Mała wielka wojna – recenzja filmu „I młodzi pozostaną”

Mała wielka wojna – recenzja filmu „I młodzi pozostaną”

Niedawno obchodziliśmy setną rocznicę zakończenia I wojny światowej. Praktycznie na całym świecie upamiętniono to przełomowe wydarzenie poprzez różnorodne przedsięwzięcia, także na polu kinematografii. Jedno dzieło wzbudziło wyjątkowo szeroką dyskusję. Szlachetny wysiłek przywracający pamięć o przodkach, zbezczeszczenie archiwaliów, prestidigitatorska sztuczka, a może niesmaczny żart fantasty spragnionego uznania? Film Petera Jacksona „I młodzi pozostaną” wymyka się jednoznacznym ocenom oraz prowokuje do refleksji.

Najnowszy projekt nowozelandzkiego twórcy powstał na zamówienie rządowego programu 14-18 NOW. Współpraca pomiędzy Imperial War Museum i BBC, udostępniającymi swoje zasoby zdolnemu rzemieślnikowi, a przy tym pasjonatowi I wojny światowej, zaowocowała oryginalną formą upamiętnienia konfliktu, mającą na celu, jak określił sam autor, „ożywienie wojny dla dzisiejszych nastolatków” poprzez przybliżenie frontowego doświadczenia szeregowego brytyjskiego piechura.

Proces obróbki technicznej archiwalnych zdjęć obejmował ich restaurację, koloryzację, udźwiękowienie i zmianę liczby klatek na sekundę. Budząca podziw drobiazgowość tych działań, chwalona nawet przez historyków, podtrzymuje wątpliwości co do ich zasadności. Czy barwne fotografie łatwiej niż czarno-białe pozwalają zrozumieć doświadczenie przodków? Czy powinno się w ten sposób usuwać limity ówczesnej technologii, tworząc nowy dyskurs na potrzeby współczesności? Twórca „Nostalgii anioła” musiał zmierzyć się ponadto z kwestią proweniencji zespołów archiwalnych, z jakich korzystał. Ciężkie i nieporęczne kamery z konieczności nie mogły rejestrować wszystkich aspektów konfliktu, a co więcej – cenzura często nie pozwalała na pokazywanie niektórych efektów pracy operatorów. Sporządzone w latach 60. wywiady z weteranami, pełniącymi role narratorów filmu, również umożliwiały jedynie wycinkowy wgląd w wojenne realia, zawężony doborem pytań, pamięcią i autocenzurą rozmówców, ich cechami charakteru oraz umysłowości. Czy operując na takich niekompletnych źródłach, można uzyskać zadowalające efekty, gdy cel jest tak ambitny?

Okazuje się, że można – przy spełnieniu kilku warunków. Starania Jacksona, zmierzające do wzmocnienia odczucia naturalności oglądanych obrazów, przynoszą nieporównanie lepsze efekty niż chybiony projekt wyświetlania „Hobbita: Niezwykłej podróży” z szybkośćią 48 klatek na sekundę. Wielu widzów natychmiast daje się porwać zadziwiającym w swej biegłości zabiegom technicznym. Co więcej, Nowozelandczyk po raz kolejny okazuje się być skrupulatnym dramaturgiem, budując narrację z perfekcją, jaką znamy choćby z „Niebiańskich istot” czy najlepszych sekwencji „Władcy Pierścieni”. Polegając wyłącznie na materiałach archiwalnych, mnogość pozornie niepowiązanych ujęć splata świadectwami weteranów; rezygnuje z przybliżania suchej faktografii, malując dźwiękiem i obrazem zwartą, żywą podróż wyrazistego bohatera – przeciętnego młodego chłopaka, który zgłasza się do armii, po krótkim przygotowaniu rusza na front i wraz z kolegami zostaje rzucony wprost na nieznany ląd, starając się przetrwać w nieprzyjaznej rzeczywistości, którą wyobrażał sobie zupełnie inaczej. A jest to złożony świat z pełnym spektrum barwnych emocji: niecierpliwość i ciekawość przeplatają się z obawą i przerażeniem, nuda współistnieje z ciężką pracą, a życie i śmierć dzieli od siebie zaledwie ułamek sekundy.

