Na co do kina? #73 – cotygodniowy przegląd premier

Za moment wpadniemy w prawdziwy cyklon festiwali, a dystrybutorzy nie ułatwiają zadania, bo przed nami chyba najbardziej zajmujący tydzień tego roku. Wielki pojedynek stoczą Queen i Freddie Mercury ze wspieranym przez machinę Disneya Piotrem Czajkowskim. Naszym faworytem pozostaje jednak arcyciekawa wariacja kultowej „Suspirii”, która choć niepozbawiona wad, urzeka nastrojem i stanowi przeżycie kinowe per se. Nie przegapcie też animacji według książki Ryszarda Kapuścińskiego oraz trzech przedstawicieli arthouse'u: paragwajskiego kandydata do Oscara, nowego filmu Jafara Panahiego oraz estońskiej baśni wprowadzanej na ekrany przez nowego gracza na rynku, czyli Velvet Spoon.

PREMIERA TYGODNIA: Suspiria

WYBIERAMY SIĘ: Bohemian Rhapsody, Dziedziczki, Trzy twarze, Jeszcze dzień życia, Listopad

INNE PREMIERY: Oblicze mroku, Dziadek do orzechów i cztery królestwa, Dagadana. Świat bez granic

Do kin wchodzi dziś „Suspiria” Luki Guadagnino, remake prawdopodobnie najbardziej kultowego obrazu Dario Argento. Czy warto zobaczyć ten film? Okazuje się, że tak, o czym przekonuje nas Paweł Tesznar. Oto fragment recenzji, będącej również próbą analizy i porównania z oryginałem:

Najnowsza „Suspiria” to fascynująca podróż w nieznane. Nie wiadomo dokąd zmierza – a przy tym nieustannie zmienia kierunek i tempo. Od filmu przygodowego lub detektywistycznego, przez aluzje polityczne i tropy feministyczne, po horror metafizyczny i fragmenty, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się w teledysku jakiejś grupy death-metalowej.

Cielesność i dotyk są jednym z ważnych tematów filmu, nic więc dziwnego, że został on tak zrealizowany, byśmy mogli niemal namacalnie poczuć chłód marmurów szkolnego hallu lub woń zakurzonego parkietu sali, tańca, dostrzec ślad po dłoni odbity na lustrzanej ścianie, wsłuchać się w tytułowe westchnienia i odgłosy wydobywające się już nie „znikąd”, jak to było u Argento, ale z bardzo konkretnych ust ciał tańczących, biegnących, śpiących, dogorywających i konających.

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar
Bohemian Rhapsody
„Bohemian Rapsody”

Droga „Bohemian Rhapsody” na ekrany kinowe nie była usłana różami. Plany powstania filmu opowiadającego o zespole Queen od jego założenia do śmierci Freddie’ego Mercury’ego ogłoszono we wrześniu 2010 r. Od początku mocno zaangażowani byli dwaj ostatni członkowie grupy, Brian May i Roger Taylor, i nikt nie ukrywał, że to oni rozdają karty. Pierwszym poważnym kandydatem do zagrania frontmana zespołu był Sacha Baron Cohen, jednak poróżniony z producentami ustąpił miejsca w grudniu 2013 r. Benowi Whishawowi (który opuścił projekt półtora roku później). Wobec poważnych problemów ze scenariuszem wydawało się nawet, że film wcale nie powstanie. Tekst autorstwa Petera Morgana („Frost/Nixon”) wyrzucono ostatecznie do kosza, a nowy skrypt napisał Anthony McCarten („Teoria wszystkiego”). Odtwórcę roli Mercury’ego znaleziono dopiero w listopadzie 2016 r. Został nim Rami Malek, znany z serialu „Mr. Robot”. Pozostało więc wybranie reżysera. Przez kilka miesięcy z projektem związany był Anglik Dexter Fletcher („Wild Bill”, „Sunshine on Leith”), lecz na początku 2017 r. wybrano zdecydowanie bardziej znanego i doświadczonego Bryana Singera, specjalistę od wysokobudżetowych hollywoodzkich widowisk. Rozpoczęto więc zdjęcia i wszystko wydawało się w końcu iść zgodnie z planem, gdy niespodziewanie w grudniu produkcję wstrzymano. Powodem było… zniknięcie Bryana Singera. Zgodnie z zapisami umowy reżysera zwolniono za to nieodpowiedzialne zachowanie (mówiono o nieustannych kłótniach z Malekiem, choć sam Singer tłumaczył się problemami rodzinnymi) i ściągnięto na plan Dextera Fletchera. Anglik nakręcił jedną trzecią filmu, lecz – zgodnie z wytycznymi DGA – nie został wymieniony w czołówce. Czego możemy się zatem spodziewać po „Bohemian Rhapsody”? Pierwsze opinie wskazują, że to produkcja zachwycająca dbałością o stronę wizualną (od strojów z epoki po odtworzenie fizys Mercury’ego) i wykorzystaniem muzyki (zmontowanej z oryginalnych wykonań z dodatkiem głosu Maleka i kanadyjskiego piosenkarza Marca Martela), a także żywiołową kreacją głównego aktora, lecz pozostawiająca wiele do życzenia, jeśli chodzi o scenariusz. Jest on ponoć do bólu sztampowy, zamiast szczerego przedstawienia życiorysu Mercury’ego i Queen próbuje utwierdzać mit tragicznego piosenkarza, a niezgodności z faktami są olbrzymie. Czy przeszkadza to w odbiorze tego rozrywkowego widowiska? Więcej już wkrótce w naszej recenzji.

W tym mocnym zestawie łatwo pominąć prawdziwe perełki. Jedną z nich jest niewątpliwe paragwajski kandydat do Oscara, „Dziedziczki”. Dzieło Marcelo Martinessiego na Wiośnie Filmów oglądał Maciej Kowalczyk. Poniżej krótka opinia, a po więcej szczegółów zerknijcie do jego recenzji filmu.

„Dziedziczki” nieoczekiwanie stały się rewelacją tegorocznego festiwalu w Berlinie, zbierając nie tylko dobre noty od krytyków, ale otrzymując też Nagrodę im. Alfreda Bauera i Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszej aktorki oraz główny laur od FIPRESCI. Film Marcelo Martinessiego wpisuje się w popularny w Ameryce Południowej trend opowiadania o perypetiach nieco starszych niż zazwyczaj bohaterów. Opowiada o powolnym budzeniu się świadomości, wychodzeniu z czyjegoś cienia, wskoczeniu do potoku życia, który płynął leniwie gdzieś obok. O podobnych problemach traktowała pokazywana w Wenecji „Hannah” Andrei Pallaoro. Tam bohaterka (popisowo zagrana przez Charlotte Rampling) również musiała dostać obuchem w głowę – jej mąż trafił do aresztu, a ona nagle pojęła, ile lat straciła u jego boku. „Dziedziczki” nie popadają w tak dramatyczne tony, bo i protagonistka nie czuje przeszywającego bólu, i jej partnerka ma mniej za uszami.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

W Cannes mieliśmy przyjemność zobaczyć najnowszy film Jafara Panahiego pt. „Trzy twarze”. To komediodramat, w którym irański twórca odchodzi od wielu zasad swojego „niefilmu” dzięki wolności, jaką daje mu wyjazd na głęboką prowincję. Zapoznajcie się z krótką opinią Marcina Prymasa, a więcej informacji znajdziecie w recenzji filmu.

Niczym u Hitchcocka produkcja rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, w tym przypadku amatorskiego nagrania próby samobójczej młodej dziewczyny, której rodzina uniemożliwiła zostanie aktorką. Filmik za pośrednictwem Panahiego trafia do czołowej aktorki serialowej Behnaz Jafari. W materiale zostaje wywołana jako winna tragedii przez swoją bierność i wstrząśnięta decyduje się wyruszyć z reżyserem na wyprawę w celu znalezienia autorki.

Jest to niewątpliwie najambitniejszy scenariusz Panahiego od czasu wyroku, a być może w całej karierze. Artysta wychodzi z założenia, że o życiu codziennym w dawnej Persji, absurdach i dramatach temu towarzyszących on i jego krajanie opowiedzieli już wszystko kilkukrotnie,. Tym razem dostajemy coś większego. Pod płaszczykiem kolejnej opowieści o tym, że w konserwatywnym społeczeństwie ludzie też są pomysłowi, też mają swoje potrzeby, a ortodoksyjny islam w narodzie występuje tylko w propagandzie, reżyser opowiada o irańskiej kinematografii.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Jeszcze jeden dzień
„Jeszcze dzień życia”

Kolejnym hitem tego tygodnia z pewnością będzie jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich premier tego roku. Chodzi oczywiście o animowany dokument „Jeszcze dzień życia” stworzony przez Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente, opowiadający historię Ryszarda Kapuścińskiego podczas wojny w Angoli. Marcin Grudziąż widział ten film podczas festiwalu Nowe Horyzonty i postanowił podzielić się swoimi spostrzeżeniami.


Można powiedzieć, że życie Ryszarda Kapuścińskiego to gotowy materiał na kilka, jeśli nie kilkanaście filmów. Wszak człowiek ten nieraz znajdował się w miejscach, w których decydowały się losy świata. Wybór Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente jest nieco nieoczywisty, gdyż popularnością „Jeszcze dzień życia” nie umywa się do „Hebanu” czy „Cesarza”, ale biorąc pod uwagę, ile działo się podczas wojny w Angoli, można stwierdzić, że to właśnie dzienniki stamtąd są idealnym materiałem na film. Forma, w jakiej podano nam przygody polskiego kronikarza, jest niecodzienna. Jest to oparta na grze aktorskiej animacja do bólu przypominająca grę komputerową „XIII”, filmy Linklatera czy wreszcie „Walc z Bashirem”, do którego upodabnia go również tematyka. W przypadku dokumentu Ariego Folmana takie podejście było uznane za nowatorskie i odważne, u Nenowa można już mówić o pewnej odtwórczości, ale mimo to koncepcja broni się, pozwalając możliwie wiernie odtworzyć realia wojenne bez wielkiego budżetu. Sama fabuła momentami porywa, chociaż mam wrażenie, że zbyt wiele czerpie z estetyki kina akcji, którego nie szukałem w tego rodzaju dziele. Olbrzymie wrażenie pozostawia fakt, że twórcom udało się dotrzeć do żyjących bohaterów tamtych zdarzeń i namówić ich do podzielenia się wspomnieniami, co sprawia, że widzowie mogą mieć ogląd sytuacji z wielu perspektyw. Warto przyjrzeć się tej produkcji ze względu zarówno na walory estetyczne, jak i jej wartość historyczno-edukacyjną.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Listopad
„Listopad”

W tym tygodniu na polskim rynku debiutuje nowy dystrybutor – Velvet Spoon. Za to przedsięwzięcie odpowiadają ludzie znani z takich inicjatyw jak VHS Hell czy Octopus. Zamierzają oni promować przede wszystkim kino gatunkowe z autorskim sznytem. Na początek zapraszają do wybranych kin na estoński „Listopad” będący adaptacją powieści Andrusa Kivirakha. To mroczna baśń mocno zanurzona w lokalnym folklorze, sprytnie żonglująca gatunkowymi tropami: od romansu, przez czarną komedię, po horror. Krytycy chwalą przede wszystkim gęsty nastrój filmu tworzony w dużej mierze przez niezwykle estetyczne czarno-białe zdjęcia. Często też padają porównania do Czarownicy” Robberta Eggersa. Brzmi jak idealna propozycja na długie jesienne wieczory.

Co prawda Halloween już za nami, ale jeżeli poziom strachu w Waszym organizmie wciąż jest niedostateczny, macie szansę nadrobić jeszcze „Oblicze mroku”. Film bardzo zimno przyjęła większość naszej redakcji, ale nie do końca zgadza się z tym Adrian Burz. Przeczytajcie jego opinię:

W dziesiątkach horrorów mogliśmy zobaczyć scenę, gdy postać przegląda się w lustrze, a jej odbicie zaczyna żyć własnym życiem. W „Obliczu mroku” nie jest to jednak pomysł na jumpscare, a podstawa fabuły. Stłamszona nastolatka Maria odkrywa, że po drugiej stronie zwierciadła mieszka pewna siebie Airam, towarzysząca jej przez całe życie. Gdy główna bohaterka popada w coraz większą apatię, Airam postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. „Oblicze mroku” to synteza „Carrie” Kinga w interpretacji De Palmy z „Maską diabła” Romero. Jakościowo bliżej filmowi do tego ostatniego, choć motywów fabularnych czerpie sporo z twórczości dwóch pierwszych wymienionych panów. Spieszę jednak przypomnieć, iż nie mamy do czynienia z intensywnym horrorem, gdzie trup ściele się gęsto, a zjawy wyskakują znienacka. Ciężar został położony na obyczajowe motywy, wątki walki z kompleksami i relacje rodzinne bohaterki. Strach przemawia tymczasem za pośrednictwem koszmarów sennych oraz ostatnich 20 minut filmu. Te nieoczywiste dawkowanie gatunkowych elementów doceniam, jak również muszę podkreślić, że miło zobaczyć film o dwóch obliczach jednej osoby, w którym „zły bliźniak” nie jest do końca negatywną postacią. Wszakże jak się okazuje, mimo sadystycznych skłonności, Airam również ma swoje kompleksy, nie jest jedynie chodzącym gniewem. Przestrzegam, to nie jest do końca udany seans, choćby poprzez karykaturalne postaci otaczające główne bohaterki czy popowy charakter utworu. Ja jednak wczułem się w film na tyle dobrze, by czasami przymykać oko na tuziny niedostatków.

Adrian Burz
Adrian Burz

A co dla młodszych kinomanów, których na horror przecież nie zabierzemy? Rozsądną propozycją wydaje się najnowszy film Disneya, „Dziadek do orzechów i cztery królestwa”. Gwiazdorsko obsadzona (Freeman, Mirren, Knightley) baśń oparta o klasyczne opowiadanie E.T.A. Hoffmanna. Estetyka trailera to cukierkowa wizja rodem z kolorowego domku dla lalek. Nasuwa to co prawda miłe skojarzenia z burtonowską „Alicją w krainie czarów”, ale także straszy słabym CGI. Co na tę propozycję prasa? Na metacritic.com dominują negatywne głosy wytykające filmowi, że jest jedynie chaotycznym zlepkiem konwencji. Co prawda wszyscy zgadzają się, że aktorsko film nie zawodzi, ale to chyba zbyt mało, by wybór tego seansu nazwać słusznym.

Jako ostatni przedstawiamy wam w tym tygodniu dokument poświęcony azjatyckiej trasie koncertowej polsko-ukraińskiego zespołu Dagadana. Łączy on ze sobą tradycyjne piosenki słowiańskie z jazzem i elektroniką. W podróż przez Chiny, Malezję, wyspę Bali i Singapur zabierze nas towarzyszący muzykom Paweł Zambel – reżyser i producent filmu. Czego się spodziewać? Nie mamy pojęcia, ale jeżeli zachęcił was opis, to „Dagadana. Świat bez granic” możecie od dziś zobaczyć w wybranych kinach studyjnych.