Bestia ludzka – recenzja filmu „Jeszcze nie koniec”

Bestia ludzka – recenzja filmu „Jeszcze nie koniec”

Pierwsza połowa lutego stoi w polskich kinach pod znakiem opowieści o konfliktach małżeńskich. Obok "Niemiłości" - metafizycznej epopei Zwiagincewa - pojawia się kameralny dramat debiutującego Xaviera Legranda. Równie przenikliwy, równie znakomity, równie przejmujący. Oto "Jeszcze nie koniec".

Gdy przez początkowe dwadzieścia minut filmu przedstawiona zostaje małżeńska batalia o prawo do opieki nad młodym synem Julienem, trudno jeszcze rozeznać się w sytuacji panującej w domu państwa Besson. Wprawdzie głowa familii, Antoine, jest oskarżany o fizyczne i psychiczne znęcanie się nad resztą domowników, a zwłaszcza nad żoną Miriam, niemniej jednak przy pomocy adwokata jest w stanie skutecznie odpierać zarzuty. Reżyser znakomicie gubi tropy, nie pozwalając na wyciąganie pochopnych wniosków. Wydaje się, że sprawiedliwości musi stać się zadość, a wydany werdykt doprowadzi sprawę do końca. Duch prawa unosi się przecież nad głowami zgromadzonych. Sędzia skrupulatnie bada przedłożone przez strony dowody, a pełnomocnicy pary w kulturalny i merytoryczny sposób wymieniają się argumentami.

Szybko jednak okaże się, że sąd to tylko teatr, a miłe słówka oraz gorące zapewnienia to zasłona dymna ukrywająca prawdziwe zamiary. Maski opadną i bestia ludzka ujrzy światło dzienne. Kaganiec poprawności zostanie zerwany, co doprowadzi do eskalacji konfliktu. Antoine zacznie agresywnie walczyć o spotkania z synem, a matkę coraz bardziej będzie dotykać syndrom ofiary. Cóż innego mogłaby począć, skoro mężczyzna jest w stanie zrobić absolutnie wszystko, by osiągnąć zamierzony cel.

Legrand porusza w „Jeszcze nie koniec” aktualne zagadnienia dotyczące przemocy domowej, na szczęście unikając w swoim wywodzie publicystyki. Od chwytliwych haseł bardziej interesują go mechanizmy zachodzące między oprawcą a prześladowanymi. Od emocjonalnych dróg na skróty woli brutalną prostotę. To właśnie dzięki pozornemu brakowi zaangażowania, przejawiającemu się w prowadzeniu chłodnej narracji, reżyserowi udaje się uchwycić całą prawdę. Szczegół ma dla Francuza większe znaczenie od uogólnień.

Cały film utkany jest z takich drobnych gestów ciągnących za sobą szereg znaczeń. Spójrzmy na kolejne przejażdżki samochodowe Antoine’a z synem. Legrand znakomicie buduje napięcie, zamykając bohaterów w ciasnych kadrach. Ojca powoli ogarnia szał, zaś Julien zapada się w sobie, zdesperowany, bez szans na ucieczkę. Reżyser nie musiał przedstawiać szeregu retrospekcji ukazujących domową traumę. Wystarczyło ich tylko posadzić obok siebie, by widz mógł boleśnie odczuć, jakie piekło musiał wcześniej przechodzić chłopak.

Efekt nie zostałby jednak osiągnięty, gdyby nie brawurowa gra Denisa Ménocheta, wcielającego się w postać Antoine’a. Jego furia dosłownie wylewa się z ekranu. Nie bawi się w półśrodki, nie poszukuje również usprawiedliwienia dla granego przez niego bohatera. Jest do bólu prostacki. Jego twarz nie wykazuje żadnych oznak myślenia. W poważaniu mając wszelkie prawa czy zasady, na własną rękę stara się wymierzyć sprawiedliwość – czy to wymuszając spotkania z potomstwem, czy śledząc byłą żonę i nadal wpływając na jej losy. Oczywiście Léa Drucker również znakomicie wywiązuje się z powierzonych jej zadań aktorskich. Nie popadając w „tanie” dramatyzowanie, balansuje między ledwie skrywanym przerażeniem a chęcią walki o lepsze jutro.

Wprawdzie Legrand skupia się na losach jednej rodziny, skrupulatnie rejestrując zachodzące między nimi przepływy emocji, niemniej jednak udaje mu się przy tym uchwycić również uniwersalną prawdę na temat rzeczywistości. Swoistego „ducha czasu”, jakim przeniknięte są współczesne produkcje. Można bowiem w kreacji Ménocheta odnaleźć pewne cechy świadczące o przeżywanym przez niego kryzysie męskości. Niezdolny do wyrażania emocji (za wyjątkiem agresji), pozbawiony empatii, stawia tylko na siłę. Reżyser nie dostarcza informacji na temat jego przeszłości, toteż trudno dociec przyczyn jego postępowania. Nie wiadomo, czy jego zachowanie jest wynikiem złego wychowania, bycia uwięzionym w stereotypowej roli macho, czy po prostu problemów psychicznych.

Być może nie jest to jednak istotne. W ten sposób uwaga skupiłaby się na oprawcy, a przecież Francuzowi chodzi przede wszystkim o zrozumienie fatalnej sytuacji, w jakiej znajdują się ofiary tego typu przestępstw. To dla nich jest ten film. To im artysta współczuje, dając jednocześnie nadzieję na wyrwanie się z piekła. Z pełną premedytacją rozgrywa dramat tak, by w żadnym momencie nie pojawił się chociaż cień fascynacji agresorem. Brzmi to paradoksalnie, ale jest to swego rodzaju novum w kinie, zwłaszcza masowym, ponieważ najczęściej to złe postacie znajdują się w centrum uwagi. Tymczasem Legrand poświęca Antoine’owi sporo czasu ekranowego, ale niezaprzeczalnie stoi po stronie Miriam i jej dzieci.

Warto zatem docenić społeczne zaangażowanie Legranda. Czasami bywa tak, że bohater zostaje sprowadzony do roli figury czy symbolu, przez co znika sprzed oczu widza. Tymczasem w debiucie Francuza ofiary mają głos. Są postaciami z krwi i kości, dzięki czemu jeszcze lepiej zostaje zaprezentowana ich tragedia.

Tym bardziej wielka szkoda, że „Jeszcze nie koniec” jest krótkim filmem. Z taką umiejętnością przypatrywania się detalom, Francuz mógłby pokusić się o jeszcze bardziej pogłębiony portret dysfunkcyjnej rodziny. Przedstawia zaledwie szkic historii, chociaż i tak robi ona znakomite wrażenie. Wdziera się w rodzinną tkankę, wypruwa flaki i wyrzuca je na światło dzienne, ale z jakichś przyczyn pomija pewne narządy. Robi to skutecznie, osiąga zamierzony efekt, a mimo to pozostaje niedosyt. A może to popkulturowa tresura wpływa na taki odbiór? Jeżeli tak, to już teraz można obwołać Legranda uzdrowicielem ludzkich dusz i z niecierpliwością wyczekiwać jego kolejnych produkcji.

Marcin Kempisty
Marcin Kempisty
Jeszcze nie koniec

Jeszcze nie koniec


Rok: 2017

Gatunek: Dramat

Reżyser: Xavier Legrand

Występują: Denis Ménochet, Léa Drucker, Thomas Gioria i inni

Ocena: 3,5/5