120 uderzeń Daniela Blake’a – recenzja filmu „Na wojnie” – Cannes 2018

120 uderzeń Daniela Blake’a – recenzja filmu „Na wojnie” – Cannes 2018

Brutalny korporacyjny kapitalizm za nic ma człowieka. Życie ludzkie to tylko kolejna zmienna wprowadzona do generowanego w Excelu wykresu zysków, a naczelną wartość stanowi wysokość dywidendy rady nadzorczej. Państwo, powiązane lobbingiem i sieciami interesów z biznesmenami, nic nie zrobi zasłaniając się neoliberalnymi banialukami o wolnym rynku i domniemanej ucieczce inwestorów. Tymczasem ludzie są zdolni do największych upokorzeń i poświęceń, byle tylko zdobyć chleb dla swoich dzieci.

To, co napisałem we wstępie, to nie tylko truizmy. To również jedyna treść serwowana nam przez Stéphane’a Brizé w jego „Na wojnie”. Przed trzema laty w canneńskim konkursie głównym brała udział jego zaangażowana społecznie „Miara człowieka”, w której poznaliśmy losy Thierry’ego – pięćdziesięcioparolatka, który po utracie pracy w fabryce próbuje przerwać spiralę strukturalnego bezrobocia i przetrwać. Za rewelacyjną główną rolę Złotą Palmę otrzymał wtedy Vincent Lindon. Teraz ten duet ponownie się jednoczy, tym razem już w jawnie socjalistycznej produkcji. Efekt jest niestety dużo gorszy.

„Na wojnie” mogłoby stanowić swoisty prequel wydarzeń opisanych w „Mierze człowieka”. Lindon (ponownie tworząc wyśmienitą kreację) wciela się w Erica – przywódcę strajkujących robotników fabryki samochodów w Agen. Niedawno zarząd przedsiębiorstwa poinformował, że „z przyczyn konkurencyjności” zakład zostanie zamknięty, a 1100 ludzi straci pracę. Niemieckie konsorcjum złamało tym samym zawartą przed dwoma laty ugodę, na mocy której wszyscy pracownicy mieli mieć zagwarantowane zatrudnienie na najbliższe 5 lat w zamian za rezygnację z bonusów i premii, a także darmowe nadgodziny.

Obraz przez zdecydowaną większość czasu ma formułę paradokumentu, prawie wszystkie wydarzenia śledzimy obiektywem dość amatorsko obsługiwanej kamery, jakby jeden ze związkowców samodzielnie nagrywał ich zebrania i marsze. Co jakiś czas serwowane nam są także fragmenty udające telewizyjne serwisy newsowe, a w pewnym momencie nawet nagranie zrobione telefonem. Niczym w zeszłorocznych „120 uderzeniach serca” oglądamy niekończące się zebrania, manifestacje, dyskusje o manifestacjach na zebraniach, przekrzykiwania się etc. To, co Campillo w “Mierze człowieka” zrobił ciekawie i umiejętnie, tu usypia i irytuje. Kolejne dyskusje są nieodróżnialne od poprzednich, a protesty przez udawanie amatorskości nagrania wypadają nieczytelnie (choć umówmy się: nagranie protestów z rockiem w tle to najzwyklejszy w świecie szantaż emocjonalny – któż nie poderwie się do walki na sali kinowej?).

Innym problemem produkcji jest pomnikowo narysowany główny bohater. Córka go uwielbia, dopiero urodził mu się wnuk, współpracownicy podporządkowują się mu, media go kochają. Jego dobroć i pragnienie poświęcenia dla innych są niezachwiane, a serce wielkie niczym u płetwala błękitnego. Cierpienie wodza robotników ma nas tak poruszać, że gdy w jednej scenie roni łzę, to Brizé prawie wkłada Lindonowi obiektyw w oko, abyśmy na pewno jej nie przegapili. Niczym Jezus jest łaskawy dla swoich zagubionych owieczek, chce odkupienia nawet tych, którzy się od niego odwrócili.

Reżyser ma również poważny problem z widzami, których ewidentnie uważa za lekko upośledzonych emocjonalnie i dlatego, gdy na ekranie dzieje się bardzo smutna rzecz (której nie chcę zdradzać), to na wszelki wypadek ilustruje ją… smutną balladą popową. Jednocześnie wszystko, co widzimy na ekranie (szczególnie w scenach, które nie są gabinetowymi dyskusjami) jest na bieżąco wyjaśniane ze szczegółami przez głos w tle, przez co widz odnosi wrażenie, jakby oglądał film z audiodeskrypcją.

Mimo wszystko nie jest to zły film. W porównaniu do współczesnych dzieł Kena Loacha (z „Ja, Daniel Blake” na czele) jawi się jako zaskakująco zbilansowany i inteligentnie zrealizowany. Ogląda się go również dość bezboleśnie, chociaż po seansie panowała zgodna opinia, że mógłby być krótszy. A z wyjątkiem zakończenia raczej nie wzbudza śmiechu politowania. Znając canneńskie zapędy do nagradzania średnich, zaangażowanych społecznie produkcji, nie zdziwiłaby mnie nawet Złota Palma.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
En Guerre

Na wojnie


Tytuł oryginalny: En guerre

Rok: 2018

Gatunek: dramat

Reżyser: Stéphane Brizé

Występują: Vincent Lindon, Mélanie Rover, Jacques Borderie i inni

Ocena: 2,5/5