Jak fortepian zbawił świat. „Lisztomania” Kena Russella

Jak fortepian zbawił świat. „Lisztomania” Kena Russella

Kino brytyjskie lat 70. jest dziś kojarzone z przygodami Jamesa Bonda, awanturniczymi filmami wojennymi oraz realistycznymi dramatami społecznymi o teatralnej proweniencji. Coraz rzadsza jest świadomość, że w tym czasie brytyjska kinematografia miała także inne oblicze, bardziej ekstrawaganckie, krzykliwe i kontrowersyjne. Przykładem może być twórczość Kena Russella, którego jednym z dokonań jest „Lisztomania” z 1975 roku.

Streszczanie fabuły nie ma w wypadku tego dzieła najmniejszego sensu, gdyż jest ona tak absurdalna, że każda próba jej przytoczenia skończy się stworzeniem zagmatwanego zestawu słów, które nie przybliżą klimatu filmu, a wręcz odwrotnie – zniechęcą do jego obejrzenia (czego nie mam zamiaru robić). Zwrócę uwagę tylko na kilka obrazów, jakie prezentuje nam angielski reżyser: rozhisteryzowane nastolatki w wiktoriańskich czepkach, święty Pete Townshend w moskiewskiej cerkwi, Hitler-zombie, papież Ringo Starr, sterowane muzyką statki kosmiczne, Roger Daltrey w sukience i Thor-Übermensch. W tym momencie powiedziałbym: „Ale zacznijmy od początku”, lecz w wypadku takiego filmu powinienem raczej zacząć od końca.

A koniec może być taki: „Lisztomania” stała się umiarkowanym sukcesem kasowym w Wielkiej Brytanii, przez dwa tygodnie zajmując pierwsze miejsce na liście najlepiej sprzedających się filmów (podczas gdy poprzednia produkcja Russella, „Tommy”, okupowała szczyt zestawienia przez rekordowe czternaście tygodni). Oba wymienione filmy pioniersko wykorzystały nowe systemy dźwięku (w przypadku „Lisztomanii” było to Dolby Stereo). Kolejne podobieństwo między nimi to niezwykle ważna rola muzyki. Za ilustrację muzyczną do „Lisztomanii” odpowiada Rick Wakeman, który wykonał utwory oparte na dziełach Franza Liszta i Richarda Wagnera, dorzucając kilka własnych kompozycji. Piosenki zaśpiewali Roger Daltrey, Paul Nicholas i Linda Lewis. Niezadowolony z ostatecznego efektu Wakeman chciał zatrzymać wydanie albumu z soundtrackiem, a ostatecznie w 2002 roku opublikował kompozycje raz jeszcze pod wymownym tytułem „The Real Lisztomania”. Czy ścieżka dźwiękowa z 1975 roku jest udana to kwestia sporna, nie ulega natomiast wątpliwości, że idealnie pasuje do opływającego kiczem, kontrowersjami i złym smakiem filmu.

Teraz wróćmy dla odmiany do początków, a raczej prapoczątków, czyli tytułowej Lisztomanii. Mianem tym określa się zjawisko szczególnej i bezprecedensowej histerii towarzyszącej występom Franza Liszta w latach 40. XIX wieku. Miłośniczki muzyki uczestniczące w koncertach Liszta, jak z przerażeniem i fascynacją odnotowywały ówczesne gazety, mdlały na koncertach, walczyły o wszelkie podobizny, części ubioru, a nawet włosy artysty, głośnymi okrzykami, piskami i westchnięciami oznajmiając zachwyt nad twórczością swego idola. Zaraz, a czy to nie jest raczej opis Beatlemanii? Skojarzenia są jak najbardziej słuszne – i tym tropem poszedł Russell, czyniąc z Franza Liszta gwiazdę rocka. Filmowy Liszt w umiejętny sposób kreuje i podtrzymuje ekstatyczny nastrój swych fanek (co miało miejsce w rzeczywistości), rozrzuca wśród nich ulotki ze swoją podobizną, z szerokim uśmiechem pozuje fotoreporterom… Stop: fotoreporterzy w latach 40. XIX wieku? A dlaczego by nie? Gdyby wtedy istnieli, Liszt na pewno pozowałby im z szerokim uśmiechem.

