Zbliża się 18 edycja Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. W tym roku odbędzie się w dniach 11-20 sierpnia. Pozwolę sobie odświeżyć mój zeszłoroczny tekst, w którym przez X rozdziałów oprowadzam czytelników po filmowym Zwierzyńcu. Jest to poradnik dla tych, którzy z LAFem nie mieli jeszcze do czynienia oraz zbiór moich wspomnień z imprezy. Mam nadzieję, że przygotuje was idealnie na to wydarzenie.

I. LAF?

Letnia Akademia Filmowa to festiwal filmowy organizowany już od 18 lat w miejscowości Zwierzyniec, w okresie wakacyjnym. Nie znam dokładnie historii festiwalu, tak jak zresztą nie potrafię wymienić osób, które zapoczątkowały tę inicjatywę. Umiem opowiedzieć tyle, ile sam widziałem, uczestnicząc już w czterech edycjach. A zobaczyłem profesjonalnie zorganizowany event, gdzie filmy wyświetla się w 4 salach, wieczorami odbywają się koncerty i pokazy plenerowe, zaś seansom akompaniuje mnóstwo wydarzeń towarzyszących (spotkania z twórcami, prelekcje, muzyka na żywo).

II. Zwierzyniec

To miasto w województwie lubelskim położone między Biłgorajem, a Zamościem. Słynie nie z festiwalu filmowego, a ogólnie z szerokiej oferty turystycznej. Można więc spokojnie potraktować seanse jako dodatek, choć naturalnie dla mnie są daniem głównym. Jeśli jednak miałbym zacząć wyliczać, co można robić w Zwierzyńcu, to lista jest długa. Mają:

-Stawy Echo, a nad nimi czystą plażę. Teren jest na tyle duży, iż każdy znajdzie swoją przestrzeń. A jeśli pogoda na to pozwala, woda jest cieplutka niemal przez całą dobę.

-Spory obszar leśny oraz Roztoczański Park Narodowy. Idealny na spacery i przejażdżki rowerowe

-Spływ kajakowy, zawierający kilka tras w zależności od poziomu zaawansowania zainteresowanych,

-Wiele zabytków, choćby kościół znajdujący się na środku jeziora czy stary browar, którego jak na złość nadal nie zwiedziłem.

-Stary browar, dla beergeeków na pewno ciekawy obszar na wycieczki. Jest opcja zwiedzania z przewodnikiem.

Żeby nie zamienić wpisu w przewodnik turystyczny po miejscowości, zatrzymam się na tych najważniejszy atrakcjach. Podsumuję tylko, że to mała, przyjazna miejscowość bliska przyrody. Wszędzie dotrzemy więc na piechotę, a dla niecierpliwych jest wypożyczalnia rowerów. Samochód zazwyczaj nie jest mi potrzebny do momentu wyjazdu.

III. Camping

I tu przechodzimy do rozdziału opisującego życie na festiwalu. Moje życie. Większość przyjezdnych pewnie wybiera nocleg pod dachem. Obecnie ceny jak słyszę, wahają się między 15-60 zł za dobę i gdy już zdecydujemy się na droższą opcję, otrzymamy ultra-luksusowy pokój. Nie będę jednak kłamał, nigdy nie widziałem na własne oczy żadnego z pomieszczenia w tamtejszych hotelach, hostelach itd. Słyszałem, że okoliczne schronisko młodzieżowe jest bardzo przyjazne. Jeśli ktoś chce bardziej luksusowe opcje, ponoć Hotel „Anna” jest idealny.

Osobiście, gdy tylko mam okazję wybieram namiot. Nie tylko, bo jest taniej (12 zł za dobę na polu i można się targować!). Traktuję to jako wakacyjną ucieczkę z domu, jest w tym pierwiastek "przygodowości". Ja w ogóle lepiej się czuję, wydychając świeże powietrze podczas snu. Oczywiście bywa zimno, czasami też pogoda nie jest najlepsza, dochodzą do mnie też dźwięki z zewnątrz, ale nadal wydaje mi się to lepsze niż jakikolwiek hotel. Pola namiotowe kojarzą się zresztą z festiwalami muzycznymi, stanowiąc miejsce integracji uczestników. Mówiąc szczerze, jestem zawiedziony, iż innego rodzaju imprezy zupełnie ich nie gwarantują. To pewnie temat na oddzielny wpis, ale mam wrażenie, że w ogóle większość festiwali filmowych nie myśli o przyjezdnych. Słuchając relacje z konwentów fantastyki czy muzycznych wydarzeń dowiaduję się, iż organizuje się sale noclegowe czy pola namiotowe. Tymczasem w filmowym środowisku szukanie Hotelu to indywidualna sprawa... Cenię LAF choćby dlatego, iż jest organizowany w miejscu, gdzie o tani nocleg nie trudno.

Od 3 lat nocuję na kempingu "Echo". Gwarantują wszystko czego potrzeba do życia (kuchnie, prysznice, toalety), plus można spokojnie zaparkować samochód obok namiotu (opłata 3 zł za dobę). Ta miejscówka ma pewne wady. Choćby dostępność gorącej wody: od 7:30 już jej nie ma. By się wymyć w ciepłej trzeba albo wstać o 6:30, albo kąpać się między południem i wieczorem. Zimna woda nie przeszkadza w upały, te jednak nie zawsze odwiedzają Zwierzyniec. Warto być jednak rannym markiem. O to jednak nie trudno, gdyż seanse zaczynają się o 9:00. Z ewentualnych wad mogę wymienić jeszcze weekendową imprezę odbywającą się na parkingu przed "Echem", która bywała dość głośna. W ubiegłym roku jednak dyskoteka przeniosła się w inne miejsce, więc z hałasów obozowiczom przeszkadzało jedynie moje chrapanie.

A zalety? Całe mnóstwo. Są miejsca na ogniska. Jest sporo miejsc siedzących. Mamy do dyspozycji lodówkę. Niedaleko są dwa markety. Do najdalszego kina jest 20 minut spacerem, a do najbliższego tylko 5. Bankomat też jest rzut beretem stąd. To naprawdę przyjemne miejsce.

IV. Pożywienie

Gdy pierwszy raz, trzy lata temu obozowałem w Zwierzyńcu, byłem jeszcze studentem. Wtedy moją dietę stanowiły konserwy, chleb z biedronki i tanie wino z colą. W ubiegłym roku byłem już chyba bardziej wybredny, bo pozwoliłem sobie odwiedzać codziennie inną restaurację, porównując je ze sobą. Wynik? Najlepiej, jeśli chodzi o jedzenie, wypada karczma "Młyn" umiejscowiona zresztą w najlepszym strategicznym punkcie miasta. Blisko, rozsądnie cenowo, miłe i ładne kelnerki... I nazwa zobowiązuje: miejsce mieści się w starym młynie, to dodaje klimatu. Jakościowo świetnie prezentuje się też restauracja "Sonata", ale trochę oberwałem po portfelu, stołując się tam. Jeśli ktoś nie chce, by mu pieniążki uciekały zbyt szybko, może wybrać się do wielkiego zielonego namiotu podpisanego "Grochówka wojskowa". Za 10 zł można zamówić tam porządny obiad, niekoniecznie składający się z grochówki. W smaku takie 4/10, ale za to już o 7:00 można u nich wypić herbatę gdy wszystkie knajpy wkoło są zamknięte.

Co do napojów, zostałem mile zaskoczony. Po pierwsze samym Browarem zwierzynieckim, mającym w swej ofercie piwo w stylu AIPA, całkiem dobre zresztą. Po drugie, bo oferta sklepowa gwarantowała dostęp do browarów rzemieślniczych, mimo iż spodziewałem się, że będę zmuszony pić jedynie koncerniaki. Wystarczyło odwiedzić market znajdujący się między kinami "Salto" i "Skarb". Piwne snoby winny bić brawo. Reszta ma sporo alternatyw, to też pochwaliłem jedynie piwną różnorodność, jako że miasto słynie przecie z browaru.

V. Repertuar

Jak niemal każdy większy festiwal, LAF stawia na różnorodność programu. Jednak już po dwóch edycjach daje się wyodrębnić kod doboru repertuaru. Co chcą nam przekazać organizatorzy i jakiego typu widzów najbardziej zachęcić... Magnesem LAFu jest archeologiczne podejście do kina. Dobierając program, mamy pewność iż długo nurkowali w przeszłości X muzy, wyławiając zupełnie zapomniane perły. Owszem, znajdziemy tutaj sporo współczesnego kina, ale do Zwierzyńca przyjeżdżałem ze świadomością, że przede wszystkim zobaczę mnóstwo starszych produkcji, nigdzie indziej niedostępnych lub zasłużoną klasykę, którą mogę nadrobić na wielkim ekranie.

W ubiegłym roku wyraźnie widać było nieco skromniejszy grafik projekcji, być może spowodowany możliwościami finansowymi. O tej obserwacji świadczą choćby wcześniejsze godziny zakończenia pracy kin (nie licząc pokazów plenerowych), wiele powtórek repertuaru sprzed roku oraz pojedynczych pokazów filmów krótkometrażowych (zazwyczaj były dodatkami do innych seansów). Dało się też wyczuć, że sekcji jest mniej, albo bywają zbyt oczywiste (ot, choćby przegląd filmów o imigrantach, czyli kwestii już dogłębnie przedyskutowanej). To był jednak wyjątek.

W tym roku program wygląda na obszerniejszy. Wszystko wskazuje na to, iż będzie można powtórnie oglądać nawet 6 filmów dziennie, i to rezygnując z pokazów plenerowych. Zobaczyć będzie można zupełnie nieznane film Andrzeja Wajdy, które kręcił poza granicami naszego kraju (choćby japońską „Nastazję”). Świetnie prezentuje się przegląd dzieł "Le Groupe 5", czyli ekipy zajmującej się tworzeniem kina nowofalowego w Szwajcarii. Przyznam, że te seanse najchętniej będę odwiedzał. Prócz tego nie zabraknie retrospektywy reżyserskiej (jej bohaterką będzie Mia Hansen-Løve), przeglądu filmów z danego kraju (tym razem Kanady, a ściślej, francuskojęzycznej części państwa), kina polskiego oraz pokazów przedpremierowych. W zasadzie opowiedziałem zaledwie o 20% programu. Całą resztę warto prześledzić tutaj

We wcześniejszych latach miałem okazję poznać za pośrednictwem LAFu sporo twórców. Niektórych nawet osobiście. Rozmawiałem choćby z Joko Anwarem, rewelacyjnym indonezyjskim reżyserem horrorów. Polowałem też przed kinem, chcąc wydębić autograf od Aleksandra Sokurowa, niestety z marnym skutkiem. Ale już przed pokazami jego filmów, sam poprowadził prelekcje. Seanse nabrały dzięki temu wyjątkowości. Prześledziłem też twórczość Kiyoshi’ego Kurosawy, Tomása Gutiérreza Alei oraz Chang-donga Lee. Wszystkich tych reżyserów pewnie bym pominął, gdyby nie LAF.

Z konkretnych sekcji wspominam, choćby przegląda kina Słowackiego. Mimo że odbywał się niemal zawsze o 9:00, chętnie chadzałem, by zobaczyć tytuły zapomniane przez resztę świata. Świetnie zawsze prezentowały się przeglądy związane z określonymi zawodami, bądź miejscami. Choćby sekcje „Na kolejowym szlaku” czy „Hotele i ludzie”, Pierwszy cykl dotyczył filmów rozgrywających się w pociągach, na dworach, lub na samych torach (na przykład „Generał”), drugi zaś w hotelowych wnętrzach. Niby tematy, jak tematy, a okazuje się że bardzo "arcydziełogenne".

Niestety dość późno można się dowiedzieć o samych tytułach włączonych do programu. To cecha tegoż eventu. Trudno się zdecydować na uczestnictwo w wydarzeniu, którego kalendarza projekcji jeszcze nie znamy. Terminarz pojawia się dopiero tydzień przed, czyli jeśli chcemy jechać na część LAFu, to nie wiemy, na którą najlepiej. Promocja jest również nie najlepsza. Zresztą to widać już w tej chwili. Na stronie wydarzenia pojawiają się kolejne tytuły, a nikt nie informuje nas o tym na serwisach społecznościowych. O ile fajniej byłoby, gdyby podsycano nasze zainteresowanie już pół roku przed wydarzeniem, choćby podając datę ogłoszenia kolejnych cykli imprezy. Niestety Facebook LAFu budzi się dopiero miesiąc przed imprezą i tydzień po niej umiera, a że doszły kolejne tytuły dowiadywałem się tylko odświeżając co kilka godzin stronę. Rzadko mogłem liczyć na wiadomość z innego źródła. Oczywiście w tej dezinformacji jest pewna metoda. Często na ostatnią chwilę organizatorzy zastępują jakąś sekcję inną, która okazuje się jeszcze lepsza. W 2015 roku w ostatniej chwili dodano do programu indonezyjskie kino gatunkowe i to była naprawdę świetna niespodzianka, która zmieniła moje plany na lepsze.

VI. Prelekcje

Jeśli narzekałem, to teraz zauważę poprawę. Prelekcje to wciąż rzecz, która trochę straszy widzów. Super, jeżeli ktoś odpowiednio nastraja do obejrzenia filmu, ale na ogół taka zapowiedź zawiera w sobie także spoilery lub zwyczajnie zdradza, co reżyser miał na myśli, a rozgryzanie tego samemu daje największą przyjemność. Tymczasem widzę, iż na LAFie skupiają na całej otoczce dzieła, zupełnie nie zagłębiając się w fabule. Przekazują wiedzę o nurtach, jakie obraz reprezentuje, reżyserach, często przybliżając historyczne ciekawostki i anegdotki. Nie będę ukrywał, uwielbiam tego słuchać, a zdobyte informacje często sam przekazuję, choćby w notkach na filmwebie, bądź podczas rozmów.

Muszę się do czegoś przyznać: zazwyczaj pamiętam prelekcje, natomiast zapominam nazwiska prelegentów. Nie jest to miłe z mojej strony, ale tak niestety mam. Gdybym chciał po 4 latach "LAFowania" stworzyć ranking ulubionych prelegentów, miałbym problem, bo rozmyło mi się, kto wtedy przemawiał. Co ciekawsze po usłyszeniu tytułu filmu, potrafiłbym streścić co dokładnie miał do powiedzenia, ale ani twarzy, ani nazwiska nie potrafię dopasować do wypowiedzianych słów. W tamtym roku było ze mną o tyle dobrze, że bez problemu kojarzyłem Pawła Aleksandrowicza i Grzegorza Pieńkowskiego. Pierwszy z nich dał się poznać jako specjalista od klasyki kina amerykańskiego (i już od 4 lat czekam, by wziął się za przegląd westernów). Drugi zaś miał w tym roku ewidentnie najwięcej do powiedzenia, bo po kilku prelekcjach poczułem się wyedukowany bardziej, niż przeczytawszy książkę o historii X muzy. W tym roku postaram się bardziej uszanować pracę organizatorów i prelegentów. Spróbuję się dowiedzieć więcej o nich samych.

LAF ma to do siebie, że podczas trwania nie odbywa się żaden konkurs filmowy, czyli nie obejrzymy tutaj rywalizacji między samymi dziełami. Jest za to konkurs prelegentów. I niestety o samych zmaganiach wiele nie powiem, gdyż chętni zgłaszają się zazwyczaj by omawiać dzieła będące już w szerokim obiegu. A te zazwyczaj już widziałem. Na każdej edycji trafiam może na 2 prelekcje w ramach konkursu. Dostawszy kartkę do głosowania, nie czuję się jednak godzien, by postawić krzyżyk przy ocenie. Nie mam porównania w postaci konkurentów i wiem, jak trudne jest wyjść przed tłum, by w skupieniu mówić przez 15 minut. Za bardzo kusi mnie, żeby postawić wszystkim "piątkę"...

