Na co do kina #56: Cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina #56: Cotygodniowy przegląd premier

Pierwszy lipcowy tydzień istnieje w naszej świadomości tylko dlatego, że rozpoczyna się od zazdrosnych spojrzeń ku wybrzeżu, gdzie szczęśliwcy opalają buzie przy dźwiękach pieśni Nicka Cave’a, Depeche Mode czy Gorillaz. Jednak i dla kinomana przyjdzie szczęśliwa chwila od znoju, już 10 lipca Roman Gutek i jego ferajna ogłoszą program Nowych Horyzontów! Póki co zamiast Open’era musimy się zadowolić dokumentem o Whitney Houston, a w miejsce wrocławskich uniesień możemy spróbować filmowych dań z Filipin i Włoch. Dla fanów hollywoodzkich sztuczek mamy za to nowy film Baltasara Kormákura i komedię o zabawie w berka w gwiazdorskiej obsadzie.

PREMIERA TYGODNIA: Whitney

WYBIERAMY SIĘ: Blanka, 41 dni nadziei, Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto

INNE PREMIERY: Berek

Kevin Macdonald reżyser znany z filmów takich jak „Stan gry” czy „Ostatni król Szkocji” zachęcony sukcesem swojego dokumentu „Marley” opowiadającego historię największej ikony reggae postanowił wziąć na warsztat kolejną muzyczną legendę, czego owocem jest wchodzący do kin obraz „Whitney„.  Według relacji zagranicznych krytyków dzieło Szkota imponuje rozmiarem archiwalnych materiałów dotyczących piosenkarki oraz dotarciem do wielu osób z jej środowiska, łącznie z najbliższą rodziną. Twórca starał się pokazać karierę Huston z wielu perspektyw, pokazując widzom zarówno jej spektakularny sukces jak i smutny upadek. Dowiemy się o jej romansach, problemach z narkotykami. Przez pryzmat historii wokalistki twórcy starali się pokazać patologie showbiznesu i branży muzycznej. Całość, jak przystało na film o muzyku wzbogaca ścieżka dźwiękowa złożona przede wszystkim z utworów Whitney. Pozycja zdaje się być ciekawa nie tylko dla fanów piosenkarki. Możliwe nawet, że reżyserowi uda się powtórzyć swój największy artystyczny sukces z 2000 roku, kiedy to jego „One Day in September” został nagrodzony Oscarem za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny, chociaż na takie spekulacje jeszcze za wcześnie.

„Blanka”

Stowarzyszenie Nowe Horyzonty wprowadza do kin nagrodzoną w Wenecji „Blankę”. To familijna opowieść o jedenastolatce żyjącej na ulicach Manili. Dziewczynka z całych sił pragnie mieć rodzinę. Postanawia więc… kupić sobie mamę. Jednak skąd zdobyć pieniądze? Z pomocą przychodzi niewidomy uliczny artysta Peter, który uczy Blankę śpiewać. Niestety nie wszystko idzie po myśli dziewczynki. „Blanka” to pełnometrażowy debiut Japończyka Kohkiego Hasei. Gdy przed dwudziestu laty przybył on z Okayamy do Tokio, zaczynał jako uliczny sprzedawca zapalniczek, jednak łut szczęścia sprawił, że został asystentem reżysera w tokijskiej telewizji. Zaangażował się wtedy w twórczość artystyczną, założył galerię sztuki, zajął się fotografią i reżyserowaniem filmów oraz teledysków. Do tej pory do obiegu festiwalowego trafiły dwa jego krótkie metraże. „W/O” z 2001 roku opowiadał o galerii sztuki „Obscure”, jaką Hasei założył w opuszczonym budynku kampusu Komaba Uniwersytetu Tokijskiego. Miejsce to stało się swoistym azylem dla outsiderów, bezdomnych artystów i anarchizujących studentów, jednak po kilku latach zostało wyburzone. Hasei postanowił więc dzielić czas między dorywczą pracę w Tokio a podróże po biednych dzielnicach wielkich miast całego świata. Jego drugi krótki metraż, „Godog” z 2007 roku, został nakręcony w slumsach Manili. Hasei przybliżał warunki życia mieszkańców, ich małe smutki i radości. To właśnie Manila i mieszkające na jej ulicach dzieci szczególnie zafascynowały reżysera, a stolica Filipin stała się jego domem i polem artystycznej eksploracji. Hasei stwierdził, że spotkane w Manili dzieci napełniły go siłą, inspiracją i nadzieją. W „Blance” spróbował oddać ich energię, pogodę ducha i optymizm, portretując to środowisko realistycznie, ale uciekając od emocjonalnego szantażu i wymuszonego współczucia. Film powstał przy bardzo niewielkim budżecie i w autentycznych lokalizacjach manilskich slumsów, a wszyscy aktorzy to naturszczycy. Czy ten ambitny zamiar się powiódł, możemy się przekonać już od dzisiaj. Film pokazywany jest w Polsce w trzech wersjach językowych – z napisami, lektorem i dubbingiem.

Kolejną premierą jest „41 dni nadziei” w reżyserii Baltasara Kormákura z Shailene Woodley i Samem Claflinem w rolach głównych. Obecny na pokazie przedpremierowym Krystian już smaży dla Was recenzję. Póki co mały przedsmak w postaci szybkiej opinii na gorąco:

Kormákur po raz kolejny mierzy się z hollywoodzkim kinem spod znaku survivalu/katastrofy. Tym razem jednak z mocno zaznaczonym wątkiem miłosnym. Akcja filmu dzieje się dwutorowo. Sceny, w których Tami i Richard walczą o przetrwanie i dopłynięcie do brzegu w zniszczonym przez huragan jachcie, przeplatane są wydarzeniami, które doprowadziły do tragicznej sytuacji. Dowiadujemy się zatem, jak bohaterowie się poznali i pokochali oraz jak doszło do felernego rejsu. Dzieło islandzkiego twórcy nie dorównuje jednak katastroficznemu „Everestowi”, nie mówiąc już o najlepszych jego produkcjach z rodzinnego kraju.

Krystian Prusak
„41 dni nadziei”

Kryminał komediowy to gatunek, który ostatnimi czasy mocno podupadł. W erze, kiedy twórcy nauczyli się, że każdy dramat należy łamać humorem, na coś co stawia głównie na rozbawienie zabrakło miejsca na filmowej mapie świata. Aurora kontynuuje swoją ofensywę i między dwoma obrazami ocenianymi przez krytyków bardzo nisko (czerwcowe „Po latach” i sierpniowy „Neapol spowity tajemnicą”) wypuszcza zdecydowanie najlepiej się z nich zapowiadające „Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto”. Wenecjanin Antonio Padovan od ponad dekady żyje w Nowym Jorku, gdzie również kształcił się filmowo. Teraz z ciężarem amerykańskich doświadczeń wrócił do ojczyzny, gdzie zrealizował swój pierwszy pełny metraż. Widzów niewątpliwie przyciągnąć może obsadzony w głównej roli przysłanego na prowincję detektywa – Giuseppe Battiston. Kojarzony głównie z rolami komediowymi artysta ma w swoim dorobku aż trzy Dawidy, jednak międzynarodową sławę przyniosła mu rola Peppe w kasowym przeboju „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Spodziewać się możemy kompetentnie zrealizowanego filmu, któremu miejsce w żadnych podsumowaniach roku czy chociażby pamięci długotrwałej widzów raczej nie grozi, ale w ogólnej słabości wakacyjnego repertuaru co nam szkodzi dać mu szansę.

Aktualna propozycja dla miłośników amerykańskich komedii to „Berek”. Opowiada o grupie mężczyzn, którzy nie zdążyli jeszcze wyrosnąć z tytułowej zabawy, z wiekiem zwiększając tylko jej skalę. Co znamienne, scenariusz w pewnym sensie napisało życie, gdyż jest oparty na prawdziwej historii grupki zapaleńców. Choć oceny recenzentów nie napawają wielkim entuzjazmem, to krytyka jednogłośnie chwali przede wszystkim wybory obsadowe i twierdzi, że film różnorodnością postaci stoi. Na ekranie zobaczymy między innymi znanego z „Mad Men” Johna Hamma, Eda Helmsa („The Office”, „Kac Vegas”) czy wielkiego nieobecnego ostatniej odsłony „Avengers” – Jeremy’ego Rennera. Scenariusz współtworzy Mark Seilen, odpowiedzialny za uznany serial „Mozart in the Jungle”, a reżyseruje debiutant Jeff Tomsic. Zapowiada się szalona zabawa w duchu „Kac Vegas” z majaczącym w tle komentarzem społecznym na temat kryzysu męskości. Coming of age czterdziestolatków? Czemu nie!