Jestem jedną z najmłodszych osób w redakcji i wciąż mam (wątpliwą) przyjemność uczęszczać do instytucji zwanej liceum. Dlatego dzisiaj przychodzę z tekstem o filmach, które zobaczyłam w szkole lub na własną rękę, ale zachęcona przez szkołę. I nie mam tu na myśli takich oczywistości jak "Krzyżacy" czy "Dekalog" Kieślowskiego, które ogląda praktycznie każdy uczeń.

Miałam ogromne szczęście trafiając na nauczycieli zakochanych w filmie. Ludźmi, którzy odkrywali przed nami świat kina nie byli tylko poloniści, którym poniekąd blisko do tej dziedziny sztuki, ale także na przykład nauczycielka matematyki. W mieliśmy swego rodzaju "dyskusyjny klub filmowy" – umawialiśmy się popołudniami na oglądanie "mądrzejszych" filmów. Najpierw następowało wprowadzenie, później oglądaliśmy film, a na końcu po prostu o nim rozmawialiśmy. Nie tak jak na przykład na nocach horrorów z dziesiątkami osób na sali gimnastycznej, gdzie film był obiektem najmniejszego zainteresowania. Pizza i znajomi byli gwoździami programu. Nasze kółko filmowe to była dosłownie garstka osób, czasem cztery, czasem dziesięć i nauczyciel. Wszyscy przychodzili tam bezinteresownie – nie za oceny, nie za pozytywne uwagi, z chęci poznania czegoś nowego. Ale również podczas lekcji, oprócz moralizatorskich gniotów o narkotykach i alkoholu, trafiały się perełki. Trudno mówić tu o sentymentalnej podróży, bo jednak czas jaki od tego upłynął to ze 2 lata, a ja wciąż na ścieżce edukacji mam okazję trafiać na coś niebanalnego, to nie mogę zaprzeczyć, że są to wspomnienia, dzięki którym robi się ciepło na serduszku. Lista nie jest chronologiczna ani uporządkowana według ocen, zawiera wiele "pierwszych razów", znajdują się tu filmy, które z jakiegoś powodu zapamiętałam. Nie wszystkie mi się podobały, niektóre były rozczarowaniem,  inne zauroczeniem od pierwszego kadru, a kolejne katalizatorem dla zgłębienia twórczości danego reżysera czy nurtu. Do wielu z nich na pewno powrócę za kilka lat z nadzieją na "dojrzalszy" odbiór.

 

 "Die Welle" – zatrważające oblicze nazistów millenialsów i chyba jedno z pierwszych zetknięć z kinem nie polsko- ani angielskojęzycznym, którego jednak jakoś mocno nie odczułam przez znajomość niemieckiego. Widziałam go pod koniec roku szkolnego – co jest dowodem na to, że można mądrze wybrać "zapychacz czasu". Cieszę się, że nie odnosiliśmy go do kontekstów historycznych, bo ta dyskusja najprawdopodobniej zabiłaby mój pozytywny odbiór tego filmu.

"Wielkie Piękno" – wtedy nie do końca zrozumiały – bardzo pomogła dyskusja po filmie, niezaprzeczalnie piękny wizualnie, ale moja miłość do Sorrentino nie była tą od pierwszego wejrzenia i potrzebowała czasu. O tym filmie naprawdę długo rozmawialiśmy – przeanalizowaliśmy działania większości głównych postaci, próbowaliśmy zdefiniować sztukę oraz znaleźć jej miejsce w społeczeństwie. W dyskusji przewinął się nawet temat abstrakcjonizmu jako sztuki dla snobów przy okazji sceny z małą dziewczynką, która maluje płacząc.

"Delicatessen" – de facto pierwsze zetknięcie z czarną komedią i kinem nieco surrealistycznym. Znowu nietuzinkowy „zapychacz”. Wiele osób całkowicie kupiło jego czarny humor, a część była zniesmaczona i wychodziła z założenia, że"ten film do nich nie trafia.

"Czarny kot, biały kot" – kiedy trzynastolatka ogląda dziwny film i nie zdaje sobie sprawy o istnieniu czegoś takiego jak kino autorskie. Tak jak wspominałam – czeka na drugie podejście. Kiedy przypominam sobie te zajęcia, to żałuję, że przez ograniczony czas nie dostaliśmy porządnego wprowadzenia. Brakowało mi trochę kontekstów, żeby w pełni zrozumieć gangsterskie porachunki i polityczną sytuację – pojęcie Jugosławii było mi de facto obce.

"Ogród Rozkoszy Ziemskich" i "Młyn i Krzyż"  - filmy Lecha Majewskiego traktujące głównie o sztuce, które były dla mnie przedłużeniem lekcji polskiego. Polecone przy okazji omawiania "Ogrodu Rozkoszy Ziemskich" Hieronima Boscha, a ja jestem tak wzorową uczennicą, że oglądam dodatkowe materiały 😉 Określane jako ciężkie, dla mnie nieco rozwlekłe, ale satysfakcjonujące pod względem analiz malarstwa. Fabuła jest tam znikoma i prosta, a towarzyszą jej wysublimowane dźwięki fortepianu.

"Mama" – to była miłość od pierwszego dźwięku i ujęcia. Pierwszy film Dolana, jaki zobaczyłam, a jednocześnie ten, który spowodował, że widziałam ich więcej. Przy tej okazji zwróciliśmy oczywiście uwagę na emocjonalne dylematy tam występujące, ale również na technikę. Zmiana szerokości obrazu, teledyskowe ujęcia, klimat oddany przez kostiumy i wnętrza. Dzięki temu obrazowi zainteresowałam się Ludovico Einaudi i ogólnie współczesną muzyką klasyczną. Plus, wszystko co jest francuskojęzyczne dostaje u mnie dodatkowe punkty.

"Zupełnie Nowy Testament" – nie są to wyżyny kina, ale ten film trafił do mnie jako osoby z wątpliwościami i pokazał, że nie wszystkie filmy o wierze i religii są indoktrynujące. Po prostu ludzki. P.S. jest francuski

"Katedra" – zetknięcie z Bagińskim na lekcjach z edukacji artystycznej popchnęło mnie do zobaczenia reszty jego animacji i rozbudziło moje zainteresowanie krótkimi metrażami. Już nie pamiętam dlaczego oglądaliśmy ten film, ale na pewno zrobił na mnie ogromne wrażenie pod względem wizualnym.

"Tango" – po prostu klasyk. Na zajęciach artystycznych oglądaliśmy krótkometrażowe filmy – od tych najbardziej znanych, po jakieś zapomniane perełki. Jakiś czas później wycieczka do łódzkiego studia "Se-ma-for", w którym powstało między innymi "Tango".  W tym samym studiu miałam okazję zobaczyć "Piotrusia i wilka" oraz lalki i plan filmowy z "Latającej Maszyny".

"Narodziny Narodu" – metaforyczna animacja łódzkiej produkcji. Trwa zaledwie kilka minut, więc trudno napisać o niej coś więcej. Jest estetyczna, ogranicza się do trzech kolorów i wymaga nieco analizy.

(zdjęcie: ninateka.pl)

"Pina" – trochę historii tańca oraz interpretacji ruchu i performensu na Wiedzy o Kulturze. Oglądaliśmy po jednej scenie tańca, a potem próbowaliśmy odczytać jaki niesie ładunek emocjonalny, znaczenie strojów czy historię, która stoi za choreografią. Niedługo później w DKF widziałam „Mr. Gaga”, który był hipnotyzujący w precyzji ruchu.

"Cinema Paradiso" – chyba po prostu nauczył mnie miłości do kina.

Jak widać, nie wszystkie z filmów są arcydziełami, niektóre są kultowe i znajdują się w naszym redakcyjnym top100, a inne nie są zbyt znaczące i znane. Teraz, kiedy zdarza mi się oglądać filmy, czy w kinie czy w domu, samej - tęsknie za rozmowami i interpretacjami o tym, co właśnie zobaczyłam. Substytutem stają wypowiedzi innych na forach dyskusyjnych i recenzje, ale wiadomo, że to nie to samo. Bo o kinie należy ROZMAWIAĆ.