Reżyser modeluje swą opowieść, nie unikając makabrycznego humoru oraz wyszukując rozliczne okropności, kreśląc zaskakująco odważną paralelę ze „Złym smakiem” czy „Martwicą mózgu”. Wykręcone w przedśmiertnej agonii ciała żołnierzy rozkładające się we francuskim słońcu kilka metrów od pijących herbatę kolegów, księżycowe krajobrazy poprzecinane krwawiącą plątaniną drutów kolczastych, kikuty drzew sterczące na przekór bombom, maki kwitnące irracjonalnie tuż za linią frontu, chłopcy grający w rugby i tratujący się w biegu po ciepłe piwo, radosne podwieczorne śpiewy na łonie natury, liryczna relacja z pierwszej wizyty w burdelu, eksponujące braki w uzębieniu uśmiechnięte facjaty wpatrujące się wprost w kamerę, zdeformowane zwłoki wydrążone przez robactwo i szczury niczym z body horroru. Od nadużywanego ostatnio sentymentalizmu, patosu i nadludzkiego heroizmu ważniejsze dla reżysera „King Konga” są młodzieńczy entuzjazm i idealizm, poczucie obowiązku, ekscytująca przygoda i harówka, koleżeństwo i samotność, satysfakcja i rozczarowanie, rozgrzany karabin i zmarznięte stopy, szczęk metalu i zapach letniego deszczu, wszystko pierwsze i ostateczne zarazem, wszystko dystansowane typowo angielską flegmą i zdrowym rozsądkiem. Namacalna groza śmierci wzmacnia pragnienie dostarczania bodźców, czasem pcha w objęcia szaleństwa, ale częściej potęguje potrzebę ucieczki w kultywowanie najdrobniejszych oznak codzienności, prowokując do szukania azylu w zabawie i kontakcie z towarzyszami. To rzeczywistość, w jakiej nie chcielibyśmy się znaleźć, wypełniona jednak twarzami ludzi takich jak my. Rzadko który dokument o tematyce pierwszowojennej podchodzi tak blisko do emocjonalnego, psychicznego i fizycznego aspektu konfliktu.

Co zadziwiające, ten efekt osiągnięto w gruncie rzeczy prostymi sposobami. „Zmodernizowane” zdjęcia sprzed stulecia nie są tylko ilustracją do narracji prowadzonej przez weteranów – te dwa rodzaje źródeł sprzęgają się ze sobą na podobieństwo filmu fabularnego o bardzo konkretnej, świadomie zsubiektywizowanej perspektywie. „I młodzi pozostaną” wyznacza niewątpliwy progres w stosunku do podobnych projektów oraz rozkłada na łopatki choćby – broniącą się głównie aspektami technicznymi – polską „Niepodległość” Krzysztofa Talczewskiego (o „Powstaniu warszawskim” Jana Komasy nie wspominając). Jackson przekuwa ograniczenia w atut, znajdując innowacyjny przepis na „ożywienie przeszłości” za pomocą nieskomplikowanych środków, przystępny dla szerokiej rzeszy odbiorców, pozbawiony ekskluzywności naukowego wywodu, omijający płycizny populistycznego manifestu. Wprawdzie dzieło Nowozelandczyka nie stanowi istotnego głosu w dyskusji nad ideą konfliktów zbrojnych, nie rozprawia się z ich romantycznym mitem, ale też od początku nie taki był jego zamiar. Bliżej mu do filmowej mikrohistorii rekonstruującej mentalność ludzi z konkretnej epoki, będących dziećmi ściśle określonych uwarunkowań politycznych, społecznych i historycznych, odtwarzającej mikrokosmos człowieka wraz z jego światopoglądem, wiedzą, zespołem zachowań. To swoista popularyzatorska publikacja źródeł, uwspółcześniająca ich zapis, a jednocześnie okrajająca współczesny komentarz do niezbędnego minimum, idealny punkt wyjścia do przemyśleń, a także intrygujące medium rozmowy między ludźmi oddalonymi od siebie dystansem czasu.

