Duch czasu – recenzja filmu „Dwóch papieży”

Duch czasu – recenzja filmu „Dwóch papieży”

Pierwsze doniesienia na temat Dwóch papieży mogły budzić mieszane odczucia. Film miał podejmować temat bez wątpienia ciekawy, w rolach głównych obsadzono doskonałych aktorów, po drugiej stronie kamery stanąć mieli zdolny reżyser i operator, a koszty realizacji projektu pokrywał kapitał Netflixa; z drugiej jednak strony scenariusz napisał Anthony McCarten, którego dotychczasowy dorobek na polu filmowych biografii nie zwiastował tej produkcji najlepiej (Nowozelandczyk stoi za przeciętnymi scenariuszami do Bohemian Rhapsody, Czasu mroku i Teorii wszystkiego), zastanawiano się też, jaki obraz Kościoła katolickiego zostanie zaprezentowany. Teraz gotowy film trafił już do kin i pod strzechy, możemy więc przyjrzeć się, jak to jest z tymi Dwoma papieżami.

Opowieść osnuta została wokół bezprecedensowej we współczesnej historii Kościoła abdykacji papieża Benedykta XVI (Anthony Hopkins). Zawiązanie akcji następuje jednak osiem lat przed nią, a mianowicie podczas poprzedniego konklawe – to wtedy bowiem, choć wybór padł na konserwatywnego Niemca Josepha Ratzingera, pierwszy raz zrobiło się głośno o argentyńskim kardynale Jorge Bergoglio (Jonathan Pryce), słynącym z nowoczesnego, liberalnego stosunku do religijnych dogmatów. Dwie wizje Kościoła prezentowane przez obu duchownych posłużą za motor napędowy najobszerniejszego i zdecydowanie kluczowego fragmentu filmu, czyli spotkania, które bohaterowie odbywają w 2012 roku w Castel Gandolfo i Watykanie.

Bergoglio przyjeżdża do papieża w celu złożenia rezygnacji z funkcji arcybiskupa, jednak Benedykt ma opory przed jej przyjęciem. Między panami wywiązuje się seria rozmów na ściślej lub luźniej powiązane z teologią tematy; całość rozegrana zostaje w tonie przyjacielskiej konwersacji. Jest miło, ciepło i grzecznie. Nie sposób odmówić Dwóm papieżom pewnego specyficznego uroku: oto najwyżsi dostojnicy kościelni w sytuacjach codziennych, Benedykt korzystający z krokomierza, Jorge śpiewający pod nosem Dancing Queen, wreszcie obaj jedzący pizzę w zakrystii Kaplicy Sykstyńskiej – te i inne humorystyczne drobiazgi służą opowieści, zestawiając papieży z piedestału i uwidaczniając, że są oni ludźmi takimi, jak my. No, może nie mogą osobiście zarezerwować lotu przez telefon, ale ogólnie to swoje chłopy; zwłaszcza Bergoglio, zapalony kibic i fan Beatlesów, duszpasterz otwarty i uśmiechnięty… – czego chcieć więcej?

Obawy wobec McCartena okazały się niezasadne, przynajmniej pod kątem warsztatowym. Jego scenariusz jest sprawnie skonstruowany, zaczyna się i kończy w odpowiednich momentach, a dialogi – w tym filmie istotniejsze niż w poprzednich, nad którymi pracował – napisane są jednocześnie z lekkością i pietyzmem. Solidna robota scenarzysty wybrzmiewa szczególnie dobrze dzięki temu, czyje usta wypowiadają napisane przezeń słowa: rozmowy duchownych to prawdziwy koncert aktorski Jonathana Pryce’a i Anthony’ego Hopkinsa. Nie dość, że obaj Walijczycy zostali perfekcyjnie obsadzeni (zwłaszcza Pryce z racji na duże fizyczne podobieństwo do Franciszka), to jeszcze obaj wywiązali się śpiewająco z powierzonych im ról. Ich kreacje przez cały czas trwania trafiają w punkt: Pryce bez cienia fałszu wygrywa dylemat swojego bohatera, nie roniąc ani kropli z jego dobroduszności; Hopkins z kolei nie ulega pokusie demonizowania Benedykta i tworzy postać zniuansowaną, a także, mimo pozornego kontrastu z Franciszkiem, niewiele mniej od niego przyjazną.

Tak więc Dwóch papieży to pełen pozytywnej energii, ale i dojrzałej refleksji koncert aktorski, swego rodzaju buddy-movie ubrane w kardynalskie szaty i rozpisane na teologiczne dysputy – jeśli komuś to wystarczy, dobrze dla niego. Niestety, pod tą śliczną powierzchownością film Fernando Meirellesa skrywa kilka mankamentów, z których pierwszym (i mniej istotnym) jest kłujący w oczy stylistyczny eklektyzm. Przy filmowaniu rozmów Franciszka i Benedykta brazylijski reżyser i jego operator César Charlone (nagrodzony Srebrną Żabą na Camerimage) wykazali się inwencją, której nie wystarczyło na resztę dzieła. Wypełnienie większości metrażu dialogiem wywołało konieczność urozmaicenia tak scenariusza, jak i warstwy wizualnej dzieła, toteż żeby uniknąć „gadających głów”, podjęto decyzję o sfilmowaniu wspomnień Bergoglio z młodości. Niestety, wypaliło to jedynie połowicznie: retrospekcje są sprawnie wplecione w opowieść, a obsadzony jako młody jezuita Juan Minujín stanął na wysokości zadania, ale realizacyjnie wyraźnie odstają od reszty obrazu. Znacznie lepiej wypada wplecenie materiałów telewizyjnych w znakomicie zmontowaną sekwencję konklawe na początku filmu, jednak w ogólnym rozrachunku seans Dwóch papieży zostawia w poczuciu stylistycznego chaosu, który tylko w pewnym stopniu rozgrzeszają operatorskie poszukiwania.

Drugi mankament dotyczy wymowy dzieła. Dwóch papieży to nie tylko indywidualna historia dwóch duchownych, ale również opowieść o przemianach w Kościele katolickim i problemach, z którymi ta instytucja się boryka, i w tej funkcji produkcja sprawdza się znacznie gorzej. Przyjazna atmosfera, w której rozgrywa się cały dramat, niebezpiecznie zbliża całość do laurki dla dobrego papieża Franciszka i nie-tak-złego-jak-go-malują papieża Benedykta, który co prawda otaczał się przez 8 lat watykańskim przepychem, ale po tym jak usłyszał głos Boga w słowach Argentyńczyka, „nawrócił się” na takie czysto ludzkie kibicowanie swojej reprezentacji w Mistrzostwach Świata; Bergoglio tymczasem zmierzył się z demonami własnej przeszłości i dojrzał do odpowiedzialności objęcia biskupstwa rzymskiego. Obaj bohaterowie przechodzą przemianę, jednak film traktuje je z ogromną dysproporcją: spowiedź Jorge ze współpracy z juntą w latach 70. trwa niemal pół godziny, podczas gdy liczne niedopatrzenia Benedykta, z bagatelizowaniem problemu pedofilii wśród księży na czele, zamknięte zostają w zaledwie pięciominutowej scenie, która kończy się przebaczeniem grzechów i integracją ze zwiedzającymi Kaplicę Sykstyńską wiernymi. I oczywiście, w pierwszej rozmowie bohaterów w Castel Gandolfo kardynał Bergoglio ostro krytykuje stagnację, nieskromność i konserwatyzm Kościoła, ale nawet wtedy brzmi to raczej jak recepta na utrzymanie pasterskiej władzy nad milionami dusz niż nawołanie do większej otwartości na to, do czego świat Anno Domini 2012, 2019 czy 2020 naprawdę Kościoła potrzebuje.

Gdyby to była opowieść fantastyczna lub chociaż osadzona w odległej historii, byłbym skłonny cieszyć się z ciekawego rozwoju obu postaci, pozytywnego przesłania i empatii, z jaką zaprezentowano samotność najwyższych kościelnych dostojników. Kiedy (wybaczcie dobitny przykład) opowiadający o ostatnich dniach Hitlera Upadek zamiast demonizować dyktatora dostrzegł w nim iskrę człowieczeństwa, wyszedł obronną ręką dzięki 60-letniej perspektywie czasowej. Dwóch papieży opowiada jednak o ludziach, którzy rządzą światem tu i teraz, światem, w którym Kościół wciąż nadużywa swojej pozycji i ucieka od odpowiedzialności za własne grzechy. Dlatego film Meirellesa, mimo sprawnej realizacji, wybitnych kreacji aktorskich i niewątpliwej wartości rozrywkowej, pozostaje w tym względzie wątpliwy. A przecież bardziej dojrzałych spojrzeń na Kościół nie trzeba daleko szukać – choćby Boże Ciało Jana Komasy znacznie trafniej ukazuje uprzywilejowaną pozycję, jaką duchowni zajmują w społeczeństwie, którą Meirelles i McCarten zdają się, przy wszystkich dobrych chęciach, traktować jak coś oczywistego. Znamienne zdanie padające w filmie z ust Josepha Ratzingera: „Kościół, który poślubia ducha czasu, z czasem będzie owdowiały” świadczy przecież nie tylko o konserwatyzmie, ale i o pysze. Czasy się zmienią, ale Kościół będzie trwać. Na dobre i na złe.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski

Dwóch papieży

Tytuł oryginalny: „The Two Popes”

Rok: 2019

Gatunek: dramat, biograficzny

Kraj produkcji: USA, Argentyna, Wielka Brytania, Włochy

Reżyser: Fernando Meirelles

Występują: Jonathan Pryce, Anthony Hopkins, Juan Minujín i inni

Dystrybucja: Gutek Film / Netflix

Ocena: 3/5