Na co do kina #71: Cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina #71: Cotygodniowy przegląd premier

Kinowy pociąg rozpędza się na dobre. Sezon festiwali (my nadal w większości na Warszawskim Festiwalu Filmowym) nie może przyćmić zupełnie premier trafiających do dystrybucji. Zwłaszcza, że znajdziemy pośród nich nowe projekty Gaspara Noé, Siergieja Łoźnicy czy Damiena Chazelle'a. A warto zwrócić też uwagę na dwa polskie filmy pokazywane niedawno w Gdyni czy francuski dramat oklaskiwany w Berlinie.

PREMIERA TYGODNIA: Climax

WYBIERAMY SIĘ: Pierwszy człowiek, Donbas, Jak pies z kotem, Z perspektywy Paryża, Zwyczajna przysługa, 53 wojny

INNE PREMIERY: Uwolnij mnie, Książka Lili

Na premierę tygodnia niemal jednogłośnie wybraliśmy „Climax” – najnowsze dzieło Gaspara Noé, które większość redakcji już widziała. Ten niebezpieczny, zostawiający trwałe ślady na psychice film polecamy widzom o mocnych nerwach. Wszak czego innego spodziewać się po naczelnym prowokatorze europejskiego kina? Tak w swojej recenzji pisze o nim Grzegorz:

Miłośników party movies przestrzegam, że nie jest to w żadnym stopniu obraz pochodny choćby „Projektowi X”. Istnieje szansa, iż po seansie może na dobre odechcieć się intensywnego imprezowania, szczególnie w niezaufanym towarzystwie. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że Argentyńczyk przypadkowo nakręcił film interwencyjny, ku przestrodze. Niezależnie od tego, czy Wasze doświadczenie zakończy się tytułowym climaxem, czy traumą wymagającą konsultacji psychiatrycznych, warto dać się zamknąć na półtorej godziny w kinie. Najlepiej bez możliwości ucieczki.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

Największej frekwencji należy się prawdopodobnie spodziewać na seansach filmu „Pierwszy człowiek”, długo wyczekiwanej biografii Neila Armstronga wyreżyserowanej przez twórcę „Whiplash” i “La La Landu”. Jest to ciekawy zwrot w karierze młodego filmowca, który prawdopodobnie chce, aby przestano kojarzyć go wyłącznie z produkcjami ściśle związanymi z muzyką i show biznesem. Pierwsze recenzje są nader optymistyczne i wróżą niesamowicie dopracowaną technicznie i świetnie zagraną biografię człowieka, będącego przez krótką chwilę na oczach całego świata, podczas misji, która przy najmniejszym niepowodzeniu może oznaczać śmierć. Wobec szalonego „Climaxu” film Chazelle’a jawi się jako propozycja dla widzów, którzy wolą solidne, uniwersalne i dobrze zrobione „oscarowe” kino od nieszablonowych przeżyć. Bez dwóch zdań zarówno niedzielni widzowie, jak i krytycy będą chcieli zobaczyć to dzieło, zwłaszcza że już mówi się o tym, że może ono zdominować najbliższą galę Nagród Akademii.

Pierwszy człowiek
„Pierwszy człowiek”

A tak o najnowszym komediodramacie w reżyserii Janusza Kondratiuka  – „Jak pies z kotem” – wypowiada się Marcin Prymas:

„Jak pies z kotem” to zapis prawdziwych wydarzeń sprzed kilku lat. Andrzej Kondratiuk (Olgierd Łukaszewicz) po kolejnym udarze zostaje wzięty pod opiekę przez swojego młodszego brata Janusza (Robert Więckiewicz) i jego żonę Beatę (Bożena Stachura). Dodatkowo mamy jeszcze wolny elektron w postaci walczącej z alkoholizmem Igi Cembrzyńskiej, partnerki Andrzeja, która próbuje pomóc miłości swojego życia, ale sama pomocy potrzebuje.

Przez 100 minut Janusz Kondratiuk portretuje samego siebie i swoich najbliższych. Kręci film w swoim domu, w mieszkaniu zmarłego Andrzeja. Przed kamerę pcha swoje (wyjątkowo nieutalentowane aktorsko) dzieci. Prawdziwość filmu jest jego najciekawszym elementem, a przy tym stanowczo największą wadą. Żyjący w cieniu bardziej uzdolnionego brata twórca z jednej strony chciałby opowiadać o zażegnanym w obliczu ostateczności wieloletnim konflikcie charakterów, na co wskazuje chociażby tytuł filmu, z drugiej jednak nie umie się powstrzymać przed wystawieniem laurki sobie i bliskim.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
„Zwyczajna przysługa”

Kolejnym tytułem, który udało nam się w tym tygodniu zobaczyć przedpremierowo, jest „Zwyczajna przysługa”. Poniżej zamieszczamy fragment recenzji autorstwa Anny Grudziąż:

Humoru w filmie nie brakuje, choć najbardziej skoncentrowany jest on w pierwszej godzinie. Jeżeli chodzi o jego jakość, to z pewnością można się pośmiać, chociaż trafiają się też mniej strawne kawałki. Akcja rozwija się bardzo powoli, a kiedy w końcu się rozkręca, to pędzi z wręcz absurdalną szybkością, czego kulminacją jest finał w niezwykle kiepskim stylu. Wątek kryminalny nie trzyma w napięciu i jest dość rozczarowujący, a wszystkie zwroty akcji zawarte w ostatnich dwudziestu minutach filmu spokojnie wystarczyłyby do rozpisania serialu.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż

Tymczasem zajrzymy do kin studyjnych. Przywita nas w nich nowy film Siergieja Łoźnicy pod tytułem Donbas”. Na festiwalu Transatlantyk widział go już Adrian Burz. Poniżej dzieli się wrażeniami:

Łoźnica nakręcił najczarniejszą z czarnych komedii. Konflikt rosyjsko-ukraiński w jego obiektywie przybiera kształt niesmacznej farsy. W kilku epizodach obserwujemy, jak ludność cywilna przeżywa stan wojny hybrydowej. Obraz podzielony został na kilka epizodów, a wszystkie reżyser oparł o filmiki internetowe, które wyciekły ze strefy konfliktu. Łoźnica w kolejnych nowelach obnaża absurd zaistniałych sytuacji, nie rezygnując z mocnych, dosadnych scen. Ekran wypełni przemoc, agresja, akty łamania praw ludzkich. Tym samym nie będzie to seans przyjemny, ale na pewno potrzebny.

Adrian Burz
Adrian Burz
53 Wojny
„53 wojny"

Kolejną polską produkcją, która właśnie zawitała na ekrany, są 53 wojny Ewy Bukowskiej. Film widziała Ola Szwarc:

Już dziś na ekrany wchodzi obraz niezwykle ważny społecznie. Historia inspirowana perspektywą Grażyny Jagielskiej opisaną w "Miłości z kamienia". Ukazuje los kobiety w uwikłanej w pewną pułapkę bez wyjścia. Mąż, korespondent na wojnie. Wieczny strach. Porzucenie swoich priorytetów na rzecz drugiej osoby. Sytuacja ciągle zatacza koło. Wyjazd. Strach. Powrót. Co jeśli kiedyś w drzwiach zamiast niego stanie ktoś inny? Warto "53 wojny" zobaczyć nie tylko ze względu na fabułę, ale i dla brawurowej roli Magdaleny Popławskiej. Ewa Bukowska reżyserując ten film, śmiejąc się i płacząc na przemian, składa hołd wszystkim kobietom, dzięki którym kariera ich partnerów była możliwa. Idealny seans na piątkowe kontemplacje!

Ola Szwarc
Aleksandra Szwarc

Dramat Z perspektywy Paryża” zdążyła już obejrzeć Ania Wieczorek i podzieliła się doznaniami z seansu w swojej recenzji. A oto jej fragment:

Civeyracowi udało się osiągnąć coś niezwykłego. To postacie przesłaniają aktorów. Odgrywane role wychodzą na pierwszy plan, bohaterowie są ważniejsi od wykonawców. Sprawiają wrażenie bardzo naturalnych i intuicyjnych. “Z perspektywy Paryża” jest historią o wiecznie niezadowolonym, zagubionym francuskim chłopcu w wielkim mieście. Pod pretekstem zmagań reżyserskich przypomina zapomnianych klasyków i stare myśli filozoficzne. Chwilami wydaje się być przemądrzałe, jednak nie niszczy to odbioru całości, jako całkiem przyjemnego “umilacza” wieczoru o spokojnym tempie.

Ania Wieczorek
Ania Wieczorek

Wiele osób z miejsca wzdrygnie się na propozycję obejrzenia kolejnego filmu o egzorcyzmach. Taki odruch bezwarunkowy wpoiły produkcje oparte często na fikcji, którymi przesiąknięty jest rynek masowy. We Włoszech dyskusje na temat wiary są wciąż dużym tematem tabu, a popyt na egzorcyzmy rośnie. Wiele udręczonych osób, często o dysfunkcyjnych relacjach szuka ratunku w Kościele. Zjawisko zainspirowało Federicę Di Giacomo do stworzenia dokumentu „Uwolnij mnieintymnie portretującego losy parafian w prowincji Palermo. Rezygnuje przy tym z atmosfery skandalu, a zamiast tego oferuje pełne współczucia podejście skupione na cierpieniach jednostki. Reżyser śledzi codzienną pracę ojca Cataldo, towarzysząc mu w jego kazaniach i przy wypędzaniu demonów podczas uzdrawiania ludzi. Recenzenci zaznaczają, że całość opiera się na obserwacjach, a nie na wywiadach i nie wyrażono żadnych opinii. Widz sam będzie musiał sformułować wnioski doświadczając obrazów, które nie zawsze są tak przerażające, jakby się mogło wydawać, a często bardziej absurdalne, jak choćby egzorcyzmy przeprowadzane przez telefon. „Uwolnij mnie” dostarcza urzekającego, pełnego empatii spojrzenia na pobożną wiarę, które ma szansę przekonać osoby nastawione sceptycznie do tematu, a wszystkich sprowokować do myślenia i poruszyć.

z perspektywy paryża
„Z perspektywy Paryża"

Na dzieci (i rodziców) czeka w tym tygodniu nie lada gratka: klasyczna animacja z Ameryki Południowej, czyli pokazywana na ubiegłorocznym WFF kolumbijsko-urugwajska „Książka Lili”. To opowieść o tytułowej dziewczynce, która jest bohaterką literacką zamieszkującą magiczną krainę. W wyniku dramatycznego zdarzenia Lila trafia niespodziewanie do świata ludzi. Tam prosi o pomoc nowo poznaną koleżankę, Manuelę, oraz Ramóna, dawnego miłośnika bajek, dziś już rozważnego, dorosłego mężczyznę, który przestał wierzyć w magię. Czy trójce towarzyszy uda się odnaleźć drogę do magicznej krainy? Odpowiedź na to pytanie poznamy dzięki Marceli Rincón. To jej pełnometrażowy debiut, jednak reżyserka ma na swoim koncie m.in. cztery sezony animowanego serialu „Guillermina y Candelario” oraz nagrodzoną przez UNICEF krótkometrażówkę „El pescador de estrellas”. „Książka Lili” cieszy oko uroczą, ręczną animacją; wydaje się również, że uniwersalna opowieść o marzeniach, dziedzictwie, pamięci i przyjaźni oraz odnajdywaniu wewnętrznego dziecka ma szansę trafić zarówno do młodszych, jak i starszych widzów. Recenzenci podkreślają ponadto dodatkowe walory produkcji, niosącej ze sobą ważną lekcję o tolerancji (bohaterowie reprezentują zróżnicowanie wieloetnicznej społeczności Kolumbii), poszanowaniu tradycji i historii (obecne są elementy odsyłające do dziejów prekolumbijskich) oraz pielęgnowaniu kulturowej tożsamości (realistyczne ukazanie miasta Cali, skąd pochodzi reżyserka). Pozostaje zatem liczyć, że ta wyjątkowa na naszym rynku produkcja nie przejdzie całkowicie niezauważona.