Na co do kina? #75 – cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina? #75 – cotygodniowy przegląd premier

Mimo, że sezon festiwalowy nadal w pełnym rozkwicie i gros naszej redakcji doświadcza właśnie pereł kina azjatyckiego na Pięciu Smakach, nie można też narzekać na bieżący repertuar. Na ekranach m.in. nowy film Steve'a McQueena, dwa hity tegorocznego Berlinale, druga część spin-offu Harry'ego Pottera czy koreański wojenny blockbuster. Zdecydowanie jest w czym wybierać.

PREMIERA TYGODNIA: Wdowy

WYBIERAMY SIĘ: Touch Me Not, Utoya, 22 lipca, Hashima, Gentleman z rewolwerem, Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda, Dlaczego jesteśmy kreatywni?

INNE PREMIERY: Chleb z nieba, Poczta Świętego Mikołaja

Ulubieniec widzów i krytyków, Steve McQueen, powraca z „Wdowami”, które zostały naszą premierą tygodnia. Czwarty pełny metraż brytyjskiego reżysera to opowieść o grupie kobiet, których mężowie zostali zabici podczas nieudanego napadu rabunkowego. By wyrównać rachunki z mafią, tytułowe wdowy postanawiają położyć życie na szali, same dokonując tego, czego nie udało się ich partnerom. Film jest ekranizacją powieści Lyndy La Plante, przeniesionej już dwukrotnie na mały ekran. Scenariusz kinowej adaptacji napisała do spółki z McQueenem sama Gillian Flynn, powieściopisarka znana m.in. z „Zaginionej dziewczyny”. Także obsada skrzy się od znanych nazwisk: Viola Davis, Michelle Rodriguez, Colin Farrell, Daniel Kaluuya, Liam Neeson, Robert Duvall… Można być niemal pewnym, że „Wdowy” nie będą kolejnym przeciętnym heist movie. Filmy Brytyjczyka wyróżniają się choćby przemyślaną stroną wizualną, a i tym razem odpowiada za nią nagradzany autor zdjęć, Sean Bobbitt. Reżyser lubi także wzbogacać swe dzieła o aktualne konteksty polityczno-społeczne, przyglądać się bohaterom z niekomfortowo bliskiej perspektywy, zderzać ich z ekstremalnym zagrożeniem, co obnaża słabości, obawy, ale też podsyca pragnienia i wykuwa wewnętrzną siłę. Tego właśnie oczekujemy po „Wdowach” – oraz oczywiście kolejnej znakomitej kreacji Violi Davis. Rewelacyjne oceny zebrane do tej pory na Metacriticu i Rotten Tomatoes (odpowiednio: 87 i 91%) pozwalają mieć nadzieję, że i tym razem McQueen nie zawiódł.

Kolejną ważną premierę tego tygodnia, część naszej redakcji miała już okazję oglądać, chociażby na festiwalu Nowe Horyzonty. Przekonajcie się co Anna Wieczorek myśli o nagrodzonym w Berlinie „Touch Me Not” czytając fragment jej recenzji.

Kilka sekwencji jest na granicy dobrego smaku i w środowiskach mniej liberalnych może powodować oburzenie. Jednocześnie łamią one tabu niepełnosprawności i inności, jednak na pewno nie w subtelny i wyważony sposób. Sceny zrealizowane w klubie widocznie kontrastują z resztą filmu. Są ciemne, daleko im od naturalności, bazują na erotyce, a nie dialogu. W połączeniu z ujadaniem psów występującym w filmie chwilę wcześniej można odczytać je jako symbol zezwierzęcenia. Najwidoczniej reżyserce podczas pracy nad filmem przyświecała myśl “nic co ludzkie nie jest mi obce”. “Touch Me Not” jest gloryfikacją człowieczeństwa w każdej jego postaci. Zgodą na ułomność i niedoskonałość. Przyzwoleniem na emocjonalność. Nie jest bezbłędne, ale niepodważalnie potrzebne.

Ania Wieczorek
Anna Wieczorek
"Touch Me Not"

W naszej redakcji panuje rozdźwięk w ocenie prezentowanego w Berlinie filmu Erica Poppego „Utoya, 22 lipca”. Wyraz dezaprobaty wobec strategii norweskiego reżysera dał w swojej recenzji  Maciej Kowalczyk:

“Poppe stara się za wszelką cenę udowodnić, że jego celem jest uświęcenie poległych w masakrze i jak najwierniejsze odmalowanie ich przeżyć. Rzucając dygresję, że helikoptery telewizyjne pojawiają się nad wyspą szybciej niż policyjne, próbuje nawet upiec jeszcze jedną pieczeń. Dopieka cynicznym mediom żerującym na ludzkim nieszczęściu. Szkoda, że sam okazuje się podobną hieną. Trzeba oddać Norwegowi, że unika przemocy i rozlewu krwi. Zagrożenie zamiast eksploatacją buduje salwami odległych serii maszynowych i baczną obserwacją twarzy zbiegów. Wpada jednak w inną pułapkę, bo spijając każdą łzę, krzyk, grymas bólu, niebezpiecznie zbliża się do granicy przyzwoitości i dobrego smaku. Reżyser „Wyboru króla” dla własnego zawodowego powodzenia babra się w ich cierpieniu, nie zważając na uczucia rodzin zmarłych i świadków. Być może pewne tematy powinny po prostu pozostać na zawsze zamknięte zamiast dawać pożywkę niskim instynktom”.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

Tytułowa Hashima, w dosłownym tłumaczeniu „Wyspa graniczna”, zwana także „Wyspa okręt wojenny”, to aktualnie opuszczone miejsce 15 kilometrów od Nagasaki. Tam pośrodku morza od lat 30. znajdował się bardzo ważny, należący do Mitsubishi ośrodek przemysłowy wyrosły na wielkich, podmorskich złożach węgla kamiennego. Wyspa została sztucznie powiększona i otoczona imponującym falochronem. Od lat 30. XX wieku Imperium rozpoczęło masowe zwożenie tam ludności z okupowanej Korei i Chin, aby w morderczych warunkach pracowali na chwałę cesarza. Właśnie o nich opowiada ta największa w historii koreańska superprodukcja. Musimy jednak pamiętać, by nie wszystko, co zostało w niej pokazane, brać za pewnik, gdyż już po premierze historyczna poprawność obrazu została podana w wątpliwość, a nawet sami twórcy przyznają, że opowieść przedstawiona jest czystą fikcją osadzoną jedynie na kanwie prawdy.

Każdy, kto oglądał jakiś inny koreański film rozrywkowy, chociażby głośne „Zombie Express” sprzed dwóch lat, nie będzie zdziwiony, że słowo „subtelność” nie jest znane ani reżyserowi, ani scenarzyście. „Hashima” to zrobiony ku uciesze tłumów plastikowy blockbuster przypominający nieraz raczej indyjskiego „Bahubaliego” albo dalekowschodnie gry komputerowe niż to, co mamy na co dzień okazję spotkać w kinie. Antagoniści są pokazani w sposób wręcz komiksowy – dość powiedzieć, że jeden z nich idąc w zwolnionym tempie przez pole bitwy kładzie z pistoletu kilkanaście osób, po czym zostaje podpalony żywcem, a na końcu zostaje mu odcięta głowa jego własną kataną. Starcia są widowiskowe, często bardzo pomysłowe; kamera, zwłaszcza w finale, co chwila przeskakuje między bohaterami i częściami wyspy, mimo to ani na chwilę nie tracimy orientacji w tym, co się przed nami dzieje, co świadczy o dużym kunszcie realizatorskim. Przy tym jest to dzieło do cna postmodernistyczne, w niektórych momentach świat staje się czarno-biały, z melodramatu przeskakujemy w środek szpiegowskiej intrygi, po to by za chwilę dostać scenę żywcem wyjętą z „Czasu Apokalipsy”. Z kolei w finale towarzyszy nam kompozycja Ennio Morricone z „Dobrego, złego i brzydkiego”. Absolutne ekranowe szaleństwo nie pozwala się widzowi ani na chwilę nudzić.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Utoya - 22 lipca
"Utoya, 22 lipca"

Jedną z hollywoodzkich propozycji na ten weekend jest komedia kryminalna „Gentleman z rewolwerem” z Robertem Redfordem w tytułowej roli. Moim pierwszym wrażeniem po zobaczeniu plakatu promującego film była myśl, że twórcy będą chcieli powtórzyć schemat ze „W starym dobrym stylu” i stworzyć heist movie, w którym napadać na banki będą emeryci. Jednak zwiastun pokazał mi, że się myliłem. Fabułą filmu jest oparta na faktach historia mężczyzny, który większość życia przesiedział w więzieniu i nawet kiedy wyszedł z niego, będąc już w dostojnym wieku, wciąż nie zamierzał zmienić fachu. Za reżyserię odpowiada David Lowery, twórca chociażby niezwykle nietypowego horroru „Ghost Story”, więc i po jego najnowszym dziele spodziewam się pewnej nieszablonowości. Film mocno odwołuje się do estetyki Dzikiego Zachodu, zarówno lokacjami jak i ścieżką dźwiękową, więc fani tych klimatów powinni dać mu szansę.

Dwa lata fani uniwersum Harry’ego Pottera czekali na drugą część prequela/spin-offu cyklu, czyli „Fantastycznych zwierząt”. Akcja „Zbrodni Grindelwalda” przenosi nas tym razem do Paryża. Ekipa Newta Skamandera (Eddie Redmayne) ma pomóc młodemu Dumbledore’owi (Jude Law) w walce z dawnym przyjacielem, tytułowym czarodziejem, który zszedł na złą drogę. Zarówno Johnny Depp, który pojawił się już w poprzedniej części na chwilę, jak i Law chwaleni są przez krytyków za swoje role. Pojawiają się nawet sugestie, że po raz pierwszy ujawniona zostanie tożsamość seksualna przyszłego dyrektora Hogwartu. Niestety z recenzji wynika, że scenariusz Rowling jest bardzo chaotyczny, przez co to najsłabsza część cyklu. Na Rotten Tomatoes to pierwsza odsłona, która otrzymała zgniłego pomidora. Polscy widzowie obejrzą film równocześnie z amerykańskimi, jednak w kilku krajach przed paroma dniami film już wszedł do kin i zarobił 10,1 miliona dolarów w pierwszy dzień. Prognoza rynku wewnętrznego zakłada przychód na poziomie 65-75 milionów dolarów, dużo niżej niż największe hity roku. Zatem różdżki w dłoń i do IMAX-u.

"Zbrodnie Grinewalda"

Trzydzieści lat temu Hermann Vaske zadał sobie pytanie, które nie dawało mu od tamtego czasu spokoju: „Dlaczego jesteśmy kreatywni?” By uzyskać jak najpełniejszą odpowiedź, postanowił zapytać o tę kwestię najznamienitsze osobistości świata, m.in. Davida Bowie, Dalajlamę, Quentina Tarantino, Umberto Eco, Wima Wendersa i wielu, wielu innych. Zdobył razem 50 bezcennych wywiadów, które oddzielnie obrazują wyjątkowość każdej osobowości, a razem być może odkrywają odpowiedź na tytułowe pytanie, jednak o tym musicie przekonać się sami.

W Mediolanie liczba bezdomnych kształtuje się na poziomie około 60 tysięcy i „Chleb z nieba” jest smutnym zapisem tego zjawiska. Dwoje bezdomnych ludzi, Lilli i Annibale, znajduje w Wigilię w śmietniku dziecko i zanosi je do szpitala. Jednak tam noworodek jest niewidoczny dla personelu. Widzi go zaledwie garstka osób z marginesu społecznego, w tym Annibale odgrywany przez Sergia Leone. Tylko szczerze skruszone serca mogą dostąpić łaski zobaczenia oblicza nowonarodzonego dziecięcia. Czuć tu czytelną analogię do historii Jezusa. Twórca bazował przy tym na własnych doświadczeniach z czasów, kiedy pomagał ubogim jako wolontariusz. Reżyser przyznaje, że zależało mu na wzbudzeniu empatii poprzez ukazanie postaci, które zasługują na coś więcej, a zamiast tego wiodą udręczony żywot. Ten paradokumentalny kształt wyróżnia film na tle ostatnich produkcji z podobną misją, jak choćby „Zmartwychwstałego”, gdzie wykorzystano podobny motyw.

A co dla milusińskich? Propozycją jest „Poczta Świętego Mikołaja”. Co prawda będzie to animacja nadgryzająca nieco legendy, jakoby prezenty były dostarczane w wielkich saniach zaprzężonych w renifery, przez jedną osobę. Okazuje się, iż duchy Bożego Narodzenia mają całą korporację kurierską, która musi się zmierzyć z rosnącym zapotrzebowaniem klientów. Nie jest to może wizja tak magiczna, jak klasyczne baśnie, lecz powiemy wam w tajemnicy – bardzo bliska prawdy. Sam film zaś, mimo że okraszony nieschludną animacją, oceniany jest raczej pozytywnie, choć dotąd widziała go zaledwie garstka krytyków. Dorośli wprawdzie wiele w nim nie znajdą, ale maluchy winny być zadowolone.