatosa jest konsekwentna, bez wątpienia twórca wie, czego chce i nie boi się realizować swoich pomysłów. Potrzeba więcej takich filmowców. Albo po prostu więcej filmów Panosa!

Przemek Polak
Przemek Polak
Mandy plakat

Mandy

Rok: 2018

Gatunek: Horror

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Panos Cosmatos

Występują: Nicolas Cage , Andrea Riseborough i inni

Ocena: 4/5