Na sam koniec dodam, iż w Zwierzyńcu usłyszałem 3 lata temu swoją ulubioną prelekcję. Nie pamiętam autora (jak zwykle...), ale trwała dobre 30 minut i praktycznie w ogóle nie dotyczyła filmu. Była to zapowiedź "Drogi" (1982), opowiadająca o reżyserze, który bardzo wiele wycierpiał, by stworzyć obraz później nagrodzony w Cannes. Jak zdobywał pieniądze na filmy, jak wyglądał jego konflikt z rządem Turcji i dlaczego mimo nagród to dzieło nigdy nie trafiło na polskie ekrany? Warto było usłyszeć to wszystko, mimo iż cała historia pewnie naciągnęła nieco harmonogram projekcji, a mi samemu opóźniła wyjazd ze Zwierzyńca.

VII. Kina

To bardzo ważna informacja dla ewentualnych przyjezdnych. Możecie się bowiem zdziwić, gdy przybędziecie na Letnią Akademię Filmową, a z czterech kin podanych w informatorze, tylko jedno jest nim na prawdę. Poza "Skarbem" wszystkie inne są zwykłymi pomieszczeniami szkolnymi (sale gimnastyczna, sala lekcyjna). Oczywiście odpowiednio zaciemnionymi, z dużym ekranem i dobrym nagłośnieniem. Jednak wyposażenia nie stanowią fotele, a krzesła jakie zazwyczaj znajdziemy w salach konferencyjnych. Trzeba się czasami przesiadać, bo ktoś zasłania, a podłoga nie jest pochyła. Na szczęście, gdy nie ma wielu widzów, można też położyć sobie nogi na innym krzesełku. W każdym razie to specyfika tegoż festiwalu, której nigdy nie rozpatrywałem jako wady. Wręcz przeciwnie, prowizoryczne sale projekcyjne nadawały miejscu charakteru.

Opiszę króciutko każde z "kin", to pomocna informacja, jeśli kogoś bardziej niż filmy interesuje atmosfera miejsca:

a) Skarb - jak wspominałem, jedyne kino z prawdziwego zdarzenia. Nie ma szans, by ktoś zasłaniał, jest klimatyzacja, miejsc całkiem sporo. Niektórzy, widząc warunki, chodzą na seanse tylko i wyłącznie do tego kina. Wszakże nie wszyscy są filmofilami, niektórym obojętne co zobaczą, byle to było dobre. Tutaj też odbywają się zazwyczaj spotkania autorskie. Z wad można nadmienić, iż ekran nie jest jednak największy.

b) Salto - Mamy do czynienia z sala gimnastyczną w gimnazjum. Tutaj za to ekran jest potężny, chyba największy ze wszystkich. Jest na tyle wysoko, że praktycznie nikt nikomu nie zasłania. Można pomieścić jeszcze więcej widzów niż w Skarbie. Z tegoż tytułu zazwyczaj wyświetla się tutaj "najpopularniejsze" filmy. Często to repertuar kin studyjnych, który miał swoją premierę w ciągu ubiegłych 12 miesięcy. I z tego tylko tytułu najrzadziej odwiedzam to miejsce, bo samo w sobie wydaje się najlepsze.

c) Dzięcioł - Najmniejsza sala. Wciśnie się tu 70 osób, reszta może mieć problemy. Aż dziw, że tutaj przynajmniej dwukrotnie organizowano pokaz z orkiestrą na żywo. Jak się pomieścili, nie wiem. Nie ma tu też klimatyzacji. Zastępują ją spore wentylatory. Jestem jednak z tych, którzy nie cierpią czuć powiewu na szyi, więc wolę się od nich odsunąć i pocić na środku pomieszczenia. To sala, którą odwiedzam najczęściej. Tutaj głównie spotkamy niszowe kino, starsze produkcje, zupełnie zapomniane rzeczy z egzotycznych krajów. Zainteresowanie takimi seansami jest mniejsze, toteż trafiają analogicznie do mniejszej sali. A mi tam upał niestraszny, gdy mogę obejrzeć coś wyjątkowego. W południe zaduch jest okropny, ekran nie należy do największych, nagłośnienie także wydaje się nieco słabsze, ale repertuar statystycznie najciekawszy.

