Zatrzymać zegar – recenzja filmu „Louise nad morzem”

Zatrzymać zegar – recenzja filmu „Louise nad morzem”

Wielka szkoda, że “Louise nad morzem”, animacja stworzona przez Jeana-Françoisa Laguionie, nie ma szans dotrzeć do szerszej publiczności. Francuski film wpisuje się bowiem w nurt wybitnych przedstawień tematu starości, przemijania, pamięci. Obok “Coco” i “BoJacka Horsemana” żaden inny tekst kultury nie dotykał tak celnie tych zagadnień.

W pierwszym momencie “Louise nad morzem” jawi się jako nostalgiczna podróż do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przez ekran przebiegają pocztówki z widokami nadmorskiego kąpieliska (zapewne niejedna francuska babcia na strychu trzyma podobne skarby). Urlopowicze, odziani w jednoczęściowe stroje kąpielowe i czepki, kryją się przed słońcem pod parasolami, rondami kapeluszy i w cieniu domków plażowych. Gdzieniegdzie paradują eleganccy dżentelmeni w zapiętych pod szyję garniturach. Dostojne towarzystwo umila sobie czas grą w badmintona i siatkówkę. Rodziny otaczają, niczym Indianie westernowe dyliżanse, kosze piknikowe wypełnione smakołykami. Powracają tym samym obrazy znane z dawniejszego filmu Laguionie, “La demoiselle et le violoncelliste”. Tam para kochanków zbiegła od gwaru podobnego zgromadzenia i postanowiła poszukać zaciszniejszego zakątka. Francuski animator zastawia jednak zręczną pułapkę i szykuje woltę. Kiedy kamera zbliża się do jednej z kartek pocztowych, złote czasy zostają zastąpione współczesnymi. Lądujemy zatem na tej samej, normandzkiej plaży, ale ludzie są poubierani w odważniejsze stroje, szukający opalenizny, jakby mniej kostyczni, swobodni.

Na tej miejskiej pustyni, w pewnym oddaleniu, zmęczona rejwachem kurortu, rozkokosiła się Luiza. Skroń oprószona siwizną zdradza, że kobieta powraca po raz kolejny w znajome, wakacyjne strony. Staruszka gdera na młodych, ale z pewną przyjemnością obserwuje ich spektakl tężyzny fizycznej. Prężące się pół-nagie ciała, błyszczące od oliwki i promieni słonecznych, odbijają się w jej zmęczonych oczach. Już za chwileczkę, już za momencik, będzie trzeba wracać do miasta, do szarości dnia. Letnisko wyludni się w okamgnieniu, walizki, plecaki, pakunki, puzderka zostaną skrzętnie upakowane do pociągu, a ich właściciele rozsiądą się w odpowiednich przedziałach. Według tradycji, ostatnim składem kolejowym planuje odjechać również Luiza. Fatum, pech, a może po prostu felerny mechanizm kuchennego zegara zdecydują, że nasza bohaterka przybędzie na stację tak późno, że zdąży zobaczyć tylko siwy dym kolejki gnającej do Paryża. Według zasad baśniowej rzeczywistości oznacza to, że będzie uwięziona w miasteczku aż do kolejnego sezonu letniego.

Reżyser tym samym powraca do motywu opustoszałego miasta, znanego z nagrodzonego w 1969 roku na Krakowskim Festiwalu Filmowym “Une bombe par hasard…”. Następujące po sobie kadry tworzą kronikę wypadków, tym boleśniejszą, iż czuć niemal obecność mieszkańców, którzy zniknęli bez śladu. Fotel bujany nadal pozostaje w swoim tradycyjnym, kojącym tańcu. Kranu ktoś nie dokręcił, więc woda zalewa okoliczne kwartały trotuaru. Ptak jak oszalały miota się w klatce, być może przebudzony z letargu nagłą ucieczką właściciela. Na stole niedokończony obiad, przewrócony kieliszek sugeruje pośpiech biesiadników. Stoliki w kasynie czekające z taliami rozdanych kart na powrót hazardzistów. Na gramofonie obraca się płyta, już bez muzyki, ale pracująca nadal igła zdradza, że jeszcze kilka minut temu ktoś tańczył obok charlestona. Dawny gwar miasteczka ewokują liczne otwarte okiennice, którymi teraz bawi się wiatr, i kosze pełne śmieci, służące za stołówkę dla gołębi.

Protagonistka zostaje skazana na samotność, co Laguionie wykorzystuje być może zbyt nachalnie wykazując paralele z “Przypadkami Robinsona Kruzoe”. Odosobnienie rozbitka zestawia z przymusowym wydłużeniem urlopu. Kobieta, podobnie jak angielski żeglarz, buduje sobie domostwo, a wszak ma pod bokiem kwater co niemiara. Morze dostarcza pożywienia, resztę potrzeb zapewnia wyludnione zabudowania municypalne. Za Piętaszka robi tutaj pies Pepper (do złudzenia z poczciwego pyska podobny do Michaela Lonsdale’a), który o dziwo ma więcej do powiedzenia (tak ten psiak gada jakby była Wigilia) i zrobienia niż niedoszła ofiara ludożerców z powieści Defoe. Odosobnienie Luizy i jej walka o przetrwanie jawi się, jednakże jako survival w wersji mięciutkiej, pluszowej.

