Katapulta w mojej głowie – recenzja filmu „Dolina Bogów”

Katapulta w mojej głowie – recenzja filmu „Dolina Bogów”

Niepowtarzalna i nieprzewidywalna twórczość Lecha Majewskiego wymaga od odbiorcy zarówno zaufania, jak i krytycznej podejrzliwości. Odrębny i samotny człowiek renesansu, kapryśny erudyta obdarzony wyobraźnią zdolną kreować światy i nasycać je symbolami, nie zawsze potrafi tę wizję przekształcić w dobre kino. W zasadzie każdy kolejny film Majewskiego to zagadka. Najnowsze dokonanie polskiego artysty w przewrotnej pandemicznej rzeczywistości zajęło miejsce w kalendarzu przynależne letnim blockbusterom. Jak w świetle tej nieoczekiwanej uwagi prezentuje się zatem Dolina Bogów?

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że filmy Lecha Majewskiego istnieją same dla siebie. Ewentualnie są potrzebne ich autorowi – wizjonerowi, nie zawsze pragnącemu i potrafiącemu komunikować się z odbiorcą. A jeśli już zechce to zrobić, nie trzeba koniecznie mu wierzyć. Potrafi oczarować złożoną koncepcją świata, przytłoczyć ciężarem symboli i nie pytać, czy widz na pewno nadąża.
Onirica

Skrajnie subiektywny świat przedstawiony obserwujemy oczyma bohatera-narratora, często artysty, a więc istoty kapryśnej i nonkonformistycznej, którą nie zawsze można skłonić do wyjaśnień. Jeśli się uda, jak w przypadku Pietera Bruegla zdradzającego tajniki warsztatu kolekcjonerowi Nicolaesowi Jonghelinckowi w Młynie i krzyżu, otrzymamy nie tylko mapę umysłu artysty, ale też przybliżenie mentalności człowieka. Jeśli nie, pozostaje nam odczytywanie znaków, jak w Szklanych ustach oraz Pokoju saren. Ten bohater-narrator-artysta jest w jakimś stopniu alter ego reżysera: nie czuje się on zobowiązany podawać odbiorcy interpretacji na tacy, podrzuca mu tylko zakresy znaczeniowe i teksty kultury, których wcześniejszą znajomość uważa za obowiązkową, i to ostatecznie od językowego i emocjonalnego doświadczenia widza zależy, w jakim stopniu z tego skorzysta. Czy taki sprawdzian stanowi wyraz szacunku, czy pychy, pozostaje kwestią sporną.

Najlepsze efekty Majewski odnosi, gdy przewodnik po subiektywnym świecie, gdzie rzeczywistość i fikcja współistnieją na równych prawach, nie objaśnia wszystkiego explicite – daje wskazówki, lecz zostawia też pole do interpretacji oraz ulegania nastrojowi, umożliwiając osiągnięcie zrozumienia przez połączenie odczuwania i analizy, myśli i emocji. Być może dlatego tak mocno potrafi zadziałać oplatająca senną aurą Onirica, parafrazująca zresztą motyw wędrówki z przewodnikiem zaczerpnięty z Boskiej komedii Dantego. Podobną drogę można przebyć podczas seansu surrealistycznych Szklanych ust, w których pobrzmiewają echa awangardowych arcydzieł – Krwi poety Jeana Cocteau i Szalonego pazia Teinosukego Kinugasy. W filmie tym, pokazywanym pierwotnie w formie wideoinstalacji wykorzystującej motyw labiryntu, Majewski dezorientuje gęstą siecią wizualnych i dźwiękowych symboli, nabierających pełnego znaczenia jedynie po dodaniu do nich wartości uczuciowej, przefiltrowaniu ich przez światopogląd i biografię protagonisty. W ten sposób ułuda staje się realna, a konstrukt wyobraźni, senne marzenie nabiera znamion prawdy.

Właśnie o potędze imaginacji, a także twórczej aktywności i niepokojach artystycznej duszy opowiada często autor Pokoju saren. Jego bohaterami są jednostki poszukujące, duszące się w świecie, rozdrażnione bezsilnością, szukające ujścia dla ekspresji. Czasem rozdrażnione i zaklęte w kręgu własnego mitu (jak Wojaczek), innym razem uciekające w sen (Onirica), a kiedy indziej w bardziej świadomą wyobraźnię (Sebastian ze Szklanych ust, Bruno i Kyra w Cuba libre). Przekuwają konflikt ze światem w zrozumienie oraz zakwestionowanie swojej w nim pozycji, poznanie jego praw i przekształcenie ich w swoje własne, w budowę prywatnego, paradoksalnego uniwersum pełnego symboli, które są dla nich czytelne. Dlatego na obrazach Bruegla nie ma przypadków, a Wojaczek wychodzi przez okno jak gdyby nigdy nic. U reżysera Ogrodu rozkoszy ziemskich proces twórczy nie jest jednak gładki i przyjemny. Przypomina raczej nieustanne zmagania z ograniczeniami przyziemnej rzeczywistości (mury i kraty domu dla obłąkanych w Szklanych ustach, marazm PRL-u w Wojaczku, sytuacja polityczno-religijna Flandrii w Młynie i krzyżu), próbę przedarcia się przez gęstą mgłę żałoby, tęsknoty lub też impas wywołany traumatycznymi przeżyciami (Onirica). Poszukiwanie ścieżki między życiem a śmiercią, człowiekiem a bogiem (czasem Bogiem) to metafizyka codzienności, gdzie na przecięciu linii wertykalnych i horyzontalnych czeka być może odpowiedź. Artysta, który ten szlak odnajdzie, stanie się stworzycielem światów. Będzie mógł naginać rzeczywistość, włączając jej elementy w sferę imaginacji, ulepszając i naprawiając, porządkując, tłumacząc i pomagając innym lub tylko sobie. Na końcu tej wędrówki na twórcę nie zawsze czekają jednak szczęście i gloria spełnienia: czasem może być to tylko chwilowy spokój przed podjęciem kolejnej próby, innym razem – wytchnienie w śmierci.

Szklane usta

Opowiadanie o treści filmów Lecha Majewskiego często odnosi efekt odwrotny od zamierzonego, ale spróbuję podkreślić kluczowe elementy fabuły Doliny Bogów. Pisarz John Ecas (Josh Hartnett) zmaga się z blokadą twórczą oraz kryzysem małżeńskim. Postanawia opisać życie i działalność ekscentrycznego bogacza, Wesa Taurosa (John Malkovich), tajemniczego odludka dotkniętego osobistą tragedią. Krezus planuje otworzyć na terenie tytułowej doliny w Utah kopalnię uranu, czym wywołuje wzburzenie lokalnej społeczności Nawahów. Trzy światy, których – wydawałoby się – nic nie łączy, spotykają się i przeplatają na pograniczu rzeczywistości i fikcji.

Wiele ze wspomnianych wyżej motywów oraz metod narracyjnych dostrzec można również w Dolinie Bogów. Bohaterem-narratorem-artystą jest tym razem pisarz (a w międzyczasie pracownik korporacji) John Ecas, w twórczej aktywności szukający sposobu na przepracowanie odejścia żony. Na swej drodze spotyka najbogatszego człowieka na świecie oraz zagubione na pustkowiu plemię Indian. Wes Tauros sam zmaga się ze stratą żony i córki, szukając ukojenia w bogactwie i pieniądzu. Nawahowie natomiast proszą o pomoc bogów, w tradycji przodków widząc źródło przetrwania. Granice między rzeczywistością a fikcją rozmywają się: następstwo wydarzeń i postępowanie postaci, utkane z absurdów, paradoksów i surrealnych zachowań, może być równie dobrze wytworem wyobraźni Ecasa. Pełni on bowiem rolę przewodnika po świecie przedstawionym (a więc także po własnym wewnętrznym mikrokosmosie), a jego wędrówka stanowi centralną oś narracyjną. Odnosi się natomiast wrażenie, że ponad Ecasem-narratorem istnieje jeszcze inny narrator, patrzący z góry, przewidujący i oceniający poczynania bohaterów. Siła filmów Majewskiego tkwi w tym, że – wbrew pozorom – są one bardzo intymne: poszukiwania protagonisty nabierają znamion uniwersalnych życiowych wątpliwości, ułatwiając widzowi zrozumienie motywów jego postępowania. W najnowszym dziele tymczasem Polak ucieka się do niewybaczalnego moralizatorstwa – z artystowskim przepychem próbuje opisać różne sposoby postrzegania świata, a następnie nadać im wartość. Od razu wiadomo, kto zyskuje jego sympatię, skoro tylko jeden wierzchołek dramaturgicznego trójkąta odznacza się aktywnością – zarówno Tauros, jak i Nawahowie siedzą w klatkach swej mentalności, nie próbują wykorzystać szansy i uciec, nawet gdy drzwi zostają uchylone. Dopiero Ecas – piórem demiurga, w akcie samolubnego miłosierdzia – udziela im łaski: Tauros znajduje ukojenie w śmierci, a Indianie – w zemście bogów.

Poniekąd można było się tego spodziewać, wszak w poprzednich dziełach reżyser również identyfikował się z bohaterem-artystą, nadając mu siłę sprawczą, lecz zwykle nie przyznawał mu absolutnej racji, a przynajmniej ukazywał jego drogę jako żmudną i pełną potknięć. Ecas tymczasem dochodzi do finałowego ukojenia i poznania Ważnej Prawdy bez większych przeszkód: zarówno wizyta u terapeuty (w tej roli John Rhys-Davies), próby wyjścia z kryzysu, jak również przełamanie twórczego impasu są raczej ciągiem zaskakująco absurdalnych decyzji, którym bohater próbuje nadać mistyczny sens (spalenie samochodu, jedynego środka transportu na pustkowie, to niedorzeczna przesada zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym). Pozostałym postaciom brakuje choćby szczątkowych oznak prawdopodobieństwa, zostają one sprowadzone do anachronicznych figur retorycznych: bogacz jest ekscentryczny do granic możliwości, zblazowany i manieryczny w swej żałobie, a Indianie rekompensują sobie trudności życia pełnego biedy, stagnacji i alkoholu resztkami magicznego myślenia, trzymającego ich jeszcze w mentalnej równowadze.

Dolina Bogów

Majewski jak rzadko kiedy ociera się o banał, gdy kontrastuje ze sobą dwa światy – magii i kapitalizmu, imaginacji i inwigilacji, ekologicznej równowagi i dekadenckiego nadużycia, mitologii przeszłości i mitomanii dnia dzisiejszego, a następnie z subtelnością niedzielnego wierszoklety każe miliarderowi ukorzyć się przed „sprawczą siłą pióra pisarza”. Dodatkowo podaje te kwestie z napuszoną powagą – a wiemy przecież, że stać go na zaskakujący humor i krytyczny dystans. Przypomnieć można scenę ze Szklanych ust, gdy klęczący w kościele chłopiec rozmawia z Bogiem, czemu towarzyszą odgłosy wbijania gwoździ i zbliżenia na krwawiące dłonie Chrystusa na krzyżu. Dźwięki powtarzają się, a na twarzy chłopca maluje się emocjonalne przejęcie. Tymczasem w kolejnym ujęciu widzimy, jak pan Wiesio zbija rusztowanie pod ścianą. Taki humor pięknie podkreśla subiektywizm opowieści, nie anuluje siły przeżyć ani znaczenia symboli dla protagonisty, a jednocześnie pozwala zapytać o sposób objaśniania rzeczywistości przez człowieka. W Dolinie Bogów humoru nie ma, a dystansu wystarczyło jedynie na kilka scen.

Co gorsza, poruszanymi tematami Polak zajmował się już wielokrotnie i ze znacznie lepszym skutkiem. Można oczywiście docenić konsekwencję w eksploracji autorskich zainteresowań, jednak w efekcie otrzymujemy dzieło niezachęcające do przemyśleń, zbędne i powtarzające wcześniejsze obserwacje, rozszerzone jedynie o ryzykowny kontekst znaczeniowy (zrozumienie porządku i głębi istnienia we współczesnym świecie pełnym pułapek i zagrożeń), z którego płyną banalne wnioski, pozbawiające historię intymności i emocjonalnego zaangażowania. Zresztą odbiorca stanowi dla Majewskiego problematyczny balast, który gdzieś w połowie seansu odcina, by móc swobodnie pożeglować po prywatnym nieboskłonie. Dolina Bogów nie sprawdza się – co piszę ze smutkiem jako sympatyk dorobku polskiego autora – ani jako alegoria (jest zwyczajnie pretensjonalna), ani jako baśń (zbyt wyszukana, a przez to nieczytelna), ani jako dosłowna refleksja o dzisiejszych czasach (oczywista i spóźniona).

Dolina Bogów

Jednak nawet mało odkrywcze obserwacje i płytkie wnioski można zawsze podać w atrakcyjnej formie – z tej strony Dolina Bogów prezentuje się zdecydowanie lepiej. Wywód podzielony jest na dziesięć rozdziałów, które wraz z prologiem i epilogiem tworzą nielinearną, niekomplementarną opowieść rozgrywającą się na pograniczu rzeczywistości i fikcji. Złożona artystyczna wizja, skomponowana ze spokojem i precyzją, potrafi zachwycić rozmachem. Oddycha niespotykaną u polskiego reżysera przestrzenią: monumentalne ostańce skalne na pustyni, rozległa rezydencja Taurosa, a nawet kubatura pomieszczeń stanowią miłą odmianę po duszącej dwuwymiarowości green screenu z Młyna i krzyża czy pozbawionej głębi małoekranowej ciasnoty w Szklanych ustach. Scenografia, rekwizyty i kostiumy – szczególnie w scenach rozgrywających się w podniebnym gnieździe krezusa – przyciągają oko dezynwolturą i wyszukanym smakiem. Pewne stylistyczne dysonanse (uwierające szczególnie przy porównaniu fragmentów nakręconych tradycyjnie z tymi wygenerowanymi komputerowo) przypominają jednak, że proces powstawania filmu nie należał do najkrótszych, wymuszając budżetową elastyczność.

Reżyser Angelusa pozostaje wierny językowi wypracowanemu w poprzednich dziełach: wszechobecna siatka wertykalnych i horyzontalnych linii kieruje kompozycją świata i ruchem kamery (orle gniazdo Taurosa i siedziba indiańskich bogów – przyziemne życie Ecasa i pierwiastek „zwyczajności” w Taurosie, człowiek i bóg spotykający się na przecięciu linii). Przykładów takiego dualizmu można podać zresztą znacznie więcej: mamy wszak dwa oblicza człowieka, życie i śmierć, wodę i ogień, bogactwo i biedę, materializm i metafizykę itd.; Majewski chyba lubi sprowadzać odpowiedzi do takiej biegunowości. Po raz kolejny nasyca też opowieść symbolami, a choć sięga po nieznane lub zapomniane teksty kultury (jak hetycki mit o Ullikummi oraz podobne przekazy o wojnie bogów zaczerpnięte z kosmologii Nawahów), jednocześnie zaskakująco mocno dba o klarowność podstawowych punktów historii. Kluczowe są nawiązania do Obywatela Kane’a Wellesa; odnosi się wrażenie, że Polak rozmyślnie cytuje popkulturowe ikony (2001: Odyseję kosmiczną Kubricka, Zagubioną autostradę Lyncha, Batmana Burtona, Godzillę Hondy, nie wspominając już imperatora Palpatine’a łypiącego z tandetnego plakatu), by zwrócić uwagę, że mitologiczne filary kultury, Boską komedię, Bruegela, Goyę i Boscha przyzwyczailiśmy się poznawać poprzez przetworzone teksty bliższe nowoczesności.

Usiłując wyjść ze strefy komfortu (lub przypominając sobie dawne dokonania), próbuje Majewski być bardziej przystępny: obsadza w głównych rolach rozpoznawalnych aktorów (dawno o to nie dbał, z wyjątkiem Młyna i krzyża), kręci zdjęcia w naturalnych plenerach i zabytkowych wnętrzach zamiast konstruować je za pomocą komputera, wkleja do fabuły sceny przeciętnej prozy życia, dorzuca nieco arthouse’owego realizmu magicznego oraz oczywiste rozwiązania formalne (jak otwierające film dalekie plany samochodu jadącego drogą, gdy w tle pobrzmiewa nieszkodliwa piosenka). Ulega zmianie nawet muzyka: miejsce stałego współpracownika Józefa Skrzeka zajmuje bardziej komercyjny Jan A.P. Kaczmarek. Niestety efekt wypada co najwyżej nieprzekonująco, a chwilami wręcz śmiesznie (równie nieprzystające sekwencje oglądałem ostatnio w Głosie Pana György’a Pálfiego). Osobiście wolę, gdy Majewski nie idzie na takie kompromisy, gdyż wtedy jest bardziej frapujący, sugestywny i szczery, zmuszając odbiorcę, by dotrzymał mu kroku zamiast naginać się do jego przyzwyczajeń.

Dolina Bogów

Skażona artystycznymi kompromisami i pełna poddanych recyklingowi spostrzeżeń, Dolina Bogów jest dokonaniem rozczarowująco zbędnym oraz pozbawionym polotu. Choć reżyser Wojaczka nadal wie, jak zachwycić oprawą audiowizualną, a swe koncepcje przełożyć na język kinematografii, to skryte pod tymi ornamentami rozważania na temat człowieka zagubionego w świecie i mikrokosmosu twórcy wydają się tracić na sile i znaczeniu, a w pamięci widza pozostają przede wszystkim pojedyncze pomysły. Wygląda więc na to, że Lech Majewski upodabnia się do bohaterów swoich filmów: żyje we własnym świecie, w którym coraz mniej miejsca dla odbiorców jego dzieł. Niczym pisarz na pustkowiu, tworzy światy i napełnia je znaczeniami, nie dostrzegając tym samym, jak zmienia się otoczenie. A gdy wypuszcza z katapulty umysłu misterny produkt swej erudycji i wyobraźni, ten nie zawsze dolatuje do celu – czasem rozbija się z hukiem lub spala powoli w powietrzu. Więc próbuje ponownie. Być może taka jest droga artysty: być wiernym sobie mimo porażek.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

Dolina Bogów

Tytuł oryginalny: Valley of the Gods

Rok: 2019

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Polska / USA / Luksemburg

Reżyseria: Lech Majewski

Występują: Josh Hartnett, John Malkovich, Bérénice Marlohe i inni

Dystrybucja: Galapagos Films

Ocena: 2,5/5