"Made in Hong Kong", reż. Fruit Chan

Ocena: 4,5/5

20 lat po premierze, „Made in Hong Kong” nie traci na mocy. Film jest swoistym antidotum na przemysł filmowy Hong Kongu opanowany do końca lat 90. przez chińskie Triady.

Młodzik o ksywce „Autumn Moon” tkwi w świecie, gdzie nastolatkowie pozostawieni sami sobie rzucają szkołę i zarabiają wykonując brudną robotę zleconą przez gangi. Zmarginalizowani żyją intensywnie i umierają młodo. Dorośli są nieobecni, przytłoczeni rzeczywistością uciekają od problemów. W osieroconych sercach narasta potrzeba poradzenia sobie z własnym życiem, a bezsilność tylko rodzi zniecierpliwienie i gniew.

Film zyskuje drugie dno, gdy „Moon” dostaje dwa zakrwawione listy pochodzące od zmarłej Susan i poznaje Ping, która choć śmiertelnie chora, jest pogodzona ze swoim losem. Te wydarzenia nastrojone refleksyjnie pomagają przyhamować rozbiegane i rozsadzane dynamiką kadry. Odwaga i siła przebijająca przez dwie diametralnie różne postawy mocno pobudzają podświadomość bohatera, tak, że zakochuje się w obu dziewczynach. W tym momencie film przechodzi płynnie w wzruszający w swej szczerości melodramat z posmakiem kina spod znaku „Triad”.

Mimo, że czuć sprzeczność wobec przestępczych poczynań niedorostka to intymna sytuacja obcowania w świecie targanym porywami serca zbliża nas do zagubionego chłopaka z każdą minutą. Nie spotkałam się wcześniej z tak żywo poprowadzoną narracją w filmie „coming-of-age”, wypełnionym po brzegi młodzieńczą energią i intensywnością przeżyć.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska