Na co do kina? Cotygodniowy przegląd premier #16

Na co do kina? Cotygodniowy przegląd premier #16

Przed nami jeden z najciekawszych tygodni tego roku. Do kin wchodzi w sumie osiem premierowych filmów, z czego sześć zasługuje na to, aby się z nim zapoznać. Obok długo wyczekiwanego filmu polskiego, wyróżnionego w Karlovych Varach, także body horror w szatach europejskiego art-house'u, sequel szpiegowskiego pastiszu z Colinem Firthem, nagrodzony w Sundance melodramat LGBT, trzecia odsłona klockowego uniwersum, poetycki dokument, którego narratorem jest sam Iggy Pop, komedia francuska z Agnès Jaoui w roli głównej oraz fińsko-litewski eksperyment z formułą 4 ściany - 2 ludzi.

Długo spieraliśmy się jaki film wybrać na premierę tygodnia. Takie bogactwo zapanowało w polskich kinach, że Marcin Prymas orzekł nawet, że większość z tych filmów bez problemu latem zostałoby wybrane jako szczególnie polecane. Nie osiągnęliśmy co prawda konsensusu, ale ostatecznie wybraliśmy filmem tygodnia belgijski body-horror „Mięso”. Film Julii Ducournau podzielił naszą redakcję. Marcin Kempisty w swojej recenzji uzasadnia czemu kina inicjacyjnego nie powinno łączyć się z kanibalizmem (CZYTAJ TUTAJ). Frakcji, która entuzjastycznie zareagowała na worek obrzydliwości patronuje Adrian Burz, który po seansie na Nowych Horyzontach pisał tak:

Dojrzewanie, relacje rodzinne, starcie ideologii... W tym filmie jest wszystko, a tematy spójnie się przeplatają. Nie tyle brutalny, co bardzo wulgarny.

Adrian Burz
Adrian Burz

Najnowszy i niestety ostatni wspólny, film małżeństwa Krauzych zdobył duży rozgłos jeszcze na etapie produkcji, po raz pierwszy władze Rwandy pozwoliły kręcić zagranicznej ekipie filmować w swoim kraju, a jedną z głównych ról miała zagrać aktorka z tamtego kraju. Po premierze w Karlovych Varach produkcja dostała bardzo dobre recenzje, czego zwieńczeniem była wspólna nagroda dla najlepszej aktorki, dla duetu Budnik/Umuhire. Film opowiada prawdziwą historię polskiej ornitolożki Anny, której wieloletnie badania nad sępami w Rwandzie zostają gwałtownie przerwane przez wybuch wojny domowej. Uciekając, kobieta ratuje przed niechybną śmiercią córkę swojego współpracownika – Claudine. W filmie obserwujemy trudną relację między dwiema naznaczonymi wojną jednostkami oraz walkę o odnalezienie się w stanie pokoju, w nowej sytuacji. Nie brakuje również metaforyki, przebitek na wspomnienia z mordu, a także licznych ujęć afrykańskiej przyrody i jej brutalności. „Ptaki śpiewają w Kigali” to bardzo dobrze zrealizowana produkcja, zwłaszcza jeśli chodzi o grę aktorską, niestety niewolna od wad. Znów powracają standardowe wręcz dla polskiego kina problemy z dźwiękiem, dialogi bywają niezrozumiałe, scenariusz nie wybija się ponad solidność, a komediowe fragmenty mocno nie współgrają z całością. Jest to niewątpliwie najlepszy polski film, jaki do tej pory gościł w 2017 roku w kinach, ale mamy szczerą nadzieję, że niedługo z Gdyni napłyną jeszcze lepsze dzieła.

Ptaki śpiewają w Kigali - zdjęcia, recenzja filmu, Krauze
"Ptaki śpiewają w Kigali"

Ciekawie dzieje się również w kinie popularnym. Po kilku latach powraca na ekrany szpiegowska produkcja w reżyserii Matthew Vaughna („X-Men: Pierwsza klasa”, „Kick Ass”). W kolejnej odsłonie tak jak w przystało na sequel jest szybciej i mocniej, choć Marcin Kempisty w swojej recenzji zarzuca, że „Kingsman: Złoty krąg” zjada swój ogon i nawet nie kryje, że powtarza sprawdzony schemat z pierwszej części (CZYTAJ TUTAJ). Reszta redakcji ma wrażenie, że trochę jednak przesadza i czeka na pojedynek brytyjskich elegantów z demoniczną Julianne Moore.

Druga duża produkcja amerykańska to co tygryski lubią najbardziej czyli „LEGO® NINJAGO: FILM”. Tym razem klockowy fenomen dociera do Japonii. To swoiste ukoronowanie serialu „Lego Ninjago: Mistrzowie Spinjitzu”, który nadaje kultowa stacja Cartoon Network (wyszło w sumie 7 sezonów). Zza oceanu płyną na razie dosyć średnie recenzje (rottentomatoes 52%, metacritic 55 %), a polska prasa póki co milczy. My liczymy mimo wszystko na udaną zabawę popkulturowymi tropami. 

Piękny kraj - zdjęcie, recenzja filmu, lgbt, arthouse
"Piękny kraj"

Do wybranych kin studyjnych trafi natomiast „Piękny kraj”. Melodramat  o romansie brytyjskiego rolnika i rumuńskiego imigranta zyskuje na razie same pochlebne opinie, a z Sundance Francis Lee wyjechał z nagrodą za reżyserię. Tak o filmie pisał z Wrocławia Garret Reza:

Pastwiska Irlandii, gdzie nie ma nawet zasięgu telefonicznego. Skromna rodzina zatrudnia młodego człowieka do pomocy na farmie. Cenię sobie ten tytuł już za samo to, że chociaż opowiada o gejach, to jest wyzbyty wątków dyskryminacji. Czekałem, aż coś takiego się pojawi, ale tego nie dostałem wcześniej. Dla twórców homoseksualiści to po prostu ludzie, którzy mogą mieć normalne problemy w życiu - takie jak samotność, problemy z poczuciem własnej wartości czy podejmowanie trudnych, życiowych wyborów. Nie mogę napisać, aby był to film przełomowy, ale to co robi, robi dobrze. Opowieść potraktowana jest delikatnie i ze szczyptą optymizmu do życia. Jest w tym filmie przekonanie o tym, że przyszliśmy na ten świat, aby czuć szczęście. Widok pary głównych bohaterów przytulnych na tle deszczowej irlandzkiej zieleni i kilku owiec - czego chcieć więcej? Chyba tylko głównego bohatera o aparycji Billy'ego Elliota i głosie Toma Hardy, ale to też tu jest.

Garret Reza
Garret Reza

Na koniec trzy filmy z szeroko pojętego kina europejskiego. Najgłośniejszy z nich to hit tegorocznego Millenium Doc Film Festivalu czyli „Przeżyć: metoda Houellebecqa”. Dokument stanowi próbę przeniesienia na ekran eseju napisanego przez wybitnego francuskiego pisarza w czasach, gdy nikt jeszcze nie kojarzył jego postaci ani kąśliwego stylu. Dodatkowym wabikiem na widza staje się obsadzony w roli narratora, ale też co ciekawsze obiektu obserwacji Iggy Pop. Muzyk nieraz romansujący z kinem (pamiętne role w filmach Jima Jarmuscha) tym razem skupia na sobie całą uwagę i prowadzi nas przez meandry literackich prapoczątków Michel Houellebecq. Poetyckie próby Francuza niestety trącą pretensją i bywają niestrawne, a trzech reżyserów (w tym Reinier van Brummelen, operator Petera Greenawaya!) niezbyt radzi sobie z ego obu panów. To rodzaj seansu, który można sobie zafundować, jeśli bardzo kocha się lidera The Stooges lub autora „Uległości”.

Z francuskiej ziemi przybywa komedia „50 wiosen Aurory” (nomen omen wprowadza go… Aurora Films). To opowieść o kobiecie w średnim wieku, która staje, jakby rzekł Almodovar, „na skraju załamania nerwowego”. Traci bowiem w krótkim czasie męża, pracę i młodość, o czym zaświadcza zbliżający się poród córki, czyli fakt, że zostanie babcią. W roli tytułowej świetna, a dawno niestety u nas niewidziana Agnès Jaoui (polecamy jej własne filmy, zwłaszcza „Gusta i guściki”).

Ostatnim dziełem, które zagrają tylko nieliczne kina jest „2 noce do rana”, który trafił do Polski aż 2 lata po premierze. Fińsko-litewska koprodukcja podejmuje temat miłości, która rodzi się w nieoczekiwanej sytuacji. Dwoje nieznanych ludzi zostaje zatrzymanych w Wilnie przez erupcję wulkanu (nawiązanie do 2010, gdy popiół z islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull zasłonił niebo nad Europą co spowodowało odwołanie tysięcy lotów). Sam opis nie zachęca specjalnie do podjęcia się szukania jakie malutkie kino może grać taki film.

 

PREMIERA TYGODNIA: Mięso
WYBIERAMY SIĘ: Ptaki śpiewają w Kigali, Kingsman: Złoty krąg, LEGO® NINJAGO: FILM, Piękny kraj 
INNE PREMIERY: 2 noce do rana, 50 wiosen Aurory, Przeżyć: metoda Houellebecqa