Obywatel świata – recenzja filmu „Tony Halik”

Obywatel świata – recenzja filmu „Tony Halik”

Najnowsze dzieło w dorobku Marcina Borchardta, autora wielce udanego dokumentu Beksińscy. Album wideofoniczny, opowiada, jak łatwo się zorientować już po tytule, o Tonym Haliku. Starsi widzowie oczywiście doskonale znają i z sentymentem wspominają jego programy podróżnicze (m.in. kręcony z Elżbietą Dzikowską Pieprz i wanilia), ale dla młodszych odbiorców zmarły ponad dwie dekady temu dziennikarz jest raczej enigmatyczną postacią. Niektórzy może nawet pomylą torunianina z… mistrzem deskorolki Tonym Hawkiem.

Wyrażony we wstępie niepokój o obecną znajomość dorobku Halika wymaga zatem, by dla porządku wspomnieć choćby w dwóch słowach, o kim traktuje dokument. Urodzony w 1921 roku Mieczysław Sędzimir Antoni Halik szybko zaczął używać zdrobniałego trzeciego imienia. Już od dziecka chciał podróżować, a świat stanął przed nim otworem tuż po II wojnie światowej, gdy wyjechał do Argentyny. Przez 77 lat życia trudnił się wieloma zawodami i nigdy się nie zatrzymywał, wciąż chciał poznawać nowe zakątki. Obieżyświat, reporter, fotograf, filmowiec, wieloletni korespondent amerykańskiej telewizji NBC, poliglota (mówił w siedmiu językach, posługiwał się także kilkoma indiańskimi narzeczami). Przemierzył kilka kontynentów, wyprawy początkowo podejmując z francuską żoną Pierrette, potem wraz z ich synem Ozaną, nazwanym na cześć tubylca, który miał uratować życie jego ojca w Mato Grosso. Od 1976 roku podróżował głównie z nową partnerką, wspomnianą już Elżbietą Dzikowską. Przed kamerą zmieniał się w prawdziwego showmana i zapalonego gawędziarza. Był też namiętnym brydżystą i duszą towarzystwa, o którym w Ameryce Łacińskiej mówiono, że jest „brzydki, ale sympatyczny”. Prezydent Argentyny generał Juan Perón, którego w latach 50. często nagrywał dla Kroniki Filmowej, nadał mu obywatelstwo, ale on sam lubił o sobie mówić, że jest gauczem z Torunia.

Borchardt wydaje się dostrzegać niebezpieczeństwo opowiadania o kimś, kto jako gwiazda peerelowskiej telewizji zawładnął wyobraźnią tysięcy Polaków, ale dla ich dzieci i wnuków jest już reliktem słusznie minionej epoki lub kimś kompletnie nieznanym. Dokument Tony Halik może odegrać zatem funkcję edukacyjną, jak i rozrywkową. Twórcom obok rozszerzenia wiedzy o idolu naszych rodziców i dziadków i zapoznania obecnego pokolenia z postacią polskiego podróżnika udaje się bowiem osiągnąć także drugie założenie. Film dostarcza dobrej zabawy, jest sprawnie zmontowany przez Irenę Siedlar i udramatyzowany dzięki energetycznej muzyce Stefana Wesołowskiego. Z pieczołowicie odrestaurowanych kronik rodzinnych z depozytu Filmoteki Narodowej, jak i fragmentów programów telewizyjnych, biją ogromne pokłady humoru. Komizm często wynika ze starcia ognia i wody, czyli snującego opowieści na granicy konfabulacji Halika ze stąpającą twardo po ziemi Dzikowską.

halik dzikowska
Tony Halik i Elżbieta Dzikowska

Tony Halik nie zamienia się na szczęście ani na chwilę w hagiografię. Archiwalne materiały są wzbogacone o serię krótkich wypowiedzi osób w jakimś stopniu związanych z dziennikarzem. Używane cytaty pochodzą od postaci spowinowaconych, zaprzyjaźnionych lub pozostających w zawodowych relacjach z bohaterem. Są to więc koledzy Toniego po reporterskim fachu, tacy jak Ryszard Kapuściński czy Ryszard Badowski, są dyplomaci, którzy rzucają światło na jego wyjątkową zdolność zjednywania sobie ludzi na wysokich szczeblach, wreszcie są osoby pozostające z nim w bliskiej zażyłości, jak syn Ozana, Dzikowska czy przyjaciel, popularny aktor Kazimierz Kaczor. Ich „zeznania” zamiast zwyczajowych przebitek na gadające głowy zostają wplecione w materię filmową tak, że słyszymy tylko głosy. Stają się one tym samym kontrapunktem dla oglądanych archiwaliów, innym razem wzmacniają ich wydźwięk. Rzecz jasna głos zostaje oddany też samemu Toniemu. Borchardt raczy nas jego wspomnieniami, wywiadami czy po prostu obszernymi wyjątkami z programów, jakie przez lata realizował dla amerykańskiej i polskiej telewizji.

Fabuła filmu została oparta na wydanej w 2017 roku książce Mirosława Wlekłego Tu byłem. Tony Halik (Wydawnictwo Agora) i tak jak ona nie przemilcza czarnych kart z jego biografii. Niektóre są odkryte przed widzami, podane na złotej tacy. Tak dzieje się z dwoma najbardziej kontrowersyjnymi faktami, o których zwięźle i jakby mimochodem wspomina Dzikowska. Pierwszym z nich była służba partnera w Wehrmachcie podczas II wojny światowej, którą przykrył opowieściami o członkostwie we francuskim ruchu oporu i lotach na Spitfire’ach w ramach brytyjskiego RAF. Obecnie trudno nawet stwierdzić, czy Halik nie zmyślił albo chociaż nie wyolbrzymił, jak miał w zwyczaju, swoich wojennych osiągnięć. Drugi był na tyle wstydliwy, że pani Elżbieta dowiedziała się o nim dopiero z Instytutu Pamięci Narodowej. W papierach bezpieki figurował on bowiem jako tajny współpracownik. Nie wiadomo, czy komuś zaszkodził, czy jak wielu ówczesnych podróżujących za granicę podpisał lojalkę, by mieć święty spokój, czy zdał kilka nudnych raportów o meksykańskiej śmietance towarzyskiej.

Innych grzeszków trzeba się doszukać z przedstawionego „materiału dowodowego”. Dzięki temu sami możemy zweryfikować, czy ten wybitnie utalentowany i zasłużony człowiek miał inne przywary. Dziś pewne wątpliwości może budzić choćby stosunek do zwierząt, a jednocześnie polowanie podczas dwutygodniowych wypraw w dżungli wydaje się uzasadnione i logiczne. Sporo niejasności rodzi również relacja z synem oraz plotki o tym, że mógł służyć trzem lub czterem wywiadom. Wydaje się, że sam Halik pośrednio doprowadził do stworzenia szeregu pogłosek na swój temat. Jako osoba o niezwykłej wyobraźni i potrzebie ubarwiania na wizji swoich opowieści budził żywe zainteresowanie. Całości dopełnia fakt, że większości informacji nie dało się wówczas zweryfikować, np. o (pominiętej w dokumencie) nagrodzie Pulitzera, która była przez niego wyssana z palca. Jednocześnie w Polsce Ludowej, mimo ogromnej popularności, tylko krąg przyjaciół wiedział o jego pracy w elitarnym magazynie „Life”. Borchardt ocenę swego bohatera pozostawia odbiorcy, nie próbuje bronić jego wyborów i potknięć ani sakralizować osiągnięć. Tym sposobem sami musimy odkryć, co myślimy o Tonym Haliku. Osobiście co uznaję za sukces filmu w głowie zostało mi więcej pytań niż odpowiedzi, a postać starszego, wesołego ekscentryka oglądana w dzieciństwie stała się fascynującą figurą skrywającą jeszcze wiele tajemnic.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
tony halik plakat

Tony Halik

Rok: 2020

Gatunek: dokumentalny

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Marcin Borchardt

Dystrybucja: Mayfly

Ocena: 3,5/5