Łatwo stwierdzić, że akcja filmu nie dzieje się wcale w XIX wieku, a biografia Liszta jest tylko pretekstem, pozwalającym Russellowi na wyciągnięcie pewnych wniosków dotyczących nas samych, naszej rzeczywistości i… Stop: przede wszystkim liczy się tu szalona zabawa! W przeciwieństwie do innego wielkiego surrealisty lat 70. XX wieku, Alejandro Jodorowsky’ego, którego produkcje niosą zwykle ze sobą podsumowanie kondycji współczesnego człowieka, Russell przenosi akcent swego dzieła na aspekt rozrywkowy, na pierwszym miejscu stawiając swoją imaginację. Następujące po sobie sekwencje przypominają czasem wizualną wersję techniki strumienia świadomości, przywołując kolejne skojarzenia reżysera, prowadzące do następnych – i tak dalej, aż do finału, w wielu aspektach zaskakująco odległego od punktu wyjścia. Co jeszcze bardziej niezwykłe, wiele wydarzeń przywołanych w filmie naprawdę miało miejsce, niemal wszystkie postacie rzeczywiście istniały i zostały przez Russella poddane bardzo subiektywnej reinterpretacji, tworząc niepowtarzalny, szalony świat „poza czasem”, a mimo to hipotetycznie możliwy, bo przekonujący. Efekt końcowy można porównać do świata przedstawionego w powstałym w tym samym roku „Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana, gdzie fabuła wydaje się jednocześnie nierzeczywista i prawdopodobna.

Biografia Liszta została twórczo przetworzona przez Russella, pragnącego uczynić z XIX-wiecznego pianisty XX-wieczną gwiazdę rocka, a z ówczesnego świata – rzeczywistość, jaką znamy, jednak ubarwioną niektórymi konwenansami i umysłowością epoki. Stąd Liszt otacza się groupies, by później przyrzec wierność papieżowi jako abbé (niższy duchowny bez święceń kapłańskich). Stąd Richard Wagner, zdegustowany konsumpcjonizmem Liszta, wykorzystuje muzykę jako medium przekazujące ideę nadczłowieka i zwiastujące przyjście silnej jednostki, która zbawi Niemcy, budując wokół muzyki na pół religijny, na pół polityczny ruch. Stąd wreszcie w jednej ze scen Wagner wręcza Lisztowi swój „najnowszy pamflet” – komiks z Supermanem.

Zaskakuje zręczność, z jaką Russell wykorzystał faktyczne wydarzenia i postacie do budowania własnego świata. Osią fabularną uczynił konflikt (oparty na faktach) między Lisztem a Wagnerem na tle podejścia do muzyki, jej roli i korzyści płynących dla artysty z komponowania i wykonywania swych dzieł. Autentyczne są także bohaterki drugoplanowe: towarzyszka Liszta, hrabina Maria d’Agoult, oraz córka Cosima, która naprawdę wyszła najpierw za Hansa von Bülowa, a potem za Wagnera, stając się zwolenniczką jego teorii dotyczących roli muzyki dla narodu niemieckiego. Prawdziwy jest romans Liszta z księżniczką Karoliną i jej starania o uzyskanie rozwodu, zakończone apelacją u samego papieża. Ba, zgadzają się nawet wymienione w dialogach tytuły dwóch książek autorstwa najważniejszych kobiet w życiu Liszta. Oparte na faktach jest także zjawisko tytułowej Lisztomanii. To interpretacja tych faktów daje tak niesamowity efekt – jeden z najbardziej niezwykłych i oryginalnych muzycznych filmów biograficznych, jakie widziałem (obok późniejszego o kilkadziesiąt lat „I’m Not There” o Bobie Dylanie).

Roger Daltrey w roli Liszta jest w swoim żywiole (zarówno aktorsko, jak i wokalnie). Trudno zresztą stwierdzić, czy gra węgierskiego kompozytora, czy samego siebie. Paul Nicholas jako Antychryst Richard Wagner jest odpowiednio demoniczny, a Ringo Starr jako papież… Cóż, sam fakt występu członka The Beatles w szalonym filmie o XIX-wiecznej gwieździe rocka to puszczenie oka do widowni. Niektórych widzów razić może epatowanie (szczególnie w pierwszej połowie dzieła) wizualnymi sprośnościami (zwraca uwagę scena oddania przez Liszta duszy diabłu, w której odcina on muzykowi pewną niezwykle ważną część ciała) oraz wyraźny antyklerykalizm Russella. Natomiast związki, jakie angielski twórca znajduje między dość – wydawałoby się – odległymi zagadnieniami, jak Richard Wagner i nazizm czy Franz Liszt i muzyka rockowa, wywołują niekłamany podziw nie tylko nad wyobraźnią Russella, ale też nad jego sprawnością jako reżysera i scenarzysty, gdyż całość jest niezwykle spójna i klarowna – a zarazem szalona i nieprzewidywalna.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował jednak dostrzec ukrytego przesłania w „Lisztomanii”, jakiejś wiadomości do widza, w której mógłby on odnaleźć samego siebie. Powtórzę raz jeszcze: Russell to nie Jodorowsky, „Lisztomania” to nie „Święta góra”, ale… Należy wyraźnie zaznaczyć, że żadne przesłanie tego dzieła nie może być traktowane zupełnie serio. Jeśli szukać jakichś głębszych treści poza efektowną woltyżerką skojarzeniami i bezkompromisowym łączeniem rzeczywistości XIX- i XX-wiecznych, to treści te mogłyby wypływać z ważnego motywu filmu, jakim jest rola muzyki.

Już w pierwszych scenach Liszt zostaje dosłownie uwięziony w fortepianie, spętany muzyką, będącą dla niego podstawowym środkiem wyrazu. Swoją twórczość wykorzystuje on w różnych celach. Najpierw komponuje dla swojej ukochanej oraz nowo narodzonych dzieci, a utwory są świadectwem jego uczucia. Po latach, gdy jest już sławny, celem wzbogacenia się urządza cyrkowo-muzyczne przedstawienia, podczas których zbiera datki nie tylko na pomnik Beethovena czy wspomożenie swych rodaków na Węgrzech, ale po prostu na luksusowe życie z willą i służącymi. Zaniepokojony jednak spadającym poziomem swoich kompozycji, poszukuje sposobu na odzyskanie muzycznego geniuszu. Podpisując swoisty cyrograf, odzyskuje muzyczny kunszt kosztem porzucenia rozwiązłego trybu życia. Pozbawiony rodziny i odrzucony przez bogatą kochankę zwraca się ku Kościołowi, tworząc swą muzykę na chwałę Boga. W międzyczasie wróg naszego bohatera, Richard Wagner, zdegustowany popularnością Węgra i wykorzystywaniem przez niego sztuki w celach czysto zarobkowych, tworzy wokół muzyki ukradzionej od Liszta mistyczno-polityczno-religijną otoczkę, zwiastując uwolnienie narodu germańskiego spod opresji żydowskiej bestii i narodziny nadczłowieka, który przywróci Niemcom ich chwałę (anachroniczne nawiązania do nazizmu pojawiają się także we wcześniejszym o rok „Mahlerze” Russella).

Wykorzystanie muzyki w celu propagandowym zostaje więc przedstawione z dwóch stron – jako podporządkowanie twórczości polityce lub religii. Ostatecznie jednak to nie siła Kościoła, a muzyki Liszta samej w sobie uwalnia świat od pełnego nienawiści, pragnącego władzy i opętanego żądzą zniszczenia Wagnera. Muzyka (szerzej – sztuka) jest więc w „Lisztomanii” nie tylko rodzajem działalności człowieka, ale wręcz siłą stwórczą, na której można oprzeć całą ideologię, sposób życia – która może budować, ale i niszczyć. Kryje się w tym być może ironiczny komentarz Russella do współczesnej kultury popularnej, opartej często na właśnie takich, wydawać by się mogło, niezbyt trwałych i godnych fundamentach. Russell bezwzględnie rozprawia się z ideologią polityczną (szczególnie o podłożu autorytarnym), kultem jednostki (zarówno w koncepcji nadczłowieka, jak i w odniesieniu do gwiazd popkultury) i obłudą instytucji Kościoła. Z drugiej strony idealistyczne zakończenie zdradza mimo wszystko sympatię reżysera do samej idei muzyki jako emanacji dobrych intencji tkwiących w człowieku.

Można się zgadzać lub nie z opiniami reżysera wyrażonymi w „Lisztomanii”, a filmowa wypowiedź Russella stanowi łatwy cel zarówno dla pochwał, jak i krytyki – jednak nie da się odmówić Anglikowi kilku celnych spostrzeżeń i przede wszystkim niesamowitej wyobraźni połączonej z erudycją oraz autentycznej odwagi w budowaniu kontrowersyjnego dzieła – może po części dla samego wzbudzenia kontrowersji, ale z drugiej strony także po to, by rozsadzić zastane formy kina, zaproponować coś nowego, własną wizję czarującą niepowtarzalną mieszanką kiczu, surrealizmu, humoru i muzyki. Po czterdziestu latach „Lisztomania” jest nadal produkcją niespotykanie oryginalną – pokrytą może cienką warstwą patyny, co jednak dodaje jej tylko uroku.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap