Straceńcy – recenzja filmu „Źle się dzieje w El Royale”

Straceńcy – recenzja filmu „Źle się dzieje w El Royale”

Przychodzi ksiądz, Murzynka, akwizytor i hippiska do hotelu… To zdanie brzmi jak początek kiepskiego dowcipu, ale jeśli wszyscy opowiadaliby je w tak pięknym stylu jak Drew Goddard w “Źle się dzieje w El Royale”, pisałbym petycję do TVN-u o reaktywację Maratonu uśmiechu. Tym razem przygotował on pulpowe danie, co prawda o dobrze znanym smaku, ale dorzucił do niego kilka nieoczywistych przypraw. Smacznego!

Tytułowy El Royale to hotel położony między Kalifornią, a Nevadą. Linia graniczna przebiega dokładnie przez środek recepcji, więc goście mają szansę odwiedzić oba Stany nie wychodząc z budynku. Na początku lat 60. był to stały przystanek najbardziej prominentnych ludzi w kraju, a ściany owego kurortu widziały i słyszały niejedno. Prawie dekadę później, kiedy rozgrywa się akcja filmu, opustoszały stanowi jedynie cień dawnej świetności. W tej samej chwili melduje się tam czwórka głównych bohaterów, każdy w innym celu, który ukrywa przed resztą. Katolicki ksiądz z zanikami pamięci (Jeff Bridges), czarnoskóra  wokalistka (Cynthia Erivo), wygadany sprzedawca odkurzaczy (John Hamm) i tajemnicza buntowniczka (Dakota Johnson). Obsługuje ich jedyny pracownik hotelu, zahukany Miles (Lewis Pullman). Od pierwszych scen widać, że to zbieranina pewnych archetypów i choć reżyser stopniowo pogłębia ich osobowości oraz burzy stereotypy rozmaitymi zwrotami akcji, trudno oprzeć się wrażeniu, że pełnią oni jedynie rolę dobrze naoliwionych trybików w scenariuszowej machinie, a nie są postaciami z krwi i kości.

Produkcja balansuje na granicy b-klasowej pulpy, przy tym jakby mimochodem rozliczając nixonowską Amerykę z jej dawnych grzechów, które odbijają się echem do dziś. Od wojny w Wietnamie i PTSD, przez inwigilację i afery na najwyższych szczeblach władzy, po quasi-religijne sekty i manipulację ich członków. Motyw wiary, rozgrzeszenia i odkupienia przewija się niemal przez cały film, zarówno w makro, jak i w mikroskali. Bohaterowie to wykluczeni życiowi rozbitkowie, dla których El Royale może być zarówno przedsionkiem piekła, jak i czymś w rodzaju czyśćca.  

Drew Goddard tym razem nie ma na celu dekonstrukcji gatunku, jak miało to miejsce w jego debiutanckim horrorze “Dom w głębi lasu”. “Źle się dzieje w El Royale” to melanż wielu tonacji, ale stylistycznie bardzo konsekwentny. Amerykanin z gracją balansuje między neo-noirowym thrillerem, a czarną komedią, stopniowo odsłaniając kolejne karty. Bawi się chronologią i dzieli film na rozdziały, w każdym z nich obierając perspektywę innego bohatera,  przez co coraz szerzej uchyla rąbka tajemnicy.

Choć to pójście na łatwiznę, muszę porównać ten obraz do twórczości Quentina Tarantino. Czuć tu nie tylko podobne kinofilskie zacięcie, czy zamiłowanie do amerykańskiej muzyki lat sześćdziesiątych, ale także podobny sposób długiego budowania napięcia przez błyskotliwe dialogi, żeby rozładować je nagłym, efektownym wybuchem agresji. Szybkie sceny akcji przypominają tu horrorowe jumpscare’y, przez co nie raz zdarzyło mi się podskoczyć w fotelu kinowym.

Goddard bardzo dobrze poradził sobie też z wykorzystaniem przestrzeni. Jako że akcja rozgrywa się w ograniczonej lokacji, zadbał o to, żeby każdy element scenografii był dopieszczony, charakterystyczne elementy wyróżnione,  a choreografia, kompozycja kadru i gra kolorów robiły wrażenie przy każdym ujęciu. Prowadzenie kamery i pomysły inscenizacyjne potęgują napięcie, nadając dynamiki nawet tym bardziej stonowanym scenom. Za przykład niech posłuży kilkuminutowy mastershot, kiedy jeden z bohaterów przeszukuje zaplecze hotelu odkrywając kolejne jego tajemnice, a scenę uzupełnia diagetyczny śpiew a cappella innej postaci.

Ten piękny głos usłyszymy zresztą jeszcze kilka razy. Należy on do Cynthi Erivo, broadwayowskiej aktorki, która dopiero stawia pierwsze kroki w kinie. Już teraz wróżę tej pani wielką hollywoodzką karierę, skoro jej jaśniejąca gwiazda jest w stanie momentami przyćmić takich wyjadaczy jak Jeff Bridges czy John Hamm. Dużym zaskoczeniem jest też świetny występ Chrisa Hemswortha w roli egocentrycznego psychopaty, ewidentnie wzorowanego na Charlesie Mansonie. Widać, że cała obsada czuje swoje postacie i nawet często niesłusznie krytykowana Dakota Johnson nie zostaje w tyle oraz potwierdza, że nie warto oceniać jej kariery przez pryzmat niesławnego Greya.

W tej beczce miodu jest też jednak łyżka dziegciu. Podczas seansu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że te wszystkie stylistyczne wygibasy służą raczej zamaskowaniu bardzo prostej i wtórnej intrygi, która mimo efekciarstwa nie zostaje w głowie na dłużej. Do tego pieczołowite budowanie nastroju i rozstawianie pionków na planszy zanim nastąpi eskalacja, może wywoływać znużenie. Chociaż bohaterowie mają cięte języki, dialogom daleko do błyskotliwości najlepszych dokonań wspomnianego Tarantino. Mimo to, jeśli z ekscytacją reagujecie na każdą informację o “Pewnego razu  w Hollywood”, dzieło Goddarda na pewno skutecznie umili czas oczekiwania, a być może nawet wpadniecie w mały zachwyt, niczym niżej podpisany.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

Źle się dzieje w El Royale

Tytuł oryginalny: „Bad Times at the El Royale”

Rok: 2018

Gatunek: thriller, czarna komedia

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Drew Goddard

Występują: Jeff Bridges, Cynthia Erivo, Chris Hemsworth i inni

Dystrybucja: Imperial – Cinepix

Ocena: 4/5