Oryginalny tytuł trafniej zapowiada treść filmu. “Louise en hiver” oznacza bowiem “Luizę w zimie”. Na poziomie dosłownym odnosi się on oczywiście do sytuacji bohaterki, która zostaje uwięziona w nadmorskim kurorcie na martwy sezon, czyli miesiące zimowe. Jednocześnie to metaforyczne podsumowanie wieku jakiego dożyła kobieta. Zimę, w tradycji słowiańskiej chociażby, nieodmiennie kojarzymy ze śmiercią, kresem, zwątpieniem. Stąd tak sumiennie odprawiany do dziś rytuał topienia Marzanny (zwanej też Moraną lub po prostu Śmiercichą), kukły utożsamianej z mrozem. Laguionie, choć pochodzi z kręgu kultury łacińskiej, zachodnioeuropejskiej, odczytuje podobnie owe wartości, ale dostrzega w ostatnim stadium życia dozę szczęścia i nadziei. Nawet niedołężna babcia, dopóki tli się w niej dziecięcy chochlik jest w stanie, w miarę swoich ograniczonych możliwości, przenosić góry. Liczne reminiscencje z młodości matrony pozwalają twórcy “Skarbu piratów” prześwietlić resztę wydarzeń z jej bogatego życiorysu.

W “Louise nad morzem” reżyser realistyczne działania protagonistki zestawia z funkcjonującymi w ramach poetyki snu strzępami dawnych wydarzeń. Może przez pustelniczą egzystencję, może postępującą chorobę (Alzheimer?), traci ona kontakt z otaczającą rzeczywistością i szuka w zakamarkach mózgu emocji, postaci, miejsc, które związane są z minionymi latami. W onirycznych scenach powracamy do jej dzieciństwa, gdy wpadała nad kanał La Manche ze srogą babcią, i czasów, gdy będąc panną na wydaniu, igrała z absztyfikantami. Gdzieś miga pierwsza życiowa tragedia, w zamyśle niewinny żart, w skutku zawiedzione serce dziewczyny i zawód miłosny. Niczym leitmotif powraca też znamienny obraz, na którym Luiza wpatruje się z urwiska w niebezpieczną głębinę. Pacholęciem będąc umykała na skały szukając dreszczyku emocji, potem powracała z fascynacji, teraz jako staruszka zerka w toń z pewnym rozrzewnieniem. Autor “Małpiej baśni” postrzega morze jako metaforę ludzkiego życia; zróżnicowane fale, odpływy, przypływy symbolizują szereg niebezpieczeństw czyhających na nieuważne jednostki, ale i szanse, które stoją przed każdym z nas.

Ton sentymentalno-podsumowujący, jakim karmią się podobne opowieści, zostaje rozbity tutaj przez humor turpistyczny. To dość charakterystyczny zabieg francuskiego reżysera. W “La Traversée de l’Atlantique à la rame” umieszczał sceny z kościotrupami żywcem wyjęte z dorobku Paula Delvaux. W “Louise nad morzem” odpowiednią dawkę czarnego jak smoła humoru podano mimochodem. Bohaterka zakłada ogród warzywny na cmentarzu, więc dynia i sałata rosną między płytami nagrobnymi, a jej kompan z lat młodzieńczych jest uwięzionym na drzewie truchłem brytyjskiego spadochroniarza.

Dla tych, którzy znają “Obraz”, który pokazywano na Warszawskim Festiwalu Filmowym, nie będzie zaskoczeniem jak prezentuje się warstwa wizualna nowego dzieła Jeana-Françoisa Laguionie. To wszak filmowiec zakochany w malarstwie. We wspomnianym przed momentem filmie oddawał hołd dla Chagalla, Matisse’a, Modiglianiego czy Picassa, a w “Le masque du diable” nawiązywał do ekspresjonistycznych maskarad Jamesa Ensora. Tym razem chętnie korzysta ze szczerego spojrzenia na ludzkie postaci płynące z twórczości prymitywistów, z Henrim Rousseau na czele. Pejzaże wyryte w pamięci podczas wypadów do Normandii uzupełnia o te podpatrzone na obrazach barbizończyków i impresjonistów. Francuz ze swadą używa pastelowych barw, by oddać bryzę, pianę morską rozbijaną o skały, snujące się po niebie obłoczki. Wyjątkową lekkość formy podkreśla ponadto ścieżka dźwiękowa, stanowiąca połączenie naturalnych odgłosów normandzkiego kurortu (szum morskich fal, skrzek rybitw i mew), jazzowe pobrzękiwania (gdy obserwujemy realistyczne wydarzenia) oraz orkiestrowe melodie (gdy zgłębiamy wspomnienia).

Laguionie dzięki subtelności w doborze środków formalnych i tonacji opowiadania, oraz wyważeniu scenariuszowych zawijasów, daje nam mądrą lekcję. Mistrz francuskiej animacji sam będący już w wieku emerytalnym (78 lat na karku) zdaje się doskonale wiedzieć, że starość wcale nie musi oznaczać wyrzucenia na margines społeczny. Jak mawiała Lucy Maud Montgomery: “Nikt nie jest za stary na marzenia. Tak jak marzenia nigdy się nie starzeją.”

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Louise nad morzem - plakat

Louise nad morzem


Rok: 2016

Gatunek: animacja, dramat

Reżyser: Jean-François Laguionie



Ocena: 4/5