Na co do kina? #67 Cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina? #67 Cotygodniowy przegląd premier

Podczas gdy oczy rodzimego filmowego świata zwrócone są w kierunku Trójmiasta, gdzie dobiega końca Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, szeroka publiczność ma okazje zapoznać się z jego filmem otwarcia. Do dystrybucji trafia także jeden z najbardziej wyczekiwanych obrazów z tegorocznego Cannes. Reszta premier, choć już nie tak spektakularna, także ma szanse znaleźć grono wielbicieli. Przed weekendową wycieczką do kina, zapraszamy do zapoznania się z naszym cotygodniowym przeglądem premier.

PREMIERA TYGODNIA: "Tajemnice Silver Lake"

WYBIERAMY SIĘ: "Kamerdyner", "Jesień we Francji"

INNE PREMIERY: "Zegar czarnoksiężnika", "Kręcisz mnie", "Johnny English: Nokaut", "Księżniczka i smok"

Na premierę tygodnia bezdyskusyjnie wybraliśmy “Tajemnice Silver Lake” – nowy film Davida Roberta Mitchella, twórcy “Coś za mną chodzi”. Poniżej entuzjastyczna opinia Grzegorza:

“Znaki i symbole rządzą światem, nie słowa, ani prawa” – ten prawdopodobnie błędnie przypisywany Konfucjuszowi cytat, często przewija się w publikacjach internetowych na temat rozmaitych teorii spiskowych. To mogłoby być motto Sama - głównego bohatera filmu “Tajemnice Silver Lake”. W swoim najnowszym dziele David Robert Mitchell za pomocą estetyki, którą kocham, zawarł to, czego w sobie nienawidzę. Pod pozorem pastiszu filmu noir dokonał zamachu na modną nostalgię oraz nakreślił portret paranoicznego pokolenia, które nie radząc sobie z otaczającą rzeczywistością, w akcie bezradności ucieka w tropienie spisków i rozkodowywanie znaczeń symboli w popkulturze. To ostatnie tchnienie postmodernizmu.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Tajemnice Silver Lake

Reklamowany jako wielka polska superprodukcja historyczny film opowiadający o trudnych losach Kaszubów w pierwszej połowie XX wieku. „Kamerdyner” dzień przed rozdaniem nagród w Gdyni, gdzie jest jednym z głównych faworytów do wyróżnień, trafia na ekrany kin w całym kraju. Trzeciej najdroższej produkcji tegorocznego festiwalu (po animowanym „Jeszcze dniu życia” i „Zimnej wojnie”) podobno nie można odmówić rozmachu, jednak scenariusz miejscami niedomaga. Recenzenci podkreślają, że problemy historii wynikają głównie ze słabo zagranego i odtwórczo napisanego wątku romantycznego, za to historyczna i polityka zostały przez Filipa Bajona ujęte nad wyraz sprawnie. Już jutro możecie się spodziewać naszej recenzji, a tymczasem wydaje się, że ostrożnie można ten film polecić wobec słabości lwiej części tegotygodniowej konkurencji.

Propozycją dostępną niemal zupełnie w kinach studyjnych jest “Jesień we Francji”. Na festiwalu “Wiosna filmów”, miał okazję zobaczyć go już Adrian. Oto jego zdanie:

“Mamy do czynienia z kinem artystycznym o zacięciu politycznym. Motywem przewodnim filmu jest walka afrykańskiego uchodźcy Abbasa Mahadjira, z francuskim systemem, mającym prawo odesłać za granicę. Mężczyzna stara się pokazać nowemu społeczeństwu, że jest w stanie w nim funkcjonować. Za melodramatyczną tkankę służy miłosna historia romansu ze starszą, usytuowaną Francuzką. Czyli czegoś, co z pewnością przeciwnicy przyjmowania uchodźców nazwaliby sponsoringiem, widząc to przez dziurkę od klucza, a co, jak film dowodzi, jest jak najbardziej możliwe. Niestety przyjmując takie, a nie inne założenia fabularne przypomina nieco reklamę społeczną noszącą grube odzienie kina arthousowego. "Jesień we Francji" powtarza jedynie to, co mówiły takie filmy jak "Mediterranea", a do tego dręczy nadmiarem nieuzasadnionych, długich scen. Takowe byłyby znośne, gdyby tylko dzieło mogło się pochwalić estetyką obrazu. Niestety, kadry to głównie szarość, statyczność, brak fantazji. Ostateczni chyba tylko aktorsko można tenże obraz docenić, ale to nie jest wystarczająca zachęta.”

Adrian Burz
Adrian Burz
Jesień we Francji
"Jesień we Francji"

Młody osierocony Lewis po tragedii, z jaką przyszło mu się zmierzyć przeprowadza się do olbrzymiego domu wuja na wsi. Jak to zwykle bywa, dom ten skrywa tajemnice. Daleki krewny okazuje się być zainteresowany magią i równoległymi światami. Zainteresowanie nie jest bezpodstawne bowiem planuje on odnaleźć czarnoksiężnika oraz skonstruowany przez niego zegar odmierzający czas do Apokalipsy. Za reżyserię “Zegara Czarnoksiężnika”, adaptacji popularnej książki dla dzieciodpowiedzialny jest Eli Roth, twórca m.in. serii „Hostel”, czy tegorocznego remake’u „Życzenia śmierci”. Najwyraźniej postanowił odpocząć od nurzania się we wnętrznościach i spróbować swoich sił w familijnym kinie z dreszczykiem. W rolach głównych zobaczymy m.in. Jacka Blacka, Cate Blanchett, czy  Renée Elise Goldsberry, która pojawiła się niedawno w netflikowym “Altered Carbon”. Scenarzystą został Eric Kripke, twórca serialu “Supernatural”. Już dziś możemy się  przekonać  czy na planie zaiskrzyło i film okazał się iście magiczny i wywołujący gęsią skórkę, czy jedynie przyprószony resztkami czarodziejskiego pyłu?

Popularny we Francji aktor komediowy Franck Dubosc („Powrót do młodości”, „Żona do podziału”) debiutuje jako reżyser obrazem „Kręcisz mnie”. To historia niepoprawnego amanta Jocelyna, który nową partnerkę, Julie, podrywa metodą „na niepełnosprawnego” (ach, ten francuski humor). Wszystko idzie zgodnie z planem, póki bohater nie zakochuje się we Florence, „również” poruszającej się na wózku inwalidzkim. I co tu robić? Serce nie sługa, więc mężczyzna postanawia kontynuować maskaradę. Ekranową partnerką wcielającego się w główną rolę Dubosca (który napisał też scenariusz) jest Alexandra Lamy („Niewierni”, „Ze wszystkich sił”). Francuscy i belgijscy recenzenci nie owijają w bawełnę: realizacja jest mocno telewizyjna, tematyka została potraktowana jako okazja do niesmacznych i seksistowskich żartów, a dramaturgię odbito spod sztancy („Le Monde”). Co bardziej wyrozumiali zwracają uwagę na role Dubosca i Lamy („ÉcranLarge”), choć ten pierwszy tak skupia na sobie uwagę kamery (kto reżyserowi zabroni?), że film staje się koncertem jednego aktora („La Libre”). Wydaje się, że „Kręcisz mnie” to przede wszystkim kolejna pozbawiona charakteru lekka, romantyczna opowieść, jakich nad Loarą powstaje wiele. Poczekamy i zobaczymy, z jakim przyjęciem spotka się ona nad Wisłą.

"Zegar czarnoksiężnika"

Nastał czas na wskrzeszenie po latach tego mniej popularnego alter-ego Rowana Atkinsona, czyli Johnny’ego Englisha. W trzeciej części jego przygód “Johnny English: Nokaut” tytułowy  bohater powraca na krótką chwilę ze swojej emerytury by złapać zbiega, który ujawnił dane wszystkich brytyjskich tajnych agentów. Reżyserskie stery tym razem przejął David Kerr. Nie do końca rozumiemy jaki był sens odgrzewać tego kotleta, tym bardziej, że już poprzednie odsłony nie odznaczały się jakością wśród komedii. Nasze obawy zdaje się potwierdzać znaczna większość zagranicznych recenzentów, którzy zgodnie twierdzą, że niczego ponad wytarte klisze i nieświeże żarty w filmie nie uświadczymy. Obecna średnia pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes to 33%. Zapowiada się film raczej głównie dla fanów stęsknionych za Atkinsonem.

Jak co tydzień w polskich kinach nie może zabraknąć nowej, niskobudżetowej animacji dla najmłodszych. Tym razem jest to „Księżniczka i smok”, film produkcji rosyjskiej w reżyserii Mariny Niefiedowej, która wcześniej pracowała przy trzech odcinkach słynnej serii „Masza i niedźwiedź”. Nie wygląda jednak na to, by bajka o księżniczce trafiającej przypadkiem co świata czarów miała powtórzyć sukces popularnego serialu dla dzieci. Oceny na zagranicznych serwisach prezentują się raczej marnie, ale zawsze możecie poglądowo obejrzeć zwiastun i ocenić sami, czy jest to produkcja, na której dobrze bawilibyście się z dziećmi.