Samodzielność „I młodzi pozostaną” jako wypowiedzi artystycznej jest chyba najczęściej dyskutowanym problemem. Pojawiają się zarówno zawiedzione głosy potępiające surrealny, pozbawiony szacunku pokaz cyfrowej technologii hiperbolizujący niesmaczną przemoc i epatujący skrajnościami frontowej rzeczywistości1, jak też pełne oburzenia lamenty (głównie brytyjskich historyków) nad świętokradztwem popełnionym na materiałach archiwalnych rękami niegodnego dyletanta2. O ile te pierwsze zarzuty są do pewnego stopnia zasadne, a przynajmniej zachęcające do polemiki, to stosunek drugiej grupy krytyków smuci konserwatyzmem, gdy odmawia prawa do reinterpretacji źródeł jako takich, kultywując przebrzmiałe muzealne podejście: „Do eksponatów tylko w białych rękawiczkach”. W pewien sposób, choć raczej nieuświadomiony i pozostający w sferze wyczucia niż koncepcji, Nowozelandczyk dokłada własną cegiełkę do tematu manipulacji archiwalnymi zdjęciami przez artystów kolejnych pokoleń, do procesu, jaki Catherine Russell nazywa „archiwologią”3. Oczywiście twórcy „Przerażaczy” przyświeca nieporównanie mniej ambitny cel niż autorom audiowizualnych kolaży i remiksów mających być refleksją nad rozwojem ludzkości. Reżyser chce tylko uzmysłowić nam, jakim doświadczeniem była wojna dla szeregowca. Dobrze rozumie, że najlepiej postawić na prostotę przekazu, a błyskotliwy pomysł i możliwości płynące z postępu technologicznego nie zaszkodzą.

Możliwe, że się mylę, ale seans „I młodzi pozostaną” to tak sugestywne doznanie, że żaden dokument o Wielkiej Wojnie nie zrobi już na mnie podobnego wrażenia. Film Jacksona przytłacza bowiem intensywnością przeżyć, dotyka intymnością zwierzeń. Pozwala poczuć niepokojąco osobistą więź z bohaterem, wywołanym z zaświatów przez słowo i obraz. Pokoleniowe doświadczenie zyskuje konkretną sylwetkę, a kalejdoskop zwykłych, ludzkich twarzy odciska się piętnem w pamięci widza. To nie tylko emocjonalny ukłon wobec przodków, lecz także pełen nadziei hołd dla humanizmu i wartości, które nie umierają nawet, gdy płonie świat.

1 Zob. Jonathan Romney, Film of the Week: They Shall Not Grow Old, „Film Comment”, 19.10.2018, https://www.filmcomment.com/blog/film-week-shall-not-grow-old/

2 Zob. Pamela Hutchinson, They Shall Not Grow Old Honours Veterans but Not the Archive, „Silent London”, 16.10.2018, https://silentlondon.co.uk/2018/10/16/lff-review-they-shall-not-grow-old-honours-veterans-but-not-the-archive/

3 Zob. Nicholas Baer, Shocking the Past into Attention. A Conversation on Archiveology with Catherine Russell, „Film Quarterly”, 01.03.2018, https://filmquarterly.org/2018/03/01/archiveology/
Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

I młodzi pozostaną

Tytuł oryginalny: They Shall Not Grow Old

Rok: 2018

Gatunek: dokumentalny, wojenny

Kraj produkcji: Wielka Brytania / Nowa Zelandia

Reżyser: Peter Jackson

Ocena: 4/5