d) Jowita - Sala gimnastyczna. Duży ekran, ale strasznie nisko zawieszony. Trzeba trochę kombinować, by zobaczyć napisy, jeśli ktoś przed nami siedzi. Miejsc jest mnóstwo, więc to tutaj w ubiegłym roku odbył się pokaz z orkiestrą na żywo. Nie zmieścili się wszyscy, dlatego że zainteresowanie było olbrzymie, ale i tak zobaczyłem na sali więcej ludzi niż na jakimkolwiek innym seansie. Do zalet należą niewątpliwie materace, jakie postawiono przed rzędami krzeseł. Który inny festiwal może się pochwalić możliwością leżenia podczas seansu? Dobra opcja, nawet skorzystałem.

Ciekawostką jest fakt, iż na większości seansów nie ma określonej liczby miejsc. Jeśli skończą się siedzenia, znajdą się dostawki. Jeśli wolisz stać, usiąść na podłodze, możesz tak oglądać film. Pamiętam jak na pierwszej mojej wizycie w Zwierzyńcu, stanąłem na końcu olbrzymiej kolejki na przedpremierowy pokaz „Pozycji dziecka”. Mimo to wszedłem na ten film ze znajomymi. Reszta siedzeń była zajęta, ale udało nam się usadowić na ławeczce w Sali gimnastycznej. Niby nie do końca wygodnie, lecz zobaczyliśmy dobry film na rok, nim trafił do naszych kin.

VIII. Imprezy towarzyszące

Z roku na rok uczę się, że LAF to nie tyko filmy. To również koncerty, performance, rozmowa z twórcami... Co prawda nadal mało uczęszczam na imprezy towarzyszące, ale w tamtym roku udało mi się w końcu dotrzeć na koncert. Poskakałem i zaliczyłem jedną wywrotkę, zdzierając sobie porządnie kolano. Poczułem, że niepotrzebnie zawsze stawiałem sporą kreskę między wydarzeniami filmowymi i muzycznymi. One potrafią się uzupełniać, tym bardziej liczę, że moja frekwencja na koncertach się poprawi. Czekam też na regularne pogo pod sceną, takie gdzie tłum mi zrobi krzywdę, a nie ja sam sobie ;)

Gratką jest zawsze pokaz filmu z orkiestrą. Jedyne wydarzenie, na które radzę się ustawić w kolejce jeszcze godzinę przed rozpoczęciem, gdyż liczba chętnych jest olbrzymia. To niestety wyjątek, gdzie nie pozwala się uczestnikom usiąść na ziemi. Liczba miejsc musi się zgadzać. Rok temu seans przy akompaniamencie Orkiestry Symfonicznej im. K. Namysłowskiego (w kameralnym składzie) pod batutą Rafała Rozmusa okazał się wyjątkowym przeżyciem. Dźwięk wręcz eksplodował w moich uszach, a ja pożałowałem, iż tak rzadko chadzam do filharmonii. W kolejnych latach obiecuję sobie, że będę częściej uczęszczał na takie pokazy.

Co do spotkań z twórcami, miałem okazję uczestniczyć w wielu. Oczywiście przeważają polscy twórcy, przyjeżdżający na festiwal z nadzieją pokazania swojego najnowszego utworu. Jednak nie brakuje także bohaterów retrospektyw (Joko Anwar, Mohamed Malas) zza granicy. Na ogół spotkania odbywają się po ostatnim seansie, tak by mogły trwać, ile tylko widzowie zapragną. Chodzą słuchy, iż gdy już zorganizowano Q&A z Sokurowem, ponad godzinę opowiadał o swoim fachu. Miałem też okazję uczestniczyć wręcz w bitwie na słowa Kuby Czekaja z publicznością, gdy musiał on bronić „Baby Bump” przed niepochlebnymi opiniami. Niby to najzwyczajniejsze wydarzenia, jakie można zorganizować na takiej imprezie, ale gwarantuję, emocji na nich nie brakuje.

