Na co do kina #64: Cotygodniowy przegląd premier

Na co do kina #64: Cotygodniowy przegląd premier

Ostatni weekend wakacji przynosi garść wyjątkowo interesujących tytułów. Szczególnie zwracamy uwagę na hity z Nowych Horyzontów: „Lato” oraz „Zamę” i bijących rekordy światowego box office'u „Bajecznie bogatych Azjatów”. Do tego do wyboru kino akcji z Denzelem Washingtonem, muppety w wersji dla dorosłych czy „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” – wisienka na torcie dla tych, którzy nie pomylili filmu.

PREMIERA TYGODNIA: Lato

WYBIERAMY SIĘ: Zama, Bajecznie bogaci Azjaci, Bez litości 2

INNE PREMIERY: Dywizjon 303. Historia prawdziwa, Rozpruci na śmierć

Wraz ze zbliżającym się końcem wakacji cotygodniowy przegląd premier wygrywa „Lato”. Rosyjski dramat muzyczny już od dzisiaj możecie zobaczyć w kinach dzięki uprzejmości Gutek Film, a poniżej możecie przeczytać, co napisała na jego temat Ania Grudziąż:

Pomimo solidnego aktorstwa, warstwa artystyczna prezentuje się jako najmocniejsza strona filmu. Kadr pozostaje czarno biały, z wyjątkiem elementów przypominających te z „Listy Schindlera”, pokolorowanych na czerwono jabłek rzucanych w pociągu czy sukienki tańczącej kobiety. Mocnymi akcentami w stonowanym obrazie są piosenki, które wybuchają niespodziewanie w głowach naszych bohaterów. Bijatyka wywołana w pociągu do „Psycho Killer”, szaleństwo na koncercie grupy Zoopark, czy ucieczka z tramwaju w rytm „The Passenger” Iggy’ego Popa. Jeżeli kochacie klasykę rocka, szukacie czegoś by zatrzymać na chwilę zbliżający się koniec lata i dać się porwać sentymentalnej podróży po Leningradzie to nowy film Kiriłła Sieriebriennikowa na pewno przypadnie wam do gustu.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż
Zama
„Zama”

Spragnieni tropikalnego upału mogą przenieść się do Ameryki Południowej, wybierając się na film Zama Lucrecii Martell. Poniżej opinia Grzegorza:

“Zama” to adaptacja powieści czołowego argentyńskiego pisarza Antonio di Benedetto. Jego twórczość bywa porównywana z dziełami Fiodora Dostojewskiego, a wspomniana lektura uważana jest za najwybitniejsze osiągnięcie autora i stanowi pierwszą część tzw. trylogii oczekiwania. Akcja rozgrywa się w XVIII wieku na terenach dzisiejszego Paragwaju, a tytułowy bohater Don Diego de Zama pełni tam funkcję corregidora - wysoko postawionego urzędnika korony hiszpańskiej. Zagubiony wśród zawiłości obcej dla siebie kultury z upragnieniem czeka na list z decyzją o przeniesieniu do bardziej cywilizowanej placówki, który nigdy nie nadchodzi. Tę historię na ekran przeniosła Lucrecia Martel - twórczyni m.in. nagrodzonego w Berlinie “Bagna” i ciepło przyjętych w Cannes “Świętej dziewczyny” i “Kobiety bez głowy”.

Do egzystencjalnego tonu książki dodała od siebie garść gorzkiej ironii. Obserwowanie zagubionego bohatera-służbisty w zderzeniu wyuczonych formalistycznych konwenansów, ze ścianą w postaci gry pozorów ludzi, którzy zupełnie go nie rozumieją, stwarza poczucie odrealnienia. Dochodzą do tego ciągłe poszukiwania zbrodniarza Vicuñy Porto, który wnosząc po relacjach mieszkańców może być niczym kot Schrodingera, jednocześnie żywy i martwy. Reżyserka dopełnia surrelistycznej wizji poprzez podbicie w teorii niepasujących do obrazu niepokojących dźwięków tła, muzyki lub umieszczenie gdzieś w kadrze oderwanych od rzeczywistości elementów. Ukazuje w ten sposób narastające szaleństwo Zamy, co skojarzyło mi się z twórczością Wernera Herzoga, czy “Czasem Apokalipsy” Francisa Forda Coppolli. A jednak “Zama” to znacznie bardziej stonowany obraz flirtujący wręcz ze slow cinema. Kino kostiumowe w arthouse’owym wydaniu, nienastawione na typowe “dzianie się”, może równie dobrze odrzucić widza, co go zahipnotyzować onirycznym klimatem. Polecam przekonać się samemu i skusić na wizytę w kinie, gdyż tylko da dużym ekranie otrzymamy pełnię tego niecodziennego doświadczenia.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Bez litości 2
„Bez litości 2”

Wielbiciele kina akcji z pewnością chętnie wybiorą się na drugą część amerykańskiego hitu z Denzelem Washingtonem w roli głównej. „Bez litości 2” to film, który realizuje znany chociażby z „Uprowadzonej” schemat bohatera w pojedynkę działającego przeciwko całej armii złych ludzi. Ten stosunkowo tani w produkcji obraz w samych USA zarobił już niemal 100 milionów dolarów, więc bez cienia przesady można powiedzieć, że zrobił to, co do niego należało. A zważywszy na to, że po Polsce premierę będzie miał jeszcze w kilkunastu krajach, bardzo możliwe, że osiągnie wynik zbliżony do pierwszej części. Za produkcję i reżyserię filmu odpowiedzialny jest Antoine Fuqua, twórca kultowych już dziś akcyjniaków takich jak „Strzelec” czy „Dzień próby”, przy którym zresztą również współpracował z Denzelem Washingtonem, wszystko więc wskazuje na to, że o jakość tego dzieła możemy być spokojni. Nie będzie to oczywiście obraz, który celowałby w sezon nagród, a po prostu jakościowe kino rozrywkowe, które choreografią sztuk walki i zjawiskowymi pościgami pozwala zapomnieć widzowi o trudach otaczającego go świata.

„Bajecznie bogaci Azjaci” to komedia oparta na schemacie zakazanej i nieakceptowanej miłości w azjatyckiej scenerii. Nick Young zaprasza swoją dziewczynę Rachel na ślub przyjaciela w Singapurze. Wyjazd ten wiąże się dla Rachel z poznaniem rodziny i przyjaciół Nicka, jest pełna obaw, jednak rzeczywistość przerasta jej oczekiwania. Okazuje się bowiem, że chłopak Rachel jest synem rodziny deweloperów o bardzo wysokim statusie w całej Azji. Dziewczynie niełatwo odnaleźć się w nowym towarzystwie, ponieważ przyszła teściowa jej nie akceptuje, a wszystkie kobiety w jej wieku są zwyczajnie zazdrosne. Rachel albo może się poddać, albo zawalczyć o swoje uczucia. W głównych rolach wystąpią Henry Golding i Constance Wu („Wymiar 404”), ale na ekranie zobaczymy także Michelle Yeoh („Wyznania gejszy”, „Przyczajony tygrys, ukryty smok”), Awkwafinę („Sąsiedzi 2”, „Ocean’s 8”) czy Gemmę Chan (serial „Humans”, „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”). Reżyserem jest Jonathan Murray Chu, który ma na swoim koncie „Iluzję 2”, filmy o Justinie Bieberze, filmy z serii „Step Up” i „G.I. Joe”.

To ma być ten rok, kiedy jedna z najpopularniejszych i najlepiej zarabiających aktorek na świecie – Melissa McCarthy – w końcu zostanie dostrzeżona przez gremia przyznające nagrody. Niewątpliwie nie stanie się to jednak za sprawą „Rozprutych na śmierć”, którzy właśnie wchodzą do polskich kin. Chyba że mówimy od Złotych Malinach, bo już teraz spekuluje się, że ta kryminalna komedia osadzona w świecie imitującym Ulicę Sezamkową ma zdominować przyszłoroczną galę tych mało prestiżowych wyróżnień. Film, który może się w tym momencie pochwalić zawrotnym wynikiem 22% na Rotten Tomatoes i średnią 27% na Metacriticu, ma działać na podobnych zasadach co głośne „Kto wrobił Królika Rogera” Roberta Zemeckisa. W przedstawionym świecie istnieją zarówno normalni ludzie, jak i w żyjące w gettach pacynki. Gdy wśród nich zaczyna grasować tajemniczy morderca, na pomoc w rozwikłaniu zagadki przybywa ludzki detektyw. Niestety twórcy zamiast na budowie intrygi i porządnych postaci skupili się na kloacznym humorze i grze na kontrowersjach, by postać przypominająca tę z bajki twojego dziecka się prostytuowała za narkotyki. W Stanach widzowie nie poczuli się zachęceni zwiastunem, w którym pluszak dosłownie strzela w nich spermą, i z wynikiem poniżej 10 milionów dolarów w weekend otwarcia „Rozpruci na śmierć” stali się największą kasową porażką w karierze McCarthy.

Rozpruci na śmierć
„Rozpruci na śmierć”

Na koniec kilka słów o filmie, który powstawał tak długo, aż zdążyliśmy zapomnieć, że istnieje. Ale jest! Do kin zawita dziś produkcja pod wszystko mówiącym tytułem „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”. W listopadzie 2011 r. producent Jacek Samojłowicz ogłosił, że w porozumieniu z potomkami Arkadego Fiedlera rozpoczął przygotowania do ekranizacji „Dywizjonu 303”. Reżyserem został Jerzy Skolimowski. W obsadzie – najbardziej rozchwytywani aktorzy: Szyc, Adamczyk, Żebrowski, Linda. Scenariusz autorstwa Skolimowskiego, Ewy Piaskowskiej i Jamesa MacManusa rzeczywiście powstał, jednak zaczęły się kłopoty z zamknięciem budżetu, planowanego pierwotnie na 30 milionów złotych. Na początku 2015 r. (budżet – już 14 milionów) reżyserem miał być Łukasz Palkowski (świeżo po sukcesie „Bogów”), a jako odtwórców głównych ról wymieniano Kota i Simlata. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, gdy w 2016 r. koło Fortuny obróciło się.

Wkrótce po przyznaniu dofinansowania z PISF-u Palkowskiego zastąpił Wiesław Saniewski. Doświadczony twórca szybko jednak opuścił projekt ze względu na problemy zdrowotne. Jego miejsce zajął dotychczasowy drugi reżyser, Denis Delić. W tym momencie wnikliwi obserwatorzy porównali dokonania obu filmowców i zaczęli się zastanawiać, gdzie zmierza pan Samojłowicz. Zdjęcia jednakże ruszyły (10 sierpnia 2016 r., jeszcze za Saniewskiego) i choć budżet wynosił już 12 milionów, to producent zapewniał, że film będzie technicznie dopracowany i wierny wydarzeniom historycznym. Szybko okazało się, że nie będzie wierny… scenariuszowi. Unikając rozgłosu, wymieniono bowiem tekst Skolimowskiego i spółki na nowy autorstwa Krzysztofa Burdzy, Tomasza Kępskiego i Jacka Samojłowicza. Przez jakiś czas trzeci autor scenariusza zwał się Samojłowiczem Zdzisławem, jednak do dziś chyba nikt nie rozszyfrował, kto zacz (nadal można trafić na jego pusty profil na portalu FilmPolski.pl). Osoby śledzące projekt szybko sprawdziły dorobek scenariopisarski wyżej wzmiankowanych autorów i straciły już wszelką nadzieję na to, że produkcja będzie warta obejrzenia.

Gdy wydawało się, że gorzej już być nie może, okazało się, że zawsze może być dziwniej. Dotychczasowy dystrybutor, Kino Świat, wypowiedział wojnę projektowi Samojłowicza, 9 listopada 2016 r. odstępując od umowy na rozpowszechnianie filmu w związku ze zmianą autorów scenariusza oraz… niezgodnością z prawdą historyczną. Oddziały Kino Światu wsparła chorągiew zaciężna Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Producenci i historycy zaczęli spierać się, kiedy noszono naszywki z napisem „Poland”, jakim samolotem poleciał Jan Zumbach do Rumunii oraz kto powinien nosić czapkę, a kto furażerkę. W ferworze liczenia guzików na mundurach na drugi plan zszedł fakt, że filmu jeszcze nie nakręcono (ostatni klaps padł dopiero 17 października 2017 r.). Ogłosiwszy moralne zwycięstwo, Kino Świat postanowił… dystrybuować konkurencyjną produkcję, „303. Bitwa o Anglię”, wprowadzając ją do kin dwa tygodnie przed dziełem Samojłowicza.

Na pomoc świeżo ukończonej „Historii prawdziwej” przyszła wspierana przez Grupę Polsat spółka Mówi Serwis Dystrybucja, która postanowiła zapisać się w historii, wymyślając niezapomniane hasło reklamowe. Wszak każdemu z nas zdarzyło się pomylić film i zamiast na „Muminki” trafić na seans „Piły”, a biorąc pod uwagę, że zwyczajowe „Poproszę bilet na ten film o samolotach” tym razem nie poskutkuje, żółty pasek jest wyraźnym ułatwieniem. I tak oto myśliwiec z napisem „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” twardo wylądował w polskich kinach. Wysiedli z niego, nieco poturbowani, Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski i oczywiście pilot, Jacek Samojłowicz. Nie rozbił się, choć mało brakowało.