Na co do kina #59: Cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina #59: Cotygodniowy przegląd premier

W nowohoryzontowej gorączce łatwo zapomnieć, że dziś piątek, a więc do kin wchodzą nowe filmy. Wydaje się, że nawet dystrybutorzy nie mają pomysłu na ostatni tydzień lipca, gdyż na naszych ekranach zagoszczą ledwie cztery premiery. Wśród nich nowe dzieło Stevena Soderbergha z Claire Foy w roli głównej, plastikowy brytyjsko-amerykański musical oparty na piosenkach zbyt znanego szwedzkiego zespołu i dwie produkcje dla młodszego odbiorcy, o których możecie zapomnieć zaraz po przeczytaniu poniższego tekstu.

PREMIERA TYGODNIA: Niepoczytalna

WYBIERAMY SIĘ: Mamma Mia! Here We Go Again

INNE PREMIERY: Moja żyrafa, Książę Czaruś

Steven Soderbergh powraca do polskich kin za sprawą thrillera psychologicznego pt. „Niepoczytalna”. To opowieść o kobiecie, za którą podążają bolesne przeżycia z przeszłości. Udaje się więc na wizytę do psychologa i nieświadomie podpisuje dobrowolne skierowanie do zakładu zamkniętego, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego czynu. „Niepoczytalna” wydaje się być kolejnym eksperymentem Stevena Soderbergha. Film z niewielkim budżetem 1,5 miliona dolarów, nakręcony za pomocą smartfona i z fabułą zaskakująco długo trzymaną w tajemnicy miał swą premierę na tegorocznym Berlinale. I choć nie należy na pewno do najlepszych dzieł autora „Seksu, kłamstw i kaset wideo”, to dowodzi jego ciągłej reżyserskiej sprawności i wielkich pokładów artystycznej pasji, jaka wciąż drzemie w amerykańskim twórcy, którego polska publiczność, zdaje się, spisała już dawno na straty. W przeciwieństwie do krytyków, nadal potrafiących docenić niecodzienne podejście Amerykanina do wyeksploatowanych wzorców kina klasy B. „Niepoczytalna” zbiera pochwały nie tylko za hipnotyzującą kreację Claire Foy, ale przede wszystkim za nowatorską stronę wizualną oraz formalną świeżość i pomysłowość, pozwalającą świadomie i z dystansem ogrywać fabularne schematy. Jednocześnie recenzenci powtarzają, że fabuła filmu nie jest zbyt ambitna ani logiczna, a wedle niektórych stanowi ona jedynie punkt wyjścia do grafomańskich, efekciarskich popisów. Mimo wszystko uznaliśmy, że całość brzmi zachęcająco. Przeczytajcie, co o filmie sądzi nasz redaktor Adrian Burz, który widział „Niepoczytalną” na Transatlantyku:

Najnowszy film Stevena Soderbergha, „Niepoczytalna”, to teoretycznie regres względem jego wcześniejszych, wieloznacznych utworów. Wszakże dzieło to można zdefiniować jako B-klasowy thriller naszpikowany nielogicznymi twistami. Jeżeli jednak spojrzeć szerzej, znajdziemy tu pewną konsekwencję. Reżyser wciąż uwielbia rejestrować wyznania osób nieczujących się dobrze ze sobą samym („Seks, kłamstwa i kasety wideo”) i wciąż tropi nieścisłości w funkcjonowaniu amerykańskiego systemu („Traffic”). Co najważniejsze zaś, nie boi się eksperymentować. Toteż swe najnowsze dzieło kręci za pomocą iPhone’a, by niestabilny klimat zakładu psychiatrycznego sfotografować przez pryzmat obiektywu odbierającego realizm poszczególnym scenom. Ten zaburzony świat obserwujemy oczyma bohaterki miewającej stany lękowe. Sawyer, nie mogąc wytrzymać z problemami, udaje się do psychiatry. Lekarka okazuje jej zrozumienie, prosi o kilka podpisów, a później… pakuje kobietę w prawdziwy koszmar. Nie jest to może wybitnie pomysłowy punkt wyjścia, ale broni się, zwłaszcza jeżeli ten szalony dreszczowiec potraktujemy z przymrużeniem oka. O jego sile nie świadczy bowiem masa trudnych tematów, jakie porusza czy użyta forma (choć niewątpliwie one pomagają). Największą frajdę daje konwencja hitchcockowskiej intrygi, jakkolwiek poplątanej, to hołdującej klasyce gatunku. Stąd, mimo że historia zmierza w niedorzeczne rejony, film gwarantuje dystans. A to ułatwia zabawę.

Adrian Burz
Adrian Burz

Sukces komercyjny filmu „Mamma Mia!” stał się wystarczającym powodem, by studio Universal ogłosiło plany nakręcenia sequela. Fani musicalu z piosenkami zespołu ABBA zachodzą w głowę, dlaczego musieli czekać aż dziesięć lat na drugą część swojej ulubionej produkcji. My natomiast zadajemy inne pytanie: „Po co?”. Faktem stało się, że „Mamma Mia! Here We Go Again” trafia właśnie na nasze ekrany, i to zaledwie tydzień po światowej premierze. Akcja dzieje się pięć lat po wydarzeniach opisanych w pierwszej części i opowiada o dalszych losach Sophie Sheridan (Amanda Seyfried). Druga linia czasowa to rok 1979 i perypetie młodej Donny (Lily James) oraz jej trzech adoratorów, przyszłych „ojców” Sophie. Za reżyserię odpowiada tym razem Ol Parker, scenarzysta cieszących się dużą popularnością filmów z serii „Hotel Marigold”. Na widzów czeka natomiast ta sama entuzjastyczna zabawa, cukierkowe piosenki w wykonaniu uśmiechniętych gwiazd i optymistyczna historia – jednak z nutką nostalgii i refleksji nad przemijaniem, jak zdradzają opinie usatysfakcjonowanych widzów. Zapewniają oni także, że druga część dorasta poziomem do poprzedniczki. Nie wiemy, czy odbierać to jako zachętę, czy przestrogę. Najwyraźniej wszystko zależy od indywidualnych gustów muzyczno-filmowych.

Mamma Mia! Here We Go Again
„Mamma Mia! Here We Go Again”

Na ekrany wchodzą także dwie propozycje dla dzieci. Pierwsza z nich to „Moja żyrafa” na podstawie wiersza „Dikkertje Dap” z 1950 roku autorstwa Annie M.G. Schmidt, nazywanej królową holenderskiej literatury dziecięcej. Bohaterami filmu są najlepsi przyjaciele, Rafał i Raf. Właśnie czeka ich pierwszy dzień w szkole, więc są trochę przejęci. Problem polega na tym, że Raf jest… żyrafą. A żyrafy nie chodzą do szkoły! Rezolutny Rafał wpada jednak na pomysł, jak temu zaradzić. „Moja żyrafa” to kolejne dzieło doświadczonej holenderskiej reżyserki, Barbary Bredero, znanej w Polsce z filmu „Morrison będzie miał siostrzyczkę”. Jej ciepłe, familijne opowieści kierowane do dzieci w wieku przedszkolnym podkreślają rolę rodziny i przyjaciół, z troską i humorem pochylając się nad problemami kilkulatków i uroczo przedstawiając świat z ich punktu widzenia. „Moja żyrafa” to dobry wybór na wycieczkę do kina z kilkuletnią pociechą.

Czym byłyby wakacje bez cotygodniowej premiery brzydkiej komputerowej animacji nieudolnie nawiązującej do większego i znacznie bardziej udanego hitu dla młodej widowni? Tym razem to „Książę Czaruś”, swoista wariacja na temat ponadczasowych baśni. Tytułowy bohater jest następcą tronu, który oświadcza się każdej napotkanej białogłowie, w tym kilku znanym księżniczkom (Śpiącej Królewnie, Kopciuszkowi i Śnieżce). Zaniepokojony ojciec, widząc że z takim dziedzicem nie zabezpieczy losów królestwa, przykazuje synowi odnaleźć jedną jedyną miłość i wziąć ją za żonę. Gdyby to było takie proste! Czaruś wyrusza na wyprawę życia w towarzystwie Laury, dziwnie odpornej na jego zaloty. Za reżyserię i scenariusz odpowiada Ross Venokur, który popełnił niedawno dzieło pt. „Rabusie fistaszków” (zapewne tylko przypadkowo podobne do „Gangu wiewióra”). „Książę Czaruś” jest prawdopodobnie taki, na jakiego wygląda – tani, nieśmieszny i właściwie nie do końca wiadomo, do kogo skierowany. Polski dubbing pozbawił nas możliwości usłyszenia piosenek w wykonaniu Sii, które może obudziłyby na chwilę naszą percepcję z letargu. Co jeszcze dziwniejsze, w wersji oryginalnej możemy usłyszeć także m.in. Steve’a Aoki, Avril Lavigne i… Johna Cleese’a. Czyżby były członek grupy Monty Pythona nie miał z czego płacić rachunków? Nie zachęcamy do zgłębiania tej tajemnicy.