IX. Klimat

Jak jest w Zwierzyńcu, można wywnioskować z poprzednich rozdziałów, ale tutaj uzupełnię moje wrażenia. Atmosfera jest bowiem tym, co mnie trzyma na jednym festiwalu od długiego czasu. Jest tu po prostu swojsko, wakacyjnie, spokojnie. To filmowy event rozgrywający się blisko przyrody, aż proszący, by usiąść na trawie, przejść się do lasu, albo pójść popływać czekając na wieczorny seans. Zupełna odmiana w stosunku do wydarzeń położonych w przestrzeni miejskiej. Tutaj nie sposób mieć do siebie żal, że na urlop pojechałeś oglądać filmy, bo zdążysz międzyczasie się porządnie opalić, upić, pozwiedzać, a czasami nawet się wyspać.

Słuchając ostatnio podcastu o Polconie, ktoś zwrócił moją uwagę na pewną wadę, której dotąd nie zauważałem, a ma ona również związek z LAFem. W każdym razie na ostatniej edycji wspomnianego konwentu fantastyki połączono imprezę z festiwalem Food Trucków. Obecność ludzi z zewnątrz rozwodniła ponoć nieco geekowską atmosferę wydarzenia poświęconego popkulturze. I ja mam wrażenie, że na Zwierzyńcu też ma miejsce zmieszanie dwóch grup ludzi. Atrakcje turystyczne miejscowości sprawiają, iż nie wiadomo kto jest tu dla filmów, a kto nie. I to nie jest złe samo w sobie, ale też może utrudnić komunikacje, bo wiadomo, że na stricte filmowym evencie do kogo się nie odezwiesz, z tym znajdziesz wspólny język. Na LAFie niekoniecznie. Wiem, hermetyczne społeczności mają swoje wady, ale zalety bez wątpienia także.

Żeby nie kończyć rozdziału smutnym akcentem, nadmienię jeszcze coś, o zaledwie wspomniałem. LAF jest tani. I to niesamowicie. Nie chodzi o same noclegi, jedzenie, picie, atrakcje. Karnety są w atrakcyjnych cenach. Na pełnej akredytacji jak się postarać można obejrzeć nawet 60 filmów i zapłacimy za nią 200 zł. Jeśli chcemy przyjechać tylko na pół festiwalu, to 5 dniowa akredytacja wyniesie 100 zł. Inne filmowe przeglądy nie wytrzymują porównania. I co ciekawsze, ceny LAFu nie rosną od lat, wciąż są te same, podczas gdy inni dodają co roku po kilka złotych do swojej oferty. Warto przyjeżdżać, obojętnie ile dni się zostanie, bo nawet pojedynczy bilet kosztuje dyszkę, czyli mniej niż w zwykłym kinie.

X. Ludzie

Nie będę wymieniał was wszystkich z ksywek/imion, bo boję się, że komuś poświęcę więcej miejsca, a komuś innemu mniej. Cieszę się, że co roku mogę z wami spędzać czas. Że co edycję do ekipy dołącza ktoś nowy. Że nie muszę tłuc w klawiaturę, by dowiedzieć się o masie filmów z całego świata, tylko wreszcie mogę godzinami gadać o nich z wami.

Uwielbiam ten moment, gdy w końcu mogę się przywitać z ludźmi, których znałem dotąd jedynie na filmwebie. Możemy normalnie wyskoczyć na piwko, skonfrontować nasze wrażenia po seansie, a nawet odbić od tematyki kina. Super, że potrafimy się zgadać na inne festiwale i tworzymy geekowską wspólnotę, która może porzucić język codzienności, wykłócając się "dlaczego 6/10?" i albo "że kubańskie kino jest lepsze niż syryjskie". I za niecały miesiąc od momentu, w którym to piszę, spotkam znowu LAFowiczów. W tym roku w bardzo dużej ekipie.

A jeśli ktoś, kto to czyta jeździ na Letnią Akademię Filmową lub chciałby się wybrać, dawajcie znać!

Adrian Burz