Niech na całym świecie wojna – recenzja filmu „Krasue: zimne tchnienie”

Niech na całym świecie wojna – recenzja filmu „Krasue: zimne tchnienie”

Kino to rozrywka, rozrywka, z której wyrosła sztuka, rozrywka, w której może się kryć bardzo wiele treści, która może inspirować się bardzo wieloma źródłami, ale wciąż rozrywka. Wspaniale, że powstają takie filmy jak „Krasue: zimne tchnienie”, które pozwalają nam sobie o tym przypomnieć.

Filmy, zwłaszcza gatunkowe, niezwykle chętnie sięgają po legendy i ludowe podania. Postaci diabłów i demonów pojawiały się już w początkach historii X muzy u Georges’a Mélièsa. Na kulturze przedwojennej Rzeczpospolitej odcisnął piętno żydowski dybuk – duch zmarłej osoby, który wchodzi w ciało żywego; wątek ten poruszał dramat Szymona An-skiego „Dybuk” ze swoimi adaptacjami: wystawioną w La Scali operą Lodovica Rokki i filmem Michała Waszyńskiego z 1937 roku. Także w najnowszym kinie przeżywamy renesans ludowości, o czym świadczyć może powracający do żydowskich wierzeń „Demon” Marcina Wrony, opowiadające o syrenach i trytonach „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej czy cała twórczość Jagody Szelc. Pozakinowo powszechnie pamięć o strzygach i utopcach przywróciło CD Project Red trylogią gier o wiedźminie Geralcie.

Dla nas ludowe podania wciąż pozostają w sferze ciekawostek. W umysłach ludzi w letnią burzę nie tańczą zakochani w zbrodni, ofiar wiecznie głodni, wodnik z topielicą, tylko raczej Matka Boska się pławi w złocie i zieleniach. Inaczej sprawa ma się na Dalekim Wschodzie, gdzie potwory czy zjawy mają już swoje miejsce w popkulturze. Najpopularniejszym i najbardziej rozpowszechnionym z nich jest prawdopodobnie dominujący na całym Południowym-Wschodzie Azji demon w ciele kobiety, który w dzień jest młodą kobietą, w nocy zaś poluje. Jego nazwy, a także sposób działania, są różne zależnie od języka i kraju występowania. W Tajlandii i Kambodży jest to Krasue (po khmersku Ahp), polująca w postaci oddzielonych od reszty ciała głowy, serca i części narządów (zazwyczaj jelit). Wiara w ich istnienie wciąż jest żywa, w ostatnich latach kilkunastokrotnie różni ludzie zgłaszali się do mediów, twierdząc, że udało im się zarejestrować przelatującego demona.

„Krasue: zimne tchnenie” przenosi nas jednak w przeszłość, do końcówki pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Tajlandia pogrążona jest w stanie wojny, na stołeczny Bangkok spadają bomby, a wszyscy, którzy mogliby się przydać w walce i nie mają dobrych koneksji by się wyłgać, są ściągani na front. W tym samym czasie na prowincji życie toczy się w dość stabilnym rytmie, o tyle, że w miejscowej przychodni lekarzy zastąpili studenci medycyny, a szkoły zamknęły swoje podwoje, dając nastolatkom dużo czasu na spacery, romanse i pracę.

W takiej sytuacji znalazła się piękna Sai, córka wodza wioski, i beznadziejnie (i w sposób nieodwzajemniony) w niej zakochany Jerd. Sielanka tych nieco wymuszonych wakacji zostaje jednak zakłócona przez niespodziewane, dziwne wydarzenia w życiu nastolatki. Coraz częściej znajduje ona po obudzeniu na swoim łóżku plamy krwi, w nocy zaś męczą ją straszne sny, w których widzi zabijane zwierzęta i opuszczony dom w głębi lasu, w którym bawiła się jako dziecko. Z każdym dniem krwi jest coraz więcej a przez wioskę zaczynają płynąć plotki na temat pojawiania się w ich społeczności mitycznej Krasue. Wieści te w krótkim czasie rozprzestrzeniają się po regionie, co ściąga do domów naszych bohaterów przedziwną i z lekka przerażającą grupę, która podaje się za wędrownych łowców demonów, chociaż równie dobrze mogą to wszak być kojarzący się z kinem japońskim wędrowni bandyci, niczym we wspaniałym „Mordzie” Shin’ya Tsukamoto z zeszłorocznego festiwalu Pięć Smaków. Grupie towarzyszy Noi (w tej roli Oabnithi Wiwattanawarang, który zasłynął kilka lat temu główną rolą w głośnym „Między nocą i dniem”, nagrodzonym w Berlinie w 2015), student medycyny, którego edukację przerwał wybuch walk, lecz, co najważniejsze, najlepszy przyjaciel i miłość życia naszej protagonistki. Dawne uczucia szybko zostają odnowione ku, podsycanej dziwnymi zachowaniami Sai, frustracji Jerda.

Tegoroczny tajlandzki kandydat do Oscara to produkcja wyjątkowa i jedna z ciekawszych pozycji programowych Festiwalu Pięć Smaków. To po pierwsze bardzo kompetentny folkowy horror, co ważne podkreślić nie popadający w tanie rozwiązania jak jump sceary i skupiony na ludzkiej stronie potwora. Z drugiej strony “Krasue” stanowi bardzo ciekawy obraz dorastania; początkowe objawy przemian bohaterki nieodzownie przywodzą na myśl pierwsze miesiączki, czyli moment swoistego przejścia z wieku dzieciństwa w dorosłość. Odkrycie swojej tożsamości przez Sai zmienia jej podejście do świata, lecz co ważniejsze – podejście świata do niej. Noi, lekarz wszak, postrzega wszystko racjonalnie: tłumaczy, pomaga, nie ma w nim strachu, lecz pragnienie zrozumienia wybranki i udzielenia pomocy. Jerd zachowuje się chaotycznie, wydaje się pomagać Sai, lecz trudno mu przypisać w pełni czyste intencje. Czy Noi jest lepszym człowiekiem, czy po prostu znajduje się w łatwiejszej sytuacji. Ojciec z kolei wydaje się odrzucać myśl, że jego córka mogłaby przestać być niewinnym dzieckiem, wciąż widzi w niej małą dziewczynkę.

Działa tu jeszcze jedna ważna rzecz, czyli bohaterowie drugoplanowi. Poza naszym przewodnim trójkątem miłosnym mamy m.in. wspomnianego już nieświadomego wodza, wydającego się nie rozumieć tego, co się wokół niego dzieje, impulsywnego ojca Jerda (najbardziej doświadczony aktor w obsadzie, znany m.in. z „Tylko Bóg wybacza” Refna, Sahajak Boonthanakit) czy koleżankę bohaterki, która, chociaż już założyła rodzinę i ma dziecko, wydaje się najbardziej niedojrzałą osobą w całym filmie. Wybijają się tu jednak dwie inne postaci. Pierwszy to szalony i owładnięty chęcią mordu dowódca łowców – Ted. Postać, która przez cały czas jest cudownie przeszarżowana i można ją określić jako połączenie cech wszystkich Volturi ze „Zmierzchu” (saga wszak musiała się pojawić w recenzji takiego filmu) w jednej osobie, od zabawy na planie Aro (postaci Martina Sheena) po wyniosłość Marka i czystą nienawiść Kasjusza. Show kranie mu jednak tajemniczy mnich, który w tych niecodziennych okolicznościach służy Noiemu jako nauczyciel. Chociaż nie ma go w filmie dużo, to gwarantuję, że stanie się Waszym ulubionym bohaterem.

Czym jednak byłoby kino rozrywkowe, a takim niewątpliwie jest „Krasue: zimne tchnenie”, bez efektów specjalnych? Te są tu nadzwyczaj udane, zważywszy na nieduży budżet projektu. Świetnie wyglądają stworzone za pomocą efektów praktycznych potwory. Scenografie są niezwykle nastrojowe, łatwo można uwierzyć w istnienie tej wioski, nawet jeśli jej topografia pozostanie dla widza zagadką.

Projekt ten nie mógłby się udać zrobiony z poważną miną. Na szczęście twórcy o tym wiedzieli. „Krasue: zimne tchnienie” to film niezwykle samoświadomy i bardzo zabawny – umiejętnie jest tu wygrywany absurd romansu chłopaka z latającą głową z mackami. Trzeba jednak podkreślić, że mieszkańcy Indochin mieli czas na przepracowanie tego motywu. Walki między demonami na oczach ludzi pojawiły się już w „Krasue Sao” z 1973 roku. Także romantyczna strona tej legendy nie jest czymś nowym: „Tamnan Krasue” z 2002 roku prezentowało początek klątwy wynikający z miłosnego zawodu, z kolei cztery lata młodsze „Krasue Valentine” było już ordynarną komedią romantyczną o uczuciu pielęgniarki Sao do mężczyzny imieniem Num (czy z czymś się to wam kojarzy?). Jakby tego było mało powstały także produkcje pornograficzne z Krasue w roli głównej, takie jak „Warn Krasue Sao”. Mając takie kulturowe podstawy, nic dziwnego, że scenarzysta Chookiat Sakveerakul oraz reżyser Sitisiri Mongkolsiri bardzo chętnie puszczają wodze fantazji i nie boją się serwować widzowi kolejnych zwrotów akcji w imię dobrej zabawy.

“Krasue: zimne tchnenie” to nie jest film idealny, jest za długi, scenariusz chwilami wpada na mielizny, a stężenie absurdu może niektórych, przyzwyczajonych do ułożonego kina Okcydentu, przyprawić o zawrót głowy. Dobrze jednak jest żyć w świecie, w którym takie filmy są wysyłane na oscary. Bo kino rozrywkowe paradoksalnie może nam więcej opowiedzieć o obcej kulturze, niż nawet najambitniejszy arthouse.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Krasue: zimne tchnienie

Tytuł oryginalny: „Saeng Krasue”

Rok: 2019

Gatunek: horror, melodramat, historyczny, komedi

Kraj produkcji: Tajlandia

Reżyseria: Sitisiri Mongkolsiri

Występują: Phantira Pipityakorn, Oabnithi Wiwattanawarang, Sapol Assawamunkong i inni

Ocena